ponoć tak mawiała Stanisława Gierkowa do swego męża po powrocie z zakupów w Paryżu.
Ja w Paryżu nie byłam, ale o Francję się otarłam.
Wróciłam już prawie miesiąc temu, siadłam zaraz, żeby Wam zdać relację, coś tam napisałam, ale już zdjęć nie miałam czasu wybrać. Tekst zostawiam, tak, jak napisałam, zdjęcia wkleiłam dziś, ale jest ich tyle, że wystarczy mi na duuuuuuuuużo postów, jeśli będę miała je czas napisać:)))
Zacznę od początku i ogólnego opisu całej wycieczki. Ogólnie zrobiliśmy prawie 7000 km!!!! To jest wyczyn, bo najdłuższy etap podróży to 1400 km w jeden dzień!!!!
Widziałam piękne krajobrazy Prowansji i Langwedocji, na dłużej zatrzymałam się w Cannes, Nicei i Carcassone. O ile Carcassone cudne,
choć za krótko je zwiedzaliśmy, jak na mój gust, to sławny czerwony dywan w Cannes i Aleja Gwiazd, zdecydowanie przereklamowana. Odcisk dłoni Van Damma wielkością nie różnił się od mojej dłoni, za to Sylwek Stallone ma łapę, jak bochen chleba. Swoje łapki porównałam jeszcze z odciskami Woppi Goldberg i Sharon Stone, a dalej nie chciało mi się już łazić, bo upał był niemiłosierny, a ja ubrałam się za grubo. Pogapiłam się na jachty w porcie i jakiś wypasiony hotel i koniec zwiedzania, taki minimalizm, żadnego muzem, nic!!!
W Avignon wszystko było zamknięte (tu pilot dał ciała) nawet kibel przed siedzibą papieży, więc przez większość czasu wolnego gorączkowo szukałam jakiegoś WC. Już myślałam, że zbeszczeszczę jakieś krzaki pod dawnymi murami obronnym starego grodu. Co pamiętam z Avignon? Ano ogrody papieskie, piękne, widok na słynny za sprawą Ewy Demarczyk most, szukanie kibla i przylepienie się na ławce do jakiejś żywicy, która mi skleiła pośladki i zostawiła brunatna plamę na kiecce, akurat w tym dniu wystroiłm się w kremową spódniczkę.
A potem jazda do Lourdes. Tu spodziewałam się atmosferki mocherowo-ckliwej, ale zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. To urocza miejscowość, szczególnie jeśli nie skupia się tylko na samym sanktuarium, a szuka jeszcze innych atrakcyjnych miejsc, a są takie w zasięgu wzroku.
Atmosfera samego sanktuarium chwytająca za serce, miałam łzy w oczach widząc żarliwą wiarę tych wszystkich ludzi tłoczących się wokół sanktuarium. Niezliczone rzesze ludzi na wózkach inwalidzkich, łóżkach lekarskich, mrowie wolontariuszy.....
.
Niesamowite wrażenie robi podziemny kościół na ....25.000 (DWADZIEŚCIA PIĘĆ TYSIĘCY OSÓB) ...........
Ponieważ w Lourdes mieliśmy cały dzień wolny i był tam nocleg, szybko zostawiliśmy z Wu przewodnika i stwierdziliśmy, że robimy zwiedzanie na własną rękę. Oczywiście wszystko, co dotyczy sanktuarium obejrzeliśmy, było palenie świecy, wejście do groty, kościł dolny, górny, przyglądanie się wieczornej procesji, ale mnie od samego przyjazdu nędził zamek na skale górujący nad miastem. Jako jedyni z całej wycieczki tam dotarliśmy i zwiedziliśmy go w całości i spokoju na dodatek za free, bo to była niedziela i wstęp był wolny. Obejrzałam piękne ekspozycje w salach zamkowych, cmentarz z niesamowitymi nagrobkami no i te krajobrazy z wież i murów..........
Tam, gdzie czerwony x na murawie, to własnie ten kościół na 25.000 osób......
Było tak pusto, że zatańczyłam w zamkowych zaułkach........
No i pokój mieliśmy luksusowy, nie to, co ta kajuta w Niceii................
W Monaco zauroczyły mnie krajobrazy, bo do kasyna nie miałam z czym iść, zjadłam lody za pierdylion i to byłoby na tyle atrakcji w Monaco, nie licząc rozlicznych fotek. Ogólnie to zachwycałam się głównie krajobrazami, bo wycieczka tak była skonstruowana, że zwiedzanie, nawet jeśli było, to w biegu i mało było czasu wolnego, co oczywiście doprowadzało mnie do szału.
