poniedziałek, 30 grudnia 2013

Jestem ciotką Pysi !!!!

Jeszcze w drugi dzień świąt "Pysia", jak ją roboczo nazywam, bo imię jeszcze oficjalnie nie zostało ogłoszone, siedziała sobie wygodnie za pomocą swojej mamy na mojej kanapie i podjadała, za pomocą również swojej mamy, świąteczne smakołyki.



Dziś o 16:10 pojawiła się na świecie pokazując 3600 swojej wagi, 55 cm długości i czarne włosięta.
Jestem ciotką Pysi w drugiem pokoleniu. W pierwszym pokoleniu zostałam ciotką aż 10 razy, a w drugim po raz czwarty!!!! Nie zliczę dla ilu dzieciaczków jestem taką  ciocią przyszywaną, bo nie łączą nas więzy rodzinne ale przyjacielskie.

Jutro pewno zobaczę już Pysię, bo na razie mama odpoczywa, oj napracowały się dziewczyny bardzo.

Ufffff.



sobota, 28 grudnia 2013

A jednak pamiętają:)))

I to gdzie? Ano tutaj, w Warszawie. Pamiętają i bardzo ładnie obchodzą rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Lidio powinno Cię to ucieszyć. Tu było bardzo, bardzo dużo flag!!

W tym roku to ponoć pierwsze takie huczne obchody, w ramach przywracania pamięci o Powstaniu Wielkopolskim. Trafiłam na nie całkiem przypadkiem na spacerze po Starówce, który przerodził się w gorączkowe poszukiwanie ustronnego miejsca (trudne zadanie w tym miejscu), gdzie można byłoby pozbyć się nadmiaru wypitej przed wyjściem kawki. W końcu uwolniona i szczęśliwa pomaszerowałam uliczkami Starówki w kierunku kolumny Zygmunta, gdzie natknęłam się na pokaźny tłum przed Archikatedrą św. Jana Chrzciciela. Właśnie skończyła się msza i potężny pochód szykował się do wymarszu w kierunku Placu Piłsudskiego na resztę oficjalnych obchodów.
Nie zabrakło oczywiście oficjeli, rozpoznałam profesora Nałęcza ....


I arcybiskupa Nycza (choć inaczej trochę wygląda tak w cywilu).......


Poszły poczty sztandarowe.....



Orkiestry.....

Tłumy, jak okiem sięgnąć, cały Plac Zamkowy pełny i aż po horyzont tłumy........


Powstańcy na koniach, jak prawdziwi.......


Zobaczcie sami, powstaniec wypisz, wymaluj ( mój dziadek na obrazie z tego okresu wygląda podobnie) ......


A konik się popisywał, kłaniał, salutował nóżką.....


Cały ten orszak zamykały służby porządkowe, nie zabrakło powstańca ze szczotką i wiaderkiem. Wiadomo koniki szły przodem.......


Niebawem i szczotka i wiaderko się przydały..........


 A potem podążyli dalej, w kierunku Placu Piłsudskiego......


Pogoda dopisała wyśmienicie, Plac Piłsudskiego był skąpany w słońcu, zupełnie wiosennym.......




Muszę powiedzieć, że łezka mi się zakręciła, bo przecież to Powstanie to zryw moich krajan, szkoda, że nie dopytałam, kiedyś babci, jak to zapamiętała, była wtedy dorosłą 20 letnią dziewczyną.....

A kolejnym razem o anomaliach przyrodniczych spotkanych podczas spaceru:)

