niedziela, 31 stycznia 2016

Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój.

Towarzysz żaden jechać nie chciał, Jeden leniwy drugi zarobiony, trzeci bladym świtem o 9-tej w niedzielę przewraca się na drugi bok.
Nie to nie. Jadę sama. Na Koło. Nosi mnie od rana, przelecę się trochę, powietrza złapię. Nie liczę, że coś kupię, drożyzna na Kole okrutna, a mnie przecież nic nie potrzeba.
W portfelu jeden zielony pieniążek. Na Kole niewiele za to się kupi.

Zostawiłam zaspane, zarobione, leniwe towarzystwo i poleciałam.

Zawsze tak jest. Jedziesz, żeby coś kupić, nic nie kupujesz. Jedziesz i nie masz zamiaru nic kupować, a tu w ręce się pchają same fajne rzeczy.

Tak więc nawet nie wchodząc na plac, pod płotem zobaczyłam to.



Zapytałam o cenę, nie licząc nawet, że będzie kosztować mniej niż mój budżet. Jakie było moje zdziwienie, kiedy padła cena, a sprzedający poleciał do sąsiedniego stoiska, i przyniósł drugie takie cudeńko.


Za dwa zapłacilam połowę mojego budżetu:)) I dostałam nawet tytkę, żeby mieć w czym je transportować. Prawdziwie, stare żelazka z duszą!! W środku było pełno jeszcze pajęczyn i sieczki. Pewno wyciągnięte z jakiegoś lamusa.
Włożyłam do nich tilajty i teraz fajnie przez dziurki mryga światełko.

Poszłam dalej przyglądając się towarom. Raczej nic dla mnie, ani z urody, ani z ceny.

Ale nagle...słoń, na kółkach!! Szkoda, że nie kaczka, ale słoń stareńki, widać po drewnie. Na dodatek słonik jest otwierany i ma malutkie schowanko w brzuchu.
Pytam o cenę. Jeden zielony papierek. Kurczę mam tylko połowę tego papierka. Uratowała mnie pogoda, sprzedający pozbył się słonika, za połowę ceny:)
Nie jest to polska, ludowa zabawka, ale słonik jest przeuroczy i bardzo mi się spodobał.





Kasa mi się skończyła, a tu nagle...kaczka mi w oczy zagląda...
Kaczce się oprzeć nie sposób. 


Leciutka, jak piórko, myślałam, że plastik, czy malowany styropian. Jednak nie, kaczka zrobiona jest z balsy, drewna dwukrotnie lżejszego od korka. Takiej jeszcze nie mam w zbiorach. Ale nie mam też kasy. Tzn. mam, drobiazgi w kieszeni. Wsytarczyło. Dziś miałam farta do sprzedających, ugodowi, chętnie spuszczali z ceny.

I tak wyjazd po nic zakończył się całkiem niezłym zakupem. Lubię atmosferę Koła, jakie tam można podsłuchać rozmowy... starzy wyjadacze wciskają kity, pełno tam antyków, wczoraj skończonych, XVII wiecznych sprzętów za 50 zł...
Specyficzne towarzystwo. Niektóre twarze te same od lat. A ja i tak najbardziej lubię kupować od tych pod płotem.

sobota, 30 stycznia 2016

Jak się Dziurek żegnał.

Minęło już sporo czasu, odkąd zamknęliśmy chałupkę na zimę.
Tęsknota wzbiera z dnia na dzień. Dziś ubłagałam, żeby tak choć kawałeczek w strone Mazur podjechać. Dotarliśmy do Serocka.
Ładnie tam. Zdjęcia będą innym razem, bo teraz chciałam pokazać, jak się Dziurek z nami żegnał jesienią...

 Ruchliwy był strasznie, to i zdjęcia poruszone wyszły.

Poważnie jedziecie?

Oj, nie, jeszcze nie jedźcie...


Proszę...

No ...jeszcze nie jedźcie...


Będę tęsknił...

Smutno tak...

Co ja tu będę sam robił?