Po Monaco udaliśmy się w stronę Andorry, człapiąc autokarem na wyskość 2400 n.p.m. Widoki mrożące krew w żyłach, nagie góry, serpentyny drogi i wszędzie luzem pasące się krowy i konie z wielkimi dzwonkami na szyjach. A potem zakupy w sklepie, który tym się charakteryzował, że ceny alkoholu były baaaardzo niskie. Autobus podzwaniał butelczynami do samej Hiszpanii, ale grzech było nie kupić dobrego napitku za kilka euro. Kontrolę graniczną, bo taka jest, przeszliśmy gładko, hiszpański celnik zajrzał do luków bagażowych, a my robiliśmy za pielgrzymów udających się z Lourdes do Montserrat, środka autokaru nie sprawdzał:) I całe szczęście, bo by się chyba zdziwił..........
Po Andorze pojechaliśmy w stronę Montserrat.
Kolejne serpentyny, powodujące zawrót głowy, ale po wjeździe na Monte Casino w zeszłym roku człek już trochę przywykły. Montserrat cudnie położone, nagie góry wyglądają, jak powtykane koło siebie bułki paryskie lub bochenki chleba, które czasem przypominają twarze ludzi, albo nawet twarz........kury.
Kura????
No jasne, że kura!!! I ma nawet grzebień!!!!
I nie byliśmy w najwyższym miejscu, tam gdzie krzyż i ponoć kapliczka było jeszcze trochę.....trzeba było wjechąc kolejką.......
O taką...........
I specjalnie dla Arteńki, która nijak się kury dopatrzeć w powyższych skałkach nie mogła. Moja przeróbka:))
Posąg Morenity (Czarnej Madonny) zaskoczył mnie zupełnie, nie tego się spodziewałam. Warto było stać pół godziny w wijącej się przez kościół kolejce, żeby ją zobaczyć, dotknąć trzymanej przez nią w dłoni kuli ziemskiej i wypowiedzieć życzenie. Morenita jest cudna, sami zobaczcie.
Po drodze cykałam kolejki i pociągi dla Lidki, kiedyś zrobię osobny specjalnie dla niej post z fotkami.
A potem udaliśmy się w stronę Costa Brava, gdzie zacumowaliśmy na 4 dni. I całe szczęście, bo już siły mi się kończyły na tą galopadę...................
Z Costa Brava, konkretnie z miejscowości Santa Susana, zrobiliśmy wypad do Barcelony, cudnej zresztą, ale było tego zwiedzania za dużo na jeden dzień i summa summarum, pod koniec dnia chciało mi się ryczeć z bólu ( nogi nadwarężone wieczornymi tańcami). Za dużo wszystkiegod razu i pomnik Kolumba i La Rambla i Kościół Świętej Eulalii, cudne uliczki dzielnicy gotyckiej, park Guell zaprojektowany przez Gaudiego i na końcu samym Sagrada Familia, na której zwiedzanie tak czekałam, a dostaliśmy tam czasu.......30 minut.........myślałam, że podgryzę aortę pilotowi.......
Wnętrze jest cudne, żadne zdjęcie tego nie odda.......
Park Guell i słynna ławka Gaudiego.......
La Rambla......ten stwór to ucharakteryzowany człowiek......
A ten dowcipniś, bo to był facet, jako Marylin Monroe rozdawał przechodniom buziaki......
Szczerze powiedziawszy nieźle się umęczyłam wybierając dla Was fotki..........
Moi Drodzy czytelnicy cdn, a także bardziej szczegółowy opis każdego zwiedzanego miejsca zilustrowanego zdjęciami mam nadzieję, że się pojawi.
Nie wiem, czy szybko to nastąpi, bo przez jakiś czas będę miała zdecydowanie mniej czasu na net. Postaram się przygotować wpisy ciekawsze, bardziej dopracowane, a no to potrzeba czasu, bo literat ze mnie, jak z koziej dooopy, worek na mąkę. Mam wyrzuty sumienia, że piszę na łapu, capu, ale uwierzcie, wracam bardzo późno do domu i praktycznie padam na nos. Nie zarywam też już, jak kiedyś nocy, bo rano nie mogę się obudzić, wręcz jestem chora z niedospania.
Będę do Was w miarę możliwości zaglądać:)))
Lecę, bo dziecko przyszło i chce jeść!!!!!!