piątek, 27 grudnia 2013

Wigilia służbowa

Część z nas pracuje zawodowo, część pracowała, pewnie mamy jakieś wspomnienia z tzw. Wigilii zakładowych.
Jak sobie przypominam, dawniej, takiego zwyczaju nie było. Obowiązkowo  to świętowało się 8 marca, tulipany zakładowe, paczka rajstop, kawa. I wielka szarmanckość panów w ten dzień. Ale po transformacji, jakoś tak z roku na rok, coraz wystawniej zaczęto obchodzić Wigilię służbową. Zajeżdżał katering, były życzenia, kolędy z płyty, nastrój z choinką, opłatek i musowo sznureczek pracowników stojących w kolejce, aby czule wyściskać swojego szefa/szefową. To były jeszcze takie czasy, kiedy takie zwyczaje dopiero raczkowały i czasem nawet z chęcią się z tym szefem człowiek wyściskał. Bo szefowie wtedy widzieli jeszcze w nas ludzi, a nie tylko automaty. Nawet, jak nam się czasem noga powinęła to szef potrafił odłożyć owo zdarzenie na bok i nie miało się krechy, jak stąd do Krakowa już na zawsze. Jak nie poszło się na taką Wigilię to też nikt szat z tego powodu nie rozdzierał.
Teraz jest trochę inaczej, zaproszenie na taką Wigilię jest obowiązkowe, jeśli jesteś w pracy. Iść jest mus. W końcu jesteś w pracy. Wchodzisz, więc na taką salę, gdzie zgromadziło się dobrze ponad setkę wystrojonych pań i panów. Cekiny błyszczą, tapiry na głowach, perfuma unosi się w powietrzu.
Najpierw jest wykład, co to nam się udało w ciągu tego roku, co nie wyszło, jak to trzeba przycisnąć pasa już za chwilkę, bo oto nadchodzi kolejny trudny rok. Jeszcze bardziej przycisnąć.Teraz to same takie, jeden za drugim. W powietrzu wiszą niedomówienia, bo przecież wiemy, że na kolejnej Wigilii zapewne wielu z nas już się nie zjawi. Przecież będziemy przyciskać pasa, a jak nam nie wyjdzie......to wiadomo.
A potem są serdeczne życzenia, samej radości, pomyślności, sukcesów zawodowych. I........ można już iść do zastawionych stołów, które zapachem nęcą już od dwóch godzin. Część osób rzuca się do talerzy inna grupa biega z wymiętolonym i rozmokłych od spoconych dłoni opłatkiem od koleżanki do kolegi ( czas porzucić urazy, choć nie raz się za czuby brali), jeszcze inna grupa staje w ogonku do szefów. Ciekawe, czy ktoś rejestruje, kto w tym ogonku stał........ Pojedyncze osoby chyłkiem wymykają się po części oficjalnej z sali, szepcząc do sąsiada, " w razie, co to mnie kryj".........

Pierwszy raz w tym roku odczułam taką dojmującą obłudę tej sytuacji i było mi tak okrutnie smutno..........
Chciałabym, aby nie organizowano tych zakładowych Wigilii, lepiej bym się czuła, a że trzeba pasa zacisnąć to już sama wiem......nie potrzeba o tym mówić, właśnie akurat na takim spotkaniu.......


A Wasze Wigilie zakładowe, jak wyglądają? Czy te spotkania przynoszą Wam radość? Fajny to Waszym zdaniem zwyczaj, czy całkiem do bani?

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Życzę Wam............

Radosnego świętowania, spotkań z bliskimi, wspomnień przy blasku choinkowych lampek, zapachów i smaków, prezentów, i w końcu błogiego lenistwa po dniach gorączkowego dreptania i biegania.

 Życzę Wam tych wszystkich rzeczy, które dzieją się tylko raz w roku, kiedy przychodzą ŚWIĘTA. 

Niech spełnią się Wasze wszystkie marzenia, o których pomyślicie, kiedy zabłyśnie pierwsza gwiazdka w Noc Wigilijną.

Fajnie, że jesteście, fajnie, że mogę się z Wami śmiać do łez, dyskutować, przekomarzać, uczyć i wymieniać doświadczenia:))))))

Chciałabym Wam też życzyć takiej ładnej zimy na te święta, ale synoptycy zdecydowanie twierdzą, że śniegu nie będzie. To choć popatrzcie, jak Kaczorówka wygląda zimą, ładnie prawda?



