piątek, 29 listopada 2013

Porodówka, post wywołany wczorajszym.


Z samej porodówki nie mam prawie żadnych wspomnień, ot kilkanaście minut leżenia pod aparaturą, a potem wyjazd na blok operacyjny. A potem przyjazd na izolatkę i kilkugodzinne wracanie do żywych.
Po przebudzeniu w izolatce czuwał przy mnie anioł stróż w postaci młodego praktykanta -pielęgniarza. Chłopaka. Siedział przy mnie jakiś czas, mierzył ciśnienie, zwilżał usta wacikiem z wodą i wykonywał przy  mnie inne,bardzo krępujące czynności.  Byłam okrutnie zawstydzona.
Najgorsze było to, że dziecko na chwilunię tylko przynieśli wieczorem, kiedy doktory poszły do domu, pokazali kukiełkę zawiniętą w bet i tle go widziałam. Ale to było okropne uczucie. Płakałam cichutko w poduszkę.
 Następnego dnia poczłapałam, przytrzymując się ściany do szybki zza której można było podziwiać leżące pokotem w malutkich łóżeczkach dzieci. Kilkoro leżało w inkubatorach. Jak była fajna pielęgniarka to wpuściła na salę, żeby sobie popatrzeć na swojego maluszka z bliska, podtrzymać za rączkę. Mnie wpuszczały, ale tylko wieczorem. Po karmieniu. Dzieci wtedy spały.  Chyba dlatego, że miałam dwie znajome położne, które przetarły mi szlaki.  I tak trzy doby, bo na czwartą dobę przynieśli młodego, położyli na łóżko i "rób babo, co chcesz". Młody ryczał i ja ryczałam. Nie chciał pić z cyca, bo trzy dni karmili go z butli. Za to dzieciaczek sąsiadki nie miał oporów było mu obojętne, czy ciągnął cyca maminego, czy mojego. Bo, jak pisałam w poprzednim poście wyręczałam trochę sąsiadkę przy karmieniu jej dziecka.

 Kąpiel dzieciaków dla młodych niedoświadczonych matek to był koszmar. Przychodziła pielęgniarka i po kolei brała przygotowane już golaski do kąpieli, a kąpiel ta odbywała się pod bieżącą wodą w zlewozmywaku, któy był  na sali. Na lewej ręce wisiał taki golasek głową w dół, prawą go namydlała, potem było płukanie pod bieżącą wodą. Woda noworodkom lała się do oczu, uszu, nosa. niektóre płakały inne nie. Matki w kolejce czekały z rozcapierzonymi pieluchami w których lądowały dzieciątka. Takiego golasa trzeba było sobie naoliwkować, zasypać pupsko i paszki pudrem, a na koniec ubrać. Pierwszy raz (po znajomości) pielęgniarka mi młodego ubrała, ale w nocy niestety młody zabrudził sobie kaftaniki  i przeszłam chrzest bojowy. Jeszcze pamiętam, jak mi się trzęsły ten pierwszy raz ręce podczas przebierania. Nie miałam żadnego doświadczenia w pielęgnowaniu noworodków. Pielęgniarki były rubaszne, szybkie i nie cackały się z nami.

Szkoły rodzenia wtedy nie było, internetu nie było. Czytało się dr. Spocka ewentualnie wykorzystywało informacje przekazane przez mamę, siostry, koleżanki. I czekało dnia, kiedy wypuszczą do domu. Całe, długie 9 dób!!!!. Bez legalnych odwiedzin -nie wpuszczano na oddział. Ale od czego są znajomości, ja miałam, dlatego mąż przebrany w biały kitel był wpuszczany na kilka chwil. Wieczorami, przez piwnicę.

Ale czasy nie?

Po powrocie do domu pod czujnym okiem mamy, nabrało się wprawy w kapaniu, przebieraniu i karmieniu.
Młody był grzecznym dzieckiem, nie ryczał po nocach, nauczył się ciągnąć cyca, ale nie trawił czapeczki z daszkiem. A tak ładnie mu w niej było:))))


Nie wiem, jak jest dzisiaj w szpitalach położniczych. Ponoć różnie, choć od czasów, które tu dziś wspominam minęło ćwierć wieku.