Będę już grzeczny, nie będę gryzł i napadał Waszych nóg...


No dobra...wiem, że musicie jechać...


Pa, pa...do wiosny...

Tęsknię też za tym zbójem. Ma się dobrze. Ciekawe, czy tego lata też się do nas przeprowadzi na sezon.

Sądzę,  że się przeprowadzi, na wygody nie mógł narzekać.






Słodziak, chociaż zbój nad zbóje:)

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Latający horror.

Przeglądanie zdjęć z lata to pierwszy sygnał, że zbliża się wiosna. A przynajmniej wiosenne tęsknoty.
Podczas tego przeglądania natrafiłam na zdjęcia, które zrobiłam, odkrywszy za pomocą Wu, że mój roczny już telefon, ma zaczepisty zoom.

Od razu wypróbowałam, bo oto siedząc sobie na słoneczku nagle coś mi przyfrunęło i siadło na nodze obleczonej w dresy.

Dopiero na zdjęciach zobaczyłam, jaki horror się odbywał na mojej nodze. Bez okularów widziałam jedynie, że  "coś wylądowało".
Nie wiem, co zacz za stwory, ale jeden drugiego upolował w locie i wylądował z łupem na mojej nodze. Tam dokonał mordu, bo zaręczam, nie był to akt miłosny. Ten na górze, z dłuższym odwłokiem, zatopił bowiem żądło w tym na dole, z krótszym kuprem (mucha?) i tak trwali, aż mi noga zdrętwiała, więc po dokonaniu sesji zdjęciowej strząsnęłam towarzystwo w trawy.

Nie lubię horrorów.





P.S.
Moje dresy nie są takie włochate, ale zoom zrobił z nich, jakieś wełniane portki. Widać dobry zoom.

niedziela, 24 stycznia 2016

A w niedzielę

Chciałoby się nadrobić cały tydzień, który zwyczajowo wygląda tak: do huty, z huty, jakieś zakupy, jeść, odpocząć, spać.
Sobota wiadomo, pospać, zrobić większe zakupy, coś ugotować, uprać, spać.
No i nadchodzi w końcu ta  niedziela, na którą czeka się tyle dni. I też okazuje się, że mija zbyt szybko i z wielkich planów realizuje się niewiele.

Odwiedziłam Pysię, rośnie, jak na drożdżach, fajna dziewuszka. Zabrałam ze sobą Mopka, żeby go wyspacerować na ścieżkach, gdzie nie sypie się solą. Biedny cierpi na spacerach, wszystkie chodniki w pobliżu sypane, a Mopcia bolą łapeczki. Spacer to taki taniec św. Wita, podnosi raz jedną łapeczkę, raz drugą, a to tylną, a to przednią. Butów nie ma i chyba by nie umiał w nich chodzić.

Zaraz za osiedlem, gdzie mieszka Pysia jest kawałek nieużytków, pewno za jakiś czas tam powstanie osiedle. Na razie to raj dla dzików, podchodzą nawet pod okna bloków i plądrują nasadzenia. Nikogo nie dziwi stado dzików na głównych ulicach tej dzielnicy. Dziki przychodzą i wyjadają z koszy, ryją w trawnikach. Nie są agresywne, ale spotkanie z takim stadem różnie się może skończyć.
Cisza, spokój, idziemy sobie, w końcu Mopek nie podryguje, tej drogi nikt niczym nie sypie.





Nagle przez drogę przelatuje dzik, jeden tylko, taki brązowo-rudy. Zniknął w krzakach po drugej stronie ścieżki.
Nie miałam ze sobą aparatu, więc tylko podeszłam troszkę bliżej i telefonem zrobiłam zdjęcie, bo świniak stanął sobie w krzakach i czekał.


No i już było po spacerze. Nie będę ryzykować. Kto wie, czy on tam tylko jeden był. One raczej biegają całym stadem.