Chciałoby się zawołać Alleluja, ale to nie te święta:))))

Wasza Mnemo:)))

niedziela, 22 grudnia 2013

Zagadka między kuchennymi robotami

Zagadka będzie na końcu:)

Nie wiem, co się stało, ale wszystko mi jakoś składnie idzie na te święta, no w kuchni przynajmniej. To zasługa tego wiskacza, co ta miał być na święta, ale już go nie ma:))

Mięska upieczone, trzy rodzaje, a na fotce tylko indyczy udziec. Reszta już zabunkrowana w lodówce
Ciasto marchewkowe gotowe. Jutro "murzynek", bo dziecię kategorycznie zażądało tego ciasta. "Ugotowana" czekolada, czeka do jutra, kiedy będę piec.


Z czeluści szafy wywaliłam świąteczne ozdoby, po babci. Ile one mają lat? Trudno stwierdzić, fakt, że Babcia już coś prawie 30 lat, jak oczy zamknęła. Ozdoby dostałam niejako w spadku po mojej fantastycznej Babci. Babcia doczeka się chyba oddzielnego posta.




Te archaiczne bombki zawiesiłam na gałązkach forsycji zerwanych w świętą Łucję, ponoć mają zakwitnąć na Boże Narodzenie. 

A temu wszystkiemu przyglądała się Marylin ze ściany.....
,
Dziecka stworzyły własną, pierwszą na swoje śmieci, ekologiczną choineczkę, jak już najadły się obiadku ( też zdążyłam zrobić) 
A TERAZ ZAGADKA!!!!

To produkt naturalny, ze sklepu się nie nadaje.  Przez 3 dni czekał w cieple, przykryty szczelnie.......

Jest potrzebna nam patelnia i dodatki, które powodują, że produkt ze zdjęcia powyżej będzie smaczny.......................................

Na patelni, bo to się smaży..............................................................................................................
Z kolejnymi dodatkami................................................................................................
Efekt końcowy............................................

No i teraz klu zagadki. Co to jest? To się je, to jest dobre. W sklepie można kupić, ale tylko w niektórych rejonach. I nie jest takie dobre, jak się zrobi samemu. Ja ostatnio to jadłam, jakieś 20 lat temu.....................

sobota, 21 grudnia 2013

Ble, ble... święta...

Idą sobie na przekór temu, że ludziska na nic czasu nie mają. Pędzą, gonią i zadręczają się, że one tuż, tuż a tu prezentów nie było czasu zrobić/kupić, w chałupie bardak, lodówka pusta, słowem chaos totalny. Jak się mamy cieszyć, że już za chwilę za momencik błyśnie ta pierwsza gwiazdka na niebie i zaprosi do stołu wigilijnego?
Ono normalnie, co się zrobi to będzie.
Nie przewracam wszystkiego do góry nogami tylko dlatego, że w grudniu, pod koniec roku, tak się złożyło, wypadają te najfajniejsze, najbardziej wyczekiwane święta. Wrzuciłam na luz, co zrobię to zrobię, dlatego poszłam dziś na pedicure.....moje nogi też chcą mieć święta, bo im się to należy. Noszą moje jestestwo od świtu do nocy, to mam im żałować?
Najpierw paluszki zawinięto w sreberko..


Potem pomalowano. Musowo na krwistą czerwień.


A potem wsadzono nóżkę do opiekacza:)))

I mam teraz takie ślicne, mięciutkie i wypiłowane. Lubię bez dwóch zdań porządek na odnóżach. Nawet kosztem świątecznego wariactwa. A to też się zrobi, grunt to dobra organizacja i umiejętność robienia kilku rzeczy na raz. Ja umiem. Dlatego już mam rybki w occie, bigos, zamarynowane 3 rodzaje mięs. Jutro kolejna tura, a w poniedziałek po powrocie z huty reszta. Damy radę. Prezenty też zapakowane już sobie czekają.

W razie, jakby nie wyszły wszystkie kulinarne przygotowania to zawsze można pójść tu.........



Tak sobie wyobrażam, że jeśli zawita kiedyś w moim mieście Hana, albo Mika koniecznie musimy się tam wybrać. Co Wy na to dziewczynki?

wtorek, 17 grudnia 2013

Zaobserwuj, co zjada Twój pupil. Może ma spaczony apetyt?