Niedługo się jednak dowiem, bo już za chwilę za chwileczkę urodzi się taka mała jedna dziewuszynka:)))
I wiecie, co? Cieszę się. Zostanę po raz kolejny ciotką:))

czwartek, 28 listopada 2013

Różne oblicza macierzyństwa........


Widziałam już różne zwierzęce matki zastępcze. Dawno temu, nasza suczka Lala wykarmiła kociaka, znajdę. To sama suczka próbowała opiekować się moimi chomikami i malutkimi kaczuszkami, które znosiła sobie do legowiska w pysku i potem  lizała. Psina miała wyjątkowo mocno rozwinięty instynkt macierzyński, ledwo, co zapiszczało, a już brała delikatnie w zęby i znosiła do legowiska. Nie robiło jej różnicy, czy to kot, pisklak, czy chomik.
Widziałam też , jak pies, duży, nie jakiś kurdupel, śpi na dworze, na deszczu, bo w jego budzie śpią.........kury. Jajka mu tam nawet znosiły!!! No i wyżerały mu żarcie garnka. Chyba je lubił, a może im tak matkował?

Chlebem powszednim na wsi było, że kura wysiadywała kacze jajka albo odwrotnie.Kwoce wsio jedno na czyich jajach siedzi i jakie pisklaki potem wodzi.

Sama miałam taką przygodę życiową, że przez chwilę byłam mamką zastępczą. Różnie to z tym pokarmem jest, mnie tam nie brakowało, ba, było nawet go za dużo. A swojego dziecka przez kilka dni karmić nie mogłam. Przez 3 doby po cesarce dziecko było na bloku niemowlaków, karmili je przez butlę, a mama mogła popatrzeć zza szybki i raz dziennie wejść na blok popatrzeć z bliska na swoje dziecko. Swoje mleko się odciągało i wylewało, taka to była głupota. Za to sąsiadka z łóżka obok nie miała pokarmu za wiele i na dodatek miała bardzo popękane brodawki. Rodziła normalnie, więc dziecko miała przy sobie. Cierpiała przy karmieniu, a dzieciak i tak kwilił, bo był głodny. Dziś dano by butlę mleka i byłby spokój, ale wtedy były inne czasy. Karmić cycem i koniec. Mleko z butelki musiał przepisać lekarz, albo trzeba było sobie "załatwić". To sobie załatwiła, poprosiła mnie i karmiłam tego chłopaczka........

Różne są oblicza macierzyństwa, ale widziałyście kiedyś takie? 


Zdjęcie: "Nie ta matka co urodziła ale ta co wychowała" :)

Zdjęcie nadesłała Lidia

Wstawiłam z fejsa to zdjęcie, chyba mnie nikt nie zlinczuje za to ( https://www.facebook.com/kotlownia), ale nie mogłam się oprzeć.
Co za troskliwa kurza mama!!! A mówi się, że kury są głupie i mają tylko dwa zwoje mózgowe. Może ta miała więcej?

środa, 27 listopada 2013

Dziś na obiad kacze nogi i coś dla roślinożerców.