Mopek spacery lubi, ale nie gardzi też wygodnym, bardzo wygodnym spędzaniem czasu w piernatach. Własny koszyczek już dawno omija szerokim łukiem. Woli uwite własnymi łapeczkami stanowiska.
Koc ułożony w kostkę na kanapie potrafi przerobić na wygodną budkę. Tak się będzie mościł i gramolił, aż w końcu uzna, że jest wystarczająco wygodna i zaciszna.




Jednego miejsca nie zagrzewa długo, ciągle szuka nowych rozwiązań. Im więcej poduszek tym lepiej. Anektuje, co lepsze stanowiska, zwyczajowo ten kącik kanapy należy do mnie. Wystarczy na chwilę tylko wstać, a Mopek już się tam instaluje.

Mała drzemka i zmiana.
Teraz wygodnie trzeba umieścić łebek, bo pańcia się krząta, coś w kuchni robi, może zawoła na jedzonko?

Mopek czuwa, a pańcia szykuje niedzielny obiad. Zainspirowana rosołem Amelii, dosypałam do swojego suszonej mazurskiej pokrzywy i tytułem eksperymentu dodałam kilka listków młodej brzozy, które onegdaj ususzyłam.
Rosół wyszedł bardzo dobry.To też zasługa tego, że zmieniłam recepturę.
Z samego kurczka jest mdły. Szczególnie, jak ten kurczak jest z marketu. Ja już takich nie kupuję. Szukam u siebie na bazarze zagrodowego, do tego z zagrodowej kaczki skrzydełko i coś tam z gąski i rosół wychodzi bardzo smaczny. Oczywiście musi się długo i wolno pyrkotać bez przykrycia. Często dla skarowania dolewam zimnej wody. Nie można zapomnieć o dodaniu przypalonej na gazie całej cebuli. jeszcze lepiej, jak można przypalić taką cebule na rozgrzanej kuchni węglowej. Ja dodaję jeszcze troszeczkę imbiru, plasterek dosłownie.

Taki esencjonalny i pachnący rosół świetnie rozgrzewa po zimowych spacerach.
Spacer, obiad, jakieś prasownaie ciuchów do huty i niedziela prawie umknęła. To niesprawiedliwe.
Nawet sobie nie pomalowałam:(
Chyba, że teraz zacznę, ale nie będzie to kapliczka. Patrzę od kilku dni na cynkowę konewkę. chyba się za nią zabiorę.
Miłego wieczoru zatem. Odpoczywajcie niedzielnie.

niedziela, 17 stycznia 2016

Fioletowa.Liliowa.

Całkiem przypadkowo ten liliowy anioł dostał buziaka takiej jednej Marty. Nie żebym to zrobiła świadomie. Malowałam, malowałam, a po skończeniu przyglądam się tak temu buziakowi i...jejku toć to Marta!

Kapliczka wiosenna mi wyszła z ptaszętami i kwieciem lawendowym. I dziewczęciem młodym, szczupłym. W przeciwieństwie do poporzednich.
Mam takiego małego cenzora, ma 4 lata, pies na baby. Będzie z niego niezłe ziółko, jak dorośnie. Popatrzył na poprzednie kapliczki i mówi tak, brzydkie są. Takie są tam stare i grube baby, a ja lubię młode laski.
Dziś usłyszałam opowieść, jak załatwił swoją opiekunkę w sklepie. Byli tam razem, on i jego opiekunka ze swoją siostrą. Ta siostra mierzyła jakiś ciuch, a on siedział grzecznie wiedząc, że do kabiny nie można zaglądać. W pewnym momencie do przechodzącego faceta mówi tak " chcesz zobaczyć , jakie I... ma fajne cycki?"
Fioletowa fajnych cycków nie ma, ale zaglądajcie, oglądajcie...







Byłam dziś na proszonym obiedzie, boszsz, alem się najadła i jakie to było dobre. Idę trawić w pozycji horyzontalnej. Inaczej sie nie da.

sobota, 16 stycznia 2016

Sobotnie marudzenie.