Idą święta, więc postanowiłam uzupełnić psią spiżarkę i dokonać zamówienia w sklepiku internetowym, z którego korzystam już trzy lata. Taki sposób zabezpieczania się w psie/kocie jedzonko jest super wygodne, dostawa jest pod drzwi, szybko i miło. Sklep oferuje rabaty, czyli jest taniej niż w tradycyjnych sklepach, człek się nie nadźwiga ciężkich puszek, a wybór jest ogromny. Nie tylko jedzenia, wszystko, co nasze pupile potrzebują można tam dostać. Można też sprawdzić ile się wydało na naszego pupila, bo nasza lista zamówień tam się ładnie sumuje i widzimy wszystko, czarno na białym. Ze zdumieniem odkryłam, że przez 3 lata moje małe zwierzątko zjadło karmy za tyle, co bardzo dobrej klasy laptop. A to tylko trzy lata, poprzednie 4,5 roku kupowałam jedzonko w psiej budzie na bazarze. Jakbym do tego dodała psie akcesoria, środki ochronne na kleszcze, fryzjera ( a co, przecież chodzi regularnie),weterynarza i leki, to przez te prawie 8 lat uzbierała się okrągła sumka. No, ale, czego nie robi się dla naszych milusińskich. Prawda?
I tak przy okazji tego zmówienia zerknęłam sobie na artykuły zamieszczone w kąciku "porady", w nadziei, że znajdę jakąś wskazówkę, co zrobić z psem, który podsikuje, co rusz inne sprzęty w mieszkaniu. Nie znalazłam. Z sugestii weterynarza, który  kazał psu wyciąć prostatę jednak nie skorzystam, bo drugi wet powiedział, że nie ma takiej potrzeby, to taka jego "uroda", no i żal mi jakoś  tej Mopciowej prostaty.

Znalazłam jednak artykuł dotyczący spaczonego apetytu u naszych braci mniejszych. Ciekawe to bardzo, bo o różnych przypadkach słyszałam, a jeden nawet zaobserwowałam u mojego pupila, który lubi na wiosnę, kiedy śnieg zaczyna tajać, podjadać, wystające z tego śniegu lekko rozmarznięte kupięta innych piesków. Czyli mój pies jest koprofagiem!!!
A ja mu skubanemu kupuję najlepszą karmę przeznaczoną dla delikatnych i wybrednych piesków!!!
Nie znalazłam w artykule jeszcze jednej psiej przypadłości, którą miałam okazję zaobserwować u suki mojej siostry, która z wielkim apetytem zjada ......pety!!! Przy okazji jest też koprofagiem, bo uwielbia kurze kupy. I trzeba jej bardzo pilnować, bo najpierw zeżre, a potem choruje.

A tu wklejam kawałek artykułu, może Was te problemy zainteresują?

"Wielu właścicieli boryka się z problemem spaczonego apetytu u swoich pupili. Zaburzenie to występuje głównie u psów, choć może dotyczyć również kotów. Zwierzętom dość często zdarza się zjadanie substancji, które w powszechnym mniemaniu uznane są za niejadalne. Według statystyk najbardziej podatne na tego typu zaburzenia są młode suki, niezależnie od tego czy zostały one poddane zabiegowi sterylizacji czy nie.

Spośród najczęściej obserwowanych zaburzeń łaknienia u zwierząt domowych można wymienić:
Geofagia, czyli zjadanie ziemi. Występuje u psów, szczególnie w okresie przed osiągnięciem dojrzałości.

Geomelofagia, czyli zjadanie surowych ziemniaków. Występuje zazwyczaj u psów, z czego najczęściej u owczarków niemieckich.

Emitofagia, czyli zjadanie własnych wymiocin. Zaburzenie to występuje dość często u psów, choć niekiedy może dotyczyć również kotów.

Koniofagia, czyli konsumowanie kurzu. Często występuje u kotów, u psów sporadycznie.