Kacze nogi w ciemnym sosie plus kluski śląskie to dobry obiadek, prawda? Pytam mięsożerców, bo wegetarianie powiedzą, ble, fuj świństwo. I ja to rozumiem. W moim domu są trzy frakcje, a ostatnio nawet cztery. Co ja gadam,  nawet pięć!!
 Pierwsza, czyli ja, zje wszystko, nawet  śledzia, golonkę, flaki, tatara  i każdą zieleninę z naciskiem na zieleninę. Sałatki to coś co nigdy mi się nie nudzi, ale pozostałe frakcje do zieleniny podchodzą z pewną rezerwą. Zieleninę tolerują jako dodatek do dań głównych, ale nakarmić  się tym ich nie da.
 Frakcja druga (według starszeństwa) preferuje kopiaty talerz ziemniaków, sztukę mięcha i warzywka w każdego postaci, z naciskiem na buraczki, groszek z marchewką lub inne brokuły. Nie odmawia sobie ta frakcja słodkości, które jakoś przedziwnie w przeciwieństwie do mnie nie odkładają się w postaci przyrastających centymetrów tu i ówdzie. Zupę traktuje, jak zło konieczne i twierdzi, że czymś do picia człowiek się nie może najeść. Śledzia nie tknie, golonki tudzież. O flakach nie wspomnę -ma drgawki na sam widok.
Frakcja trzecia  i czwarta to już nowa generacja, która preferuje kluchy typu spaghetti, pizza, lazania, i wsio, co ostre, pikantne, na przykład ostre skrzydełka, które frakcja pierwsza od czasu do czasu funduje w ilości kilku kilogramów na jedno posiedzenie. Frakcja ta zieleninę zjada, ale wybiórczo i o ile frakcja druga zje buraczki to frakcja trzecia zje tylko połowicznie, bo wolałaby na przykład szpinak. I weź tu gotuj dla tak odmiennych gustów!!! Frakcja trzecia na słowo śledź dostaje drgawek, a od golonki odwraca się z obrzydzeniem. Zupę jednak poważa, o ile jest to żurek, chińska maminej roboty, grzybowa lub " kwaśne" ( z pyrkami dziabdzianymi), ewentualnie jakaś inna byle gęsta i pikantna.
Z frakcją piątą problemów nie ma, jest pucha jest suche, frakcja jest zadowolona. Słodkiego nie tyka bo nie zna smaku, za to nie wiadomo dlaczego lubi na przykład gotowany bób albo fasolkę. Frakcja piąta zdecydowanie jest najprostsza do obsługi. Po zjedzeniu, frakcja piąta przychodzi na środek pokoju i bezceremonialnie beka z głębi trzewi, ale o tym kiedy indziej.

Jednak, kiedy staje się tak jak dziś, że obiadek składa się z pieczonej kaczyny, klusek śląskich i sałaty rzymskiej zasmażanej na masełku z czosnkiem, wszystkie frakcje nagle się jednoczą i ochoczą wciągają, co im się na talerzach podsunie. No z małym wyjątkiem, bo frakcja piąta to by i zjadła, ale nie dostanie. Tyle jego, co popatrzy. Ryzykować psich haftów po nocy nie zamierzam, a tak kończy się najczęściej zjadanie ludzkiego żarełka.

Smażone kacze nogi pewno każdy widział, kluski śląskie też, to nie pokażę, za to pokażę moje nowe odkrycie. Zasmażaną sałatę rzymską!!! Sposób przyrządzania sałaty w ten sposób znam od wczoraj i uwierzcie mi jestem w tym daniu zakochana. Wczoraj jadłam, dzisiaj jadłam i jutro też będę, bo narobiłam zapasów.

A sposób jej przyrządzania jest prosty.


Kupujemy sałatę rzymską ( albo wyrywamy z ogrodu) ...........


Myjemy listki, wrzucamy na patelnię, gdzie jest już kawalątek masełka......


delikatnie solimy i dodajemy troszkę czosnku, mieszamy kilka chwil, ale nie za długo, żeby nam się z sałaty nie zrobiły flaki.......

i..........gotowe.......

Potem jemy, aż pękniemy.
Frakcja piąta w tym czasie wcina puchę......


I jeszcze jedna wiadomość.... u mnie też dziś zagościła zima, na chwilę, bo biały puch spowił rano otoczenie, na szczęście w okolicy południa już śladu po nim nie było, z czego to jestem bardzo, ale to bardzo rada:)))



P.S.

Na jutro szykuję danie popisowe, gęś pieczona z majerankiem........

P.S. Na banerku kaczka rezydentka, dożyła swoich dni w spokoju, odeszła do krainy wiecznych łowów ze starości , dożyła sędziwego, kaczego wieku:)))

niedziela, 24 listopada 2013

Jak Mnemo po Arkadii wędrowała....