Nie wstałam wcześnie. Chyba dlatego, dzień taki krótki się wydawał. Jak było wstać wcześnie skoro się poszło spać o drugiej w nocy? Zasiedziałam się nad kolejną kapliczką  i straciłam poczucie czasu. Za oknem w tym czasie padał sobie śnieg, cichutko, spokojnie, zasłał świat za oknem.



Rano tą biel zepsuł nasz Pan Dozorca wychodząc raniutko z łopatą. Słyszałam to szur, szur za oknem. Wstałam nieziemsko połamana, nie wiem, czy to jakieś lumbago, wciórności, czy inny ischiasz. Może to sprawka Mopa, bo tak się rozwala, że codziennie  budzę się zwinięta w chińskie osiem, poskręcana i ścierpnięta, a hrabia leży do góry kołami rozwalony na ćwierć łóżka.

Odgrzebałam w szafie stareńkie trapery ( jak to dobrze, że je mam) i poczłapałam na zakupy. Dosłownie poczłapałam, okrutnie mi się nie chciało, a i te wciórności dokuczały.  Nocny śnieg jeszcze utrzymywał się na gałęziach i owocach platana. Aż przystanęłam i zrobiłam zdjęcie tym kolczastym owocom ubranym w śniegowe czapeczki.


Ostatnio mam zero pomysłów na dania obiadowe. Totalnie nie wiem, co ugotować. Najchętnej nic, ale sobota to taki dzień, gdzie rodzina już nie chce jeść kanapek. Przypadkiem natknęłm się w Biedrze na mrożone filety z mojej ulubionej rybki. Nawet nie wiedziałam, że mają tam sandacza. Obiad miałam z głowy.
Zanim zrobiłam ten obiad Wu już odgruzował chałupę, nie było zbyt wiele, po malowaniu w zeszłym tygodniu jeszcze  się specjalnie nie nasyfiło.
Mogłam usiąść do malunków. Właśnie zachodziło słońce. Dobre światło diabli wzięli. 
Skończyłam Jagnę od jagniątek. Zabezpieczona lakierem okrętowym może zawisnąć na dworze. 
Nie przypadł mi ten lakier do gustu, ochrania od warunków atmosferycznych dobrze, ale trudny w nakładniu, cieknie i schnie upiornie długo. Kapliczkę trzeba malować na raty, boczki, daszek, tył i uważać na zacieki.


Przypomniał mi się jeszcze jeden anioł drzewny, zrobiony latem w Kaczorówce, ale nie był skończony. Teraz się doczekał.
To kawałek szczapki sosnowej, która tak się ładnie pod anioła wyłupała z większego kawałka.
Wystarczyło trochę pomóc przypadkowi, ze starego drutu zrobić aureolę, z pakuł włosy, z obierków po temperowanym ołówku koronkę pod szyją i na rękawie, pomalować na niebiesko i jest. 


Do grona zapalonych dołączyła moja siostra. Zapaliła się do patchworków. Nabyła jakieś ustrojstwa, co tną ,materiał w kilku warstwach, rozstawiła maszynę i zaczęła działać. Jak na pierwsze dzieło to całkiem jej zgrabnie wychodzi. I to od razu zabrała się za duży format. Będzie narzuta patchworkowa na łóżko. Też chcę taką. Nie mam cierpliwości do szycia.


Oczywiście narzuta nie jest jeszcze zszyta i wykończona, ale zapowiada się ładnie. Radośnie i wiosennie.
Jutro w świetle dziennym sfocę ostatnią z ukończonych kapliczek. Została mi jeszcze jedna, ale chyba poczekam na jakiś wolny dzień, to dłubanie po ćmoku mnie wnerwia. Czy to tak musi być, że wzrok człekowi siada w pewnym wieku?