Kautopireiofagia, czyli zjadanie wypalonych zapałek. Niekiedy zdarza się u psów, nie zaobserwowano jak dotąd takiego zaburzenia u kotów.

Amylofagia, czyli zjadanie skrobi. Dotyczy psów i kotów w równym stopniu.
Hialofagia – zjadanie szkła. Występuje u psów.

Trichofagia – zjadanie włosów lub wełny. U kotów występuje bardzo często i niekiedy może być uznawane za fizjologie. Koty najczęściej zjadają włosy podczas wykonywania własnej toalety. Może być to u nich również zjawiskiem patologicznym, wywołanym chociażby stresem. U psów występuje rzadko i zawsze jest patologią.

Litofagia, czyli zjadanie kamieni. Zaburzenie to powinno skłonić właściciela do wizyty wraz z pupilem w gabinecie weterynaryjnym. Szczególnie w przypadkach, kiedy dotyczy ono zwierząt nieszczepionych przeciwko wściekliźnie (w Polsce szczepienie zwierząt domowych z wyjątkiem psów nie jest obowiązkowe). Zwierzęta, które oprócz litofagii wykazują zaburzenia nerwowe, a w ostatnim czasie zostały pogryzione przez inne zwierzę powinny być jak najszybciej przebadane w kierunku wścieklizny! Zjadanie kamieni może, ale nie musi być objawem choroby. Czasem samoistnie występuje u psów, jednak bardzo rzadko dotyczy kotów.

Autokanibalizm – mówi się o nim kiedy zwierzę samo siebie okalecza. Zjawisko to występuje zarówno u psów jak i u kotów i najczęściej wywołane jest ogromnym stresem

Urofagia, czyli wypijanie moczu. U kotów występuje bardzo rzadko, natomiast dużo częściej można się zetknąć z tym zjawiskiem u psów. U samic wychowujących potomstwo uznane jest to za normę behawioralną.


Ksylofagia, czyli zjadanie drewna. Występuje u psów i zawsze wskazuje na toczący się proces patologiczny.


Zdecydowanie częściej w porównaniu z innymi zaburzeniami na tle żywieniowym, można się u zwierząt domowych zetknąć z koprofagią, polegającą na zjadaniu przez zwierzęta odchodów. W niektórych przypadkach dotyczy to odchodów własnych zwierzęcia, dużo częściej jednak konsumowane są poza własnymi również odchody innych osobników, nie wykluczając innych gatunków. Przyczyny takiego zachowania zwierząt nie są do końca poznane, aczkolwiek istnieje wiele hipotez, tłumaczących tą niezrozumiałą dla właściciela formę konsumpcji.
......
 W odchodach osobników młodych, u których proces trawienia nie jest w pełni sprawny, znajdują się zdatne do spożycia niestrawione resztki pokarmu. Młode, „niewykształcone” jeszcze pieski mogą postrzegać kał jako źródło związków odżywczych. Takie tłumaczenie zjawiska koprofagii jest przypisywane również osobnikom o spowolnionym rozwoju psychicznym, co głównie dotyczy owczarków niemieckich. 
żródło: http://artykuly.animalia.pl/artykuly.php?id=992&page=3


A to naczelny koprofag kurzy, czyli Mela:)


I mój koprofażek, malutki:)

A tu oba naraz:)



A co zjada Twój pupil?

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Co pod choinkę?

Macie dylemat z prezentami? Bo, ja mam. Niektórzy zapobiegliwi już mają to z głowy inni dopiero się rozglądają i dywagują, co by na ten prezent kupić. Wiadomo, prezent trzeba dopasować, żeby nie stał się prezentem przechodnim, albo kolejnym gratem przestawianym z kąta w kąt. Ale, jak to zrobić skoro od tylu lat już te prezenty się robi i pomysły zaczynają się kończyć.
A może macie jakieś fajne, odlotowe  pomysły na prezenty/ upominki? Coś, co mi do głowy nie wpadło mimo dumania i wymyślania?

