Zrobiłam sobie dziś spacer. Z huty do domu. Boszsz udało mi się wyjść za widoku? Sukces!
To dobry czas na przewietrzenie głowy, oglądanie krajobrazów (kiedy się ta jesień zrobiła). W sumie za bardzo tych krajobrazów nie oglądałam, bo całe 2 kilometry ględziłam przez telefon, dzierżąc w łapie torebkę, a w drugiej teczkę z papierami.
Droga ma wiodła przez park, gdzie dopiero zauważyłam, jak mamy już daleko posuniętą jesień. Jakoś umknęły mi gdzieś dwa miesiące, przecież ledwo chwilę temu męczyliśmy się z upałami.
I tak idąc sobie dobrnęłam w okolice sklepu, który mnie od dawna fascynuje i zawsze, ale to zawsze staję sobie przed witryną tego sklepu i podziwiam wystawy. W zasadzie nie bardzo jest, co podziwiać, bo albo tam stoi jakaś para butów, wisi jakaś kiecka, albo paseczek. Mnie fascynuje najbardziej na tych wystawach cennik. Tym razem też mu się przyglądałam przez chwilę, a potem przerwałam rozmowę i cyknęłam wystawie fotkę.
I do samego domu zastanawiałam się na co wydać najbliższą pensję. Kilka pozycji niestety od razu odpadło, bo musiałabym wydać kilka pensji, natomiast na takie buty z cyfrą 2 na początku byłoby mnie stać, tyle tylko, że za pozostałą po zakupie kwotę to już musiałabym wybierać jeść, czy opłacić rachunki.
I w lekko rozpaczliwym nastroju dowlokłam się do domu, zjadłam śledzika na raz w sosie koperkowym, bo do garów mi się zaglądać nie chce i nawet siły nie mam i tak sobie dalej myślę.
K@$%a m@ć, kogo na ten sklep stać?