W Arkadii nie ma żadnego zamku, pałacu, ani nawet dworu. Pałac jest niedaleko, w Nieborowie. Jakoś tak  w roku 1777 miejscowość została zakupiona przez Radziwiłłów. Księżna Helena Radziwiłłówna miała taką fantazję, aby założyć w tym miejscu park romantyczny, modny w tym czasie. Barokowe założenia parkowe już się wszystkim przejadły. Miało to być miejsce spokojne, samotne i romantyczne z budowlami od razu troszkę w ruinie.  Jako, że kobieta była majętna i stać ją było na wprowadzenie w czyn swoich fantazji, ( szkoda, że ja tak nie mogę) zatrudniła znanych architektów i budowa ruszyła z kopyta. Miejsce to nazwano Arkadia, czyli kraina szczęśliwości. Helena poświeciła mu niemal całe życie. Park romantyczny w Arkadii należy do najlepiej zachowanych zespołów w Polsce. Prawda, na jednym z obiektów błyszczały nowiuśkie, miedziane rynny i w całym parku nie było widać śladów zapuszczenia i dewastacji.


Zwiedzenie go w listopadowy, niedzielny ranek, ponury, mglisty i mroczny okazało się bardzo dobrym pomysłem. Owinięta w przepastną opończę, chroniącą przed listopadowym zimnem, Mnemo wędrowała alejkami, wdychając zapach mokrej ziemi, rozglądając się za wiewiórami, dla których niosła w torbie orzechy, a złośliwy Wu podśpiewywał pod nosem " Co tam widać w perspektywie, kupa łachów i się rusza.........",że niby ja w tej opończy, jak ta kupa łachów wyglądam.





 Ale w parku  nie było żywej duszy, nikt i nic nie zakłócało kadrów i spacerów po alejkach zasłanych gnijącymi liśćmi. Jako kobieta przewidująca i zapobiegliwa nie pozwoliłam zabrać z domu   roweru i patefonu, które już Wu chciał pakować do bagażnika. Jak się okazało, dobrze zrobiłam,   bo z takimi akcesoriami wstęp do parku jest zabroniony:))) Skruszony Wu przestał w końcu nucić pod nosem " Coś tam widać w perspektywie...."


Jak już wspomniałam park był pusty, żadnego stróża, biletów, zwiedzających. No cud normalnie, gdyby tak można było piramidy i Sfinksa w Egipcie zwiedzać lecę choćby zaraz. Nawet wiewiórek nie było i orzechy nazad wróciły do domu. Były za to bobry, to znaczy bobra żywego nie widziałam, ale za to całkiem świeże ślady bobrowej działalności.


 Sztuczne ruiny nabrały w tej listopadowej scenerii dodatkowej posępności i mroczności. Najbardziej podobał mi się domek gotycki i łuk grecki, a zaraz dalej akwedukt na rzeczce Łupia.

I mur z Hermami.....


Był też sfinks, parę grobowców tu i ówdzie ustawionych, ale pustych na szczęście.
Podejrzewam,że oblicze sfinks zapożyczył od kogoś, czyżby to była Helena?


Oszczędzę Wam szczegółów i opisów poszczególnych budowli, kto, kiedy, jak itd. Jest mnóstwo stron internetowych, gdzie wszystko jest skrupulatnie opisane. Arkadia znajduje się rzut beretem od Łowicza, autostradą dojechaliśmy migusiem. Powrót był dłuższy bo Mnemo wybrała kręte drogi " po zadupiach" licząc na obejrzenie jakichś wiejskich chałup, kapliczek i takich oto klimatów.

Uwaga!! raz usłyszane nie chce się odczepić  i łazisz tak po domu i wyjesz "

"My, Słowianki, wiemy, jak użyć mowy ciała,
Wiemy, jak poruszać tym, co mama w genach dała.
To jest ta Słowiańska krew, to jest ta uroda i wdzięk! "



 Ale żniw fotograficznych nie było. Ot teren płaski, sady, pola, wsie typowe. Żadnych łowiczanek, żadnego folkloru.
W kadrze został więc tylko jeden domek z Arkadii i jedna kapliczka przydrożna.



A teraz może se ten śnieg padać, co to go zapowiadają na dzisiejszą noc. Plan wycieczek na listopad został zrealizowany.

Dzika Kura w pastelowym kurniku

Moje zdjęcie




Nękałyśmy, molestowałyśmy, nagabywałyśmy, prosiłyśmy, jęczałyśmy, aż w końcu Hana .......ZAŁOŻYŁA BLOGA!!!! Do spółki z Miką!!!!