Dla:

  • Męża,
  • Mamy,
  • Taty
  •  Teściowej,
  • Teścia
  • syna (dorosłego)
  • córki (dorosłej)
  • Siostry
  • Brata
  • dzieci przedszkolnych
  • dzieci w podstawówce
  • dzieci w gimnazjum
  • szwagrów
  • szwagierek
  • reszty, co nie wymieniłam.......
I koniecznie, prezent dla nas samych, co chciałybyśmy dostać pod choinkę?


Niech nas nie ograniczają kwoty czy inne uprzedzenia, nawet z najdziwniejszych pomysłów może wykluć się coś fajnego. Może ja, a może inni tu zaglądający skorzystają z podpowiedzi?
Zróbmy sobie taką burzę mózgów i puśćmy wodze fantazji, albo pragmatyzmu..............

A może macie w zanadrzu jakąś opowieść o otrzymaniu bardzo nietrafionego prezentu? To też jest jakaś wskazówka:)))


P.S. Liczę na pomoc, bo czasu już mało:)))





niedziela, 15 grudnia 2013

Jak się Mnemo poddała dyscyplinie

I to od samego rana.
Wstała ani wcześnie, ani późno, w sam raz na niedzielny poranek. Wypiła kawusię i stwierdziła, że zupełnie inaczej niż zwykle nie włączy na dzień dobry kompa. Taka samodyscyplina.
 Potem karnie poszła z psiną na spacerek, choć dzionek pożal się bosze, chmurny, mglisty i zgniły. Wcale nie zimowy. Wrony i kawki smętnie grzebały w trawniku poszukując śniadania, a nieliczni ludzie pośpiesznie przemykali przez park. Cicho i pusto. Widać inni odsypiali sobotnie szaleństwa.
I tak po powrocie Mnemo sobie pomyślała, że czas niedzielny należy spędzić zbożnie, czyli niezbyt pracowicie, a raczej przyjemnie. Zaczęła od odwiedzenia przyszłej mamusi, co to już za chwileczkę uda się na porodówkę. Ulice były cudownie puste, tak to by się chciało jeździć codziennie. Pewnie wszyscy udali się na zakupy do tych wszystkich ogromniastych sklepów z ogromniastymi tłumami i ogromniastym hałasem. Jak to dobrze, że Mnemo tam nie pojedzie, bo w tym roku postanowiła sobie tego koszmaru oszczędzić. Jeszcze troszkę pomniejszych sklepików w okolicy zostało. Przyszła mamusia dostała w prezencie pastelowe cytrynki i Mnemo urosła wszerz i w górę ( z dumy),  kiedy musiała tłumaczyć, że to nie jest zdjęcie cytrynek tylko własnoręcznie namalowany obrazek. Przyszła mama jest młodą osobą, wzrok ma dobry, ale przyglądała się łącznie z przyszłym tatą obrazkowi pod światło, i z tej i z tamtej. Mnemo musiała zaklinać się, że to nie zdjęcie. A może chcieli mi przyjemność sprawić, choć oczywiście nic nie wiedzieli, że Mnemo teraz ma pastelkowego fioła.
A po powrocie, przemyślawszy rzecz podczas jazdy, Mnemo raz na zawsze pozbyła się ciuchów za małych, które to wredne krasnale z zaciętością zwężają i zwężają. Idąc za ciosem rozstała się także z kilkoma parami butów, kurtek i płaszczy. Ach, jak to błogi stan, tak bez stresu i żalu pozbywać się za małych szmat. A było tego sporo, 120 litrowy wór ciuchów, i torba podróżna (podarta) butów. Zaraz luźniej w szafach!!!!
Mnemo trochę była ciekawa, co tam się w blogosferze dzieje, ale dzielnie powstrzymywała wskazujący palec od zrobienia "klik". Dobrze się złożyło, bo pokusa była duża, ale trafił się gość najpierw jeden, tego Mnemo napasła sernikiem ( bo kupiła), a potem drugi, który dostał obiad ( ten już ugotowała). Trwając w swoim rannym postanowieniu Mnemo zasiadła do pastelek, znowu bez światła dziennego, ale nawet z rana było tak chmurno, że trza było ogarki zapalić. I tak sobie, rysowała, malowała, rysowała, aż narysowała........