środa, 6 stycznia 2016

Przed armagiedonem. Jagna łod jagniątek:)

Jutro u mnie będzie armagiedon. Wiem, wiem na łeb upadłam, ale trudno. Decyzja podjęta. Za oknem mróz, nawet śnieg, a mnie wzięło na malowanie. Że kapliczek, to wiadomo, zaraz pokażę ostatnią, ale będzie też malowanie przez duże M. Zostawiam je Wu, a ja cichcem, cichcem do huty. Mam nadzieję, że jak wrócę to nasz duży pokój już będzie lśnił białością, bo na razie to syf, kiła, mogiła i chujnia z grzybnią.
Mam kiepski wzrok, ale, jak założę okulary to nie mogę na te bure ściany patrzeć. Już nie mówię, co widać, jak dobrze słonko przyświeci. Jęczałam, jęczałam i wyjęczałam, Wu maluje.
Muszę na ten czas schować mój warsztat, więc dziś, chcąc się upoić na zapas weną i ochotą, malowałam od samego rana kolejną kapliczkę.

Nie jest jeszcze skończona, zostały detale i lakierowanie, ale muszę, muszę Wam pokazać. No i prosić o krytykę, bardzo to dobrze mi robi. Mam potem jeszcze większą ochotę na malowanie.
No to siup, pokazuję taką sote, zdjęcia robione w sztucznym oświetleniu, a potem trzeba zacząć szykować pokój do malowania.
Matko, gdzie ja to wszystko wyniosę?




Trochę detali: łowiecki


Domecki.


"Jagna łod jagniątek"  - Pantera jest matko chrzestno kapliczki:)



Jak ją wykończę na cacy pokażę raz jeszcze.

Buziaki dla Wszystkich.

niedziela, 3 stycznia 2016

Zatracona.

Jak mnie weźmie to się nie umiem powstrzymać. Wena, jak mnie weźmie chciałam rzec. Jak mnie wczoraj wzięła to puściła z konieczności dziś koło południa. Człek się jednak umi zorganizować, kapliczki schły, Mnemo kręciła ciasto marchewkowe i tiramisu, dla gości. U Mnemo z Nowym Rokiem okazji do świętownia multum. Za to skomasowane, jak się odbędą to potem szlus, cały rok.
Kocham te wolne dni, kocham, jak nie trzeba do huty. Warsztat rozstawiam i działam. Jak się pewnie zorientowałiście, teraz mnie na kapliczki wzięło. Matko, już bym następną trzaskała, bo pomysły się legną, jak wszy na łabach ruskich żołdaków. Tylko, że jutro poniedziałek:(((
Jednak dwa dni i znowu mamy święto!! Hurra, niech żyje Trzech Króli. Nawiasem mówiąc, jak trzech to powinny być trzy dni wolnego prawda?
Nie będe kombinować tylko pokazuję kolejną kapliczkę i tę z wczoraj, którą dokończyłam. Latałam, żeby zdjęcia przyzwoite zrobić, ale i tak żadne nie oddaje rzeczywistości.
Pierwsza krytyka już była, gości miałam.
Teraz do krytykowania zapraszam Was.

Najnowsza kapliczka - zwiastuje...
No, co ona zwiastuje?
Z mroków zimy, w zgrzebnej szacie wyłania się ONA. Jeszcze nieśmiała, jeszcze zaspana, ogrzewana nieśmiałymi promykami słonecznymi. Ogrzewają ją ...koty -wiadomo najlepsze w tej roli.
Taki jeden, z krajów dalekich już się pojawił i brodzi w powodzi niezapominajek, bo proszę Państwa ONA zapuka  do naszych drzwi, jeszcze  tylko troszkę poczekamy...

Tytuł? Jaki może mieć tytuł ta kapliczka?








A kiedy ta powyżej się pojawi, wtedy ptaszęta zaśpiewają i nastanie jasność. Błękit i lazur na niebie. A koty już grzać nie będą musiały zziębniętej ( no kogo). 





Starałam się, jak mogłam, uwierzcie. I przyznam się, że  pędziel to miewałam w ręku, kiedy było trzeba malować ściany. teraz przerzuciłam się na pędzelki.
A efekt macie powyżej.
Zachęcam do krytyki:)