Inaugurację przespałam, wyobrażacie to sobie? Przespałam!!!! Bo dużo w ten łykend spałam, troszkę też jeździłam i zwiedzałam o czym niebawem!!!




czwartek, 21 listopada 2013

Ach ta Ystin.......

O mojej kolekcji kropielniczek już tutaj trąbiłam i na drugim blogu też. Tam nawet dokładnie opisałam skąd się pomysł ich kolekcjonowania wziął. Oprócz tych  " nówek nieśmiganych", co to można w sklepie z dewocjonaliami nabyć, ale, które aż tak mnie nie kręcą, kropielniczki - staruszki dość trudno zdobyć.
Trzeba wyniuchać jakąś na targu staroci albo wypatrzeć u kogoś leżącą w poniewierce i potem ją wyskamleć. Bo do aukcji internetowych się zraziłam. Znawcą żadnym nie jestem, nie potrafię ocenić, czy kropielniczka jest faktycznie stara czy nie, a z reguły wystawiający wypisuje cuda -wianki, jaki to jest rarytas i antyk. Krzycząc przy tym taką cenę, że się już tej kropielniczki odechciewa.
Toteż mój zbiór rośnie powoli, acz uparcie i każdego roku po sztuk kilka do niego przybywa. Głównym dostawcą jest moja siostra, która ma częstsze okazje do pchlich targów niż ja i na dodatek talent do kupowania fajnych rzeczy za grosze. Na szczęście nie zaraziła się tym bakcylem i sama nie zamierza ich zbierać, tak, jak to było w przypadku starych, porcelanowych lalek. Najpierw te lalki wyszukiwała dla mnie, teraz sama zbiera, co w sposób dość oczywisty wpłynęło na powiększanie się mojej kolekcji. W praktyce oznacza to, że moja kolekcja przestała się powiększać.

No ale wróćmy do kropielniczek. Kiedyś Ystin z zaprzyjaźnionego bloga ( oj znacie Justynkę, ta sutaszowa biżuteria, koronkowe abażury i inne), miłośniczkę rzeczy z drugiej ręki, które potem cudnie odnawia,  napisała do mnie, że jak widzi gdzieś kropielniczkę to zawsze o mnie myśli. Miłe nie? Ja, jak widzę na przykład Panią Kotkową , która w naszym bloku zajmuje się kotami z piwnicy to zawsze mam przed oczami na ten przykład Ankę Wrocławiankę,  Klarkę, albo Ewę z Mazur. A jak widzę jakiś drób to Hana mi, jak żywa w oczach staje. Kiedy  natykam  się na jakąś  owcę tudzież barana to zaś Pacjan jak żywy mi się objawia, na dodatek przemawiający do tych owiec w pewnym języku, który uznaje się za martwy, choć nie tak do końca....

Ystin mi się kojarzy z bielą, bielą salonu i .......lusterkami.

I wiecie, co ta Justynka zrobiła? Ano przy którejś tam okazji, kiedy jej wpadła stara kropielnica w oczy nie tylko o mnie pomyślała, ona zrobiła więcej, ona tą kropielnicę dla mnie ZDOBYŁA!!!!
Od powiadomienia mnie o tym fakcie do momentu, kiedy ją już w łapkach trzymałam minęły DWA dni!!!!
Kropielniczka ma swoje lata i widać, że była używana, na zbiorniczku widać osady z wody. Będzie pasować do innych też nadjedzonych zębem czasu, które mam w swoim zbiorze, choć i tych "nówek nieśmiganych" u mnie nie brak, to pamiątki z różnych odwiedzanych miejsc.



Za jakiś czas kropielniczki będą wyeksponowane w nowym miejscu, bo z Kaczorówki je zabrałam. Jakoś mi smutno było, że przez pół roku sezonu zimowego wiszą i nie mogę sobie na nie popatrzeć.
Oprócz tego kropielniczego rarytasu Justynka, obdarowała mnie jeszcze serduchami, które mają świąteczne motywy i gwiazdeczką. I tak to w listopadzie pojawiły się u mnie pierwsze świąteczne akcenty, a jak tak dalej pójdzie z moją weną to może się okazać, że to będą jedyne nowe świąteczne ozdoby w tym roku:)


 Bo ten wianek na którym je zawiesiłam to wyrób zeszłoroczny, ale ja w zeszłym roku płodna byłam!!!!