I dopiero wtedy uznała, że dyscypliny dość, paluszek wskazujący zrobił "klik" i oto jest i prezentuje dzisiejsze zmagania z pastelkami...........



A teraz idzie radośnie pobuszować po Waszych blogach:)

piątek, 13 grudnia 2013

Co robi Mnemo, jak nie idzie do Huty?

Jak Mnemo nie idzie do huty, to dzień wcześniej marzy, o tym pięknym, rzadko występującym zjawisku. Myśli, że w ten jeden wolny dzień, po pierwsze się wyśpi do syta, po drugie wysprząta wszystko pięknie na święta (czas wielki), po trzecie w blasku dnia pomaluje sobie pastelki, może nawet maseczkę na paszczy położy i zrelaksuje się chwilunię przy książce. Tyle marzenia, a jak rzeczywistość się dziś miała? Ano zupełnie inaczej.

Obudził Mnemo paskudny ból głowy, rozsadzający. Czyżby za długo spała? W lustrze zobaczyła zapuchniętą gębę i oczy, jak szparki. No ładnie pomyślała i powlokła do kuchni napić się kawy. Ta zwykle stawia Mnemo na nogi. Nie postawiła jednak. Tabun małych, złośliwych koników dalej cwałował po łepetynie. Dobra, to może wyjdę na powietrze, świeże, miastowe, może przejdzie. Mnemo skierowała się na bazar, przy okazji kupić zamierzała trochę produktów spożywczych i rekwizytów do pastelek, bo poprzednie zostały w większości zjedzone. A na bazarze, o matulu jedyna, armagedon. Tłumy dzikie, chyba pół miasta tam pogalopowało w celu nabycia kapust kiszonych, śliwek suszonych i innego dobra świątecznego. Przy każdej budzie i straganie ogonek wielokrotnie zakręcony, a emerytki uzbrojone w wózki na kółkach nie patrząc komu po odnóżach tym wózkiem przejeżdżają ciągną samym środeczkiem alejki. Mnemo nabyła to i owo i czując potęgujący się ból głowy chyłkiem zawróciła do domu. I wtedy zaczął dzwonić telefon......służbowy.....
A głowa boli, nic to, trzeba łyknąć procha, bo Mnemo już wie, że samo nie przejdzie. Proch ma to do siebie, że pomaga po kilkunastu minutach. W tym czasie minęło południe, kilkukrotne telefoniczne dyrektywy zostały wydane, odpowiedzi udzielone, uffff.
To zabierze się Mnemo za porządki, okno może umyje? Myła i myła, bo poprzednie jego mycie zatarło się gdzieś w pomrokach dziejów. Ale, jak się bierze dzień wolny 13 na dodatek w piątek to można się spodziewać, że gładko nie pójdzie, choć Mnemo wcale nie jest przesądna. Nie poszło bo wielka kropla paskudnie wybielającego futryny środka wpadła Mnemo prościusieńko do prawego oka. Jasny gwint, przecie oko mi jest potrzebne, pastelki miałam.......... Potem odbywało się płukanie gałki pod strumieniem bieżącej wody i pośpieszne ogarnianie tego, co Mnemo rozwaliła chcąc dokonać WIELKIEGO ŚWIĄTECZNEGO SPRZĄTANIA.
 W dogasającym dniu, burym i zamglonym Mnemo cyknęła jeszcze pastelki z poprzednich dni i........zapadła ciemność.
I tak to marzenia Mnemo o cudnie spędzonym dniu wolnym sprowadziły się do szarej rzeczywistości, czyli pośpiechu, żadnego odpoczynku, żadnej chwili dla siebie.
Mam wrażenie, że kiedyś dzień był dłuższy, a może ja była lepiej zorganizowana? Bo, że byłam młodsza to, z całą pewnością, a podobno z wiekiem człowiek staje się coraz powolniejszy i niestety w ciągu jednego dnia "diabłu łba nie urwie"

Pasteluję wieczorami, na doskok, bawi mnie to bardzo i wciąga, chciałabym "więcej, lepiej, nowocześniej", ale jest, jak jest, tak samo, jak te moje pastelki.
Ale, co tam pokażę Wam te moje "dzieci" z ostatnich dni, do zdjęcia nawet w ciągu dnia było za mało światła, niestety.





P.S. Mam nadzieję, że Wasze dni są dłuższe, mniej męczące i upływają w radosnej przedświątecznej atmosferze.


czwartek, 12 grudnia 2013

PRLowska propaganda

Jutro wypada 32 rocznica stanu wojennego. Wiele z nas pamięta ten dzień, kiedy wszystkim znany generał obwieścił ten fakt tonem poważnym, skupionym i zatroskanym.
Ja też pamiętam. Nie byłam jeszcze wtedy pełnoletnia, ale na tyle dorosła, że doskonale wszystko rozumiałam i byłam bardzo podekscytowana. W domu było trochę zamieszania i strachu o mobilizację, bo brat był już dorosły. Pierwszy raz w życiu widziałam wtedy opancerzone samochody i czołgi, które późną nocą, ogromną kawalkadą przejeżdżały przez uśpioną wieś. Ojciec po cichu słuchał radia Wolna Europa i klął na te "czerwone mendy".
A potem nastały, kolejki, kartki żywnościowe i wyczekiwanie, aż "to się skończy". Kiedy stan wojenny dobiegł kresu byłam już pełnoletnia.
Na wsi nie było w zasadzie widać nic szczególnego, ot czasami patrole po godzinie policyjnej, Nie słyszałam o żadnych drastycznych przypadkach, czy poważnych restrykcjach. to co działo się w miastach, czyli zdecydowanie niebezpieczniej to już znam z opowieści teściowej i Wu.
Dziś przy okazji świątecznych porządków znalazłam PRLowskie bibuły, które władza rozrzucała w Warszawie. Widać tam datę 1985 rok, a to już czasy, kiedy odwiedzałam często Warszawę i pamiętam ją z tego czasu.
Zobaczcie, jak władza próbowała przedstawić ludowi Wałęsę, ciekawe czy autor tej ulotki rumieni się dziś na wspomnienie tego, co tam na niej narysował.



Dziś mamy wolną Polskę, wolny rynek, demokrację. Borykamy się z wieloma problemami, szczególnie młodzi ludzie w pogoni za karierą czy choćby zwykłym zarabianiem na życie, często "nie mają" czasu na zakładanie rodziny, dzieci rodzi się coraz mniej z obawy o możliwość ich wychowania i zapewnienia bytu. Co rusz wybuchają nowe afery i aferki z udziałem ludzi na wysokich, prominentnych stanowiskach. Właśnie dziś obwieścili, że prawo jazdy, które lat temu "dzieścia" dostałam bezterminowo za lat 15 będzie podlegało wymianie, za opłatą oczywiście i na dodatek zostanę paddana badaniom, czy nie zramolałam doszczętnie i czy aby na pewno mogę w dalszym ciągu siadać za kółkiem.
Jak tak patrzę na to wszystko wokół to się zastanawiam, czy wtedy 13 grudnia 1981 roku i przez kolejne lata, kiedy naród "wywalczał" sobie tę wolność spodziewał się, że ta wolność tak będzie wyglądała?

Nie żebym tęskniła do tamtych czasów o nie, jeszcze pamiętam, jak choćby taki SOKista, pan i władca dworców kolejowych, na dworcu w Kaliszu groził mi, że jak jeszcze raz mnie "zobaczy w tych portkach moro na dupie to albo polecę z gołą dupą do chałupy, albo wpierdol dostanę" i nic mu za taką odzywkę, ale to absolutnie nic nie groziło.
Jednak patrząc, co się dzieje na scenie politycznej, jaki styl tam niektórzy reprezentują ciśnie mi się pytanie na usta, czy ta nasza biało- czerwona naprawdę tak musi wyglądać?