Justynko bardzo, bardzo  Ci serdecznie dziękuję. Zrobiłaś mi WIELKĄ  niespodziankę:))

Zobaczcie, jaki ten net fajny, gdzieś tam na świecie są takie dobre duchy, które znając Cię tylko wirtualnie, a pamiętają i myślą o Tobie. Szkoda, że cały świat tak nie funkcjonuje, o ile wtedy życie byłoby prostsze.....



poniedziałek, 18 listopada 2013

Choroby na sprzedaż, czyli weź pigułkę, łyknij procha, zażyj tabletkę, zobacz jak to działa...........


Kogo z nas nie strzyka w plecach, ma chwiejne ciśnienie, wzdęcia, trapią go gazy, podwyższony leciutko cholesterol, ma chwiejne albo obniżone nastroje? Czy to takie niezwykłe, że kobieta przed miesiączką
 czuje się rozdrażniona, opuchnięta, ma wilczy, albo zmienny apetyt? Czy od czasu do czasu normalny, zdrowy facet, nie ma, no ten, tego, problemu z nieposłusznym "Wackiem"?

Szybciutko pomyślcie,  kogo w ostatnim czasie przynajmniej jedna z tych dolegliwości nie trapiła?

Mnie przynajmniej ze trzy, ale z żadną z tych dolegliwości nie poszłam do lekarza, bo uważam, że nie jestem robotem i od czasu do czasu każdy organizm ma prawo szwankować.

Po obejrzeniu tego filmu stwierdziłam, że to chyba bardzo dobrze, że nie poszłam.........

Oczywiście nie namawiam do bagatelizowania żadnych dolegliwości, o zdrowie należy dbać, do lekarza chodzić, zażywać przepisane lekarstwa, ale chyba dobrze też wiedzieć, że "NIEKTÓRYM ŚRODOWISKOM", wręcz zależy, abyśmy te lekarstwa łykali dosłownie na wszystko, choć nie zawsze jest to potrzebne.

Film jest dość długi, trwa około 50 minut, ale warto zrobić sobie dobrej herbaty ( albo ziółek) i w spokoju film obejrzeć.

Już wiem, że przy najbliższej okazji pokażę go nestorce rodu, która to posiada pełne torby foliowe medykamentów, suplementów diety, co rusz zmienia leki choć wyniki badań takie, że niejedna 40 -latka by pozazdrościła. Po, co więc łykać te wszystkie prochy na gazy, osteoporozę, cholesterol, chwilowe kłopoty z erkcją?



Jestem ciekawa, jakie wrażenie wywrze na Was film.........., co o tym sądzicie?

Aż się prosi przytoczyć tu opowieść Hany, którą opowiedziała na blogu Kretowatej 

A ponieważ możecie się do niej nie dogrzebać w wielu, wielu komentarzach to powielam ją tutaj i mam nadzieję Hanuś, że nie będziesz mi miała tego za złe, bo opowieść jest przednia i na dodatek zabawna, a wiadomo śmiech to zdrowie.
Posłuży mi na dodatek, jako dowód na to, że na zwykłe gazy zamiast torby leków,  które to nam zalecają łykać w reklamach różne przeterminowane aktorki, czasem wystarczy zwykła nalewka na aloesie:)

Hana napisała tak:

No dobra, ryzykuję ekskomunikę.
" Kupuję pomidory w pobliskim miasteczku, u gospodyni, co to je w szklarniach hoduje. Są pyszne, tanie i przez całe lato i jesień. Teraz, wiadomo, już po ptokach, ale jakieś resztki jeszcze są. A że zimno, gospodyni swój majdan przeniosła do szklarni, przedtem handel odbywał się pod wiatą. Wchodzę ja do tej szklarni, a tam aloes jak moja stodoła! Coś pięknego, w palmiarni takiego nie mają, ten tu, w dodatku, ma pełno pąków i kwitnie rok w rok w marcu, od dwudziestu kilku lat. Na pewno pojadę tam w marcu i zrobię zdjęcie. W naturalny sposób nawiązała się rozmowa na temat leczniczych właściwości aloesu. Że nalewka, i że dobra na wszystko. Teraz odtworzę dialog, a raczej monolog gospodyni:
Znosz pani te Sznureckum, co tam miszko, na gospodarstwie (tu szeroki gest ręką w nieokreślonym kierunku)? No, to una, pani mioła takum przypałość, że pierdziała wszyndzie, na ulicy. wef dumu, w składzie i nic nie pomogało. Normalnie pani, szła i pierdziała. A w kościele! To już tak grzmociuła, że nie wim. My wiedzieli, że to łyna, to już my tak nie paczeli, ale mioła kobita, nie? Roz mówie do ni, weź Sznurecko, spróbuj ty moi nalewki, może co pumoże. Piuła dwa tygodnie, zaś du mnie dzwuni i mówi: Halina, dziękuje ci, nie pierdze!
Na odchodnym gospodyni życzliwie rzekła: jakbyś pani potrzebowała, to jo zawsze te nalewke mum.
Dziękuję, odrzekłam grzecznie, jak będę pierdzieć, to się zgłoszę."


Ten post jest rekompensatą za ostatni, o praniu, ale, jak weny nie ma to i takie pomysły przychodzą do głowy, w końcu pranie każda z nas robi:)))

sobota, 16 listopada 2013

Z weny nici

Wena nie przyszła, przytłoczyły ją sobotnie podciąganie tygodniowych zaległości.
Na pierwszy ogień poszło pranie. Prało się wszystko od samego rana, pościelowe, ręczniki, szmaty czarne, szare, białe, delikatne i wełniane. Armagedon dosłownie i tak do 22, kiedy to trzeba szybciorkiem lecieć na strych, żeby ciszy nocnej innym nie zakłócić.



W drodze na strych (trochę tam strasznie) towarzyszy państwu dzielny brytan i obrońca Mopek Nieustraszony. Za zaszczyt bycia obrońcą domaga się od pańci "uszka". Ten pies ma jakieś skrzywienie na punkcie mojego ucha. To chyba dla niego jest jakiś fetysz, bo tylko czeka żeby mi się do niego dobrać. Nie przegapi żadnej okazji, nawet podczas oczekiwania na windę.




Niestety zmagań pralniczych jutro będzie ciąg dalszy, zostały jeszcze koszule męskie, damskie portki, bluzki, i inne fatałaszki. A to, co dziś powieszone będzie jęczeć o prasowanie.
I masz tu babo łikend:(((
I było po co z tych drzew schodzić i futro porzucać???

P.S.
A dziś odbierałam z pralni chemicznej płaszcz i tuż za mną młody chłopak odbierał  bieliznę pościelową, ślicznie wypraną i wyprasowaną w kosteczkę. Ja nigdy na to nie wpadłam, żeby pościel prać w pralni.









Łikend!!;

Za chwilę północ, a jutro łikend :))  W łikendy Mnemo czasem ma, a czasem nie ma weny. Teraz jeszcze nie wie, czy wena jutro się pojawi, czy też się nie pojawi. Kapryśna coś ostatnio jest. Wena znaczy się, ale może wcale nie wena tylko Mnemo? Kto to kobiety zrozumie?
Rozgrzebane na warsztacie leżą  różne przydasie, cichutko jęczą o wykończenie już od zeszłej niedzieli.

Jeżynki dostały oprawę z koronki, na razie przyszyte jedynie fastrygą....


Zbuntowane wstążeczki stały się w końcu pokorne, ułożyły się w kształt różyczek czerwonych, ale weny Mnemo zabrakło i serducho jest ledwo zafastrygowane koronką.


Mnemo pogrzebała w przydasiach i znalazła wyhaftowane takie oto  cwiety, bratki i jakieś takie inne bezimienne..... Tu już wena Mnemo się skończyła i wyhaftowane szmatki czekają na jej kolejny przypływ.



Są też niedokończone dekupki, to poniżej to taca. Z podobnymi motywami jest jeszcze skrzynka na klucze, ale zdaje się, że Mnemo jej nie sfociła.




A teraz w nadziei na jutrzejszy przypływ weny żegnam Was czule, życzę dobrej nocy. Karaluchy pod poduchy i te sprawy..........
Zabieram mojego amanta i idziemy w piernaty.
Mopciu!!! Idziemy spać!!!

czwartek, 14 listopada 2013

Ogromny wybuch gazu.....


Powtórzę tylko za http://www.fakt.pl, resztę na bieżąco podaje telewizja.

"Po potwornym wybuchu gazociągu w Jankowie Przygodzkim (powiat ostrowski, Wielkopolska) w jednej chwili zapaliło się kilka domów. Wciąż płonie kilkanaście domów. W ogromnym pożarze zginęły trzy osoby, dziesięć trafiło do szpitala. Trwa bardzo trudna akcja ratunkowa......."

Nową nitkę gazociągu budowno w pasie starych, pochodzących z lat 70 - tych XX wieku dwóch innych nitek gazociągu. Prace prowadzono w bezpośredniej odległości budynków, ot tak jakby na zapleczu domów, w ogrodach.  To gęsto zabudowany teren. Wybuch nastąpił o 13:30. Szum i huk  było słychać kilka kilometrów dalej. Słup ognia na wysokość 40- 50 metró widać było z odległości wielu kilometrów.  Droga jest nieprzejezdna, asfalt został w miejscu pożaru stopiony doszczętnie.

Znam te budynki, znam tych ludzi, którzy tam mieszkali, to straszna tragedia. Są ofiary śmiertelne, nie widomo, co ratownicy zastaną w domach do których jeszcze nie można dojść, cały czas płoną.......

Wybuch gazu


Wybuch gazu
 Foto interenet: http://www.fakt.pl

W 2010 roku bardzo blisko dzisiejszej tragedii płonęły kurniki, na szczęście oprócz kur nikomu nic się nie strało, ale straty materialne też były duże.

W pożarze spłonęło 20 tys. kurcząt - zobacz zdjęcia

13 listopada 2011 w tej samej miejscowości w domku jednorodzinnym wybuchła butla z gazem, zginęła 16 letnia dziewczynka........
Co roku jakiś nieszczęście.......

poniedziałek, 11 listopada 2013

Koralikowe jeżynki i cdn robotnego psa.

Mnemo jest marną hafciarką. Oprócz ściegu typu łańcuszek i krzyżyk nie zna innych nazw nie mówiąc już o ich użyciu. Trochę haftu wstążeczkowego liznęła, ale akurat tyle, żeby po kilku miesiącach przerwy całkiem już zapomnieć, co umiała. Niedzielne próby spełzły na niczym, wstążeczki były oporne, układać się nie chciały, co cholernie Mnemo irytowało. Szurnęła w końcu w kąt wstążeczki i wyjęła koraliki. Tak dziubała, tak haftowała, uzbrojona w pingle o wyjątkowej mocy, aż w okolicach północy, półślepa z wysiłku zakończyła swoje dzieło.
Wu, jak zwykle był cenzorem. Jemu ten zaszczyt przypada zawsze w udziale. Z pewnej odległości, pomachała  Mnemo zahaftowaną szmatką przed oczami Wu i zapytała, "co to przedstawia". Zmarszczył brew, przyjrzał się szmatce i uroczyście stwierdził "jeżynki". No!!!!
Dla potwierdzenia należy jednak zrobić drugi test i teraz Mnemo Was poprosi o werdykt, czy to, co wyhaftowała, bez żadnego wzoru, całkiem z głowy, nie znając ściegów hafciarskich przypomina te jeżynki z lasu? Wytrawne hafciarki prosi Mnemo o litość:))


Mnemo jeszcze doda, że te dwie jeżynki na dole to miały być takie niedojrzałe........


Tymczasem szmatka leży sobie na boczku i czeka na uszycie z niej woreczka, tak chyba woreczka, bo na serducho jest za duża.
Mnemo oddali się teraz do "panienek". Ma dwie na tapecie, jak wena dziś dopisze to "panienki" mają szansę aby objawić się w całej krasie na dwóch dekupkowych pracach.

A wczoraj późno w nocy, kiedy Mnemo poszła zlec na nocny odpoczynek zastała swoje łóżko haniebnie zmemłane, a w tym zmemłaniu zobaczyła to:



"Weź nie świeć tą lampą błyskową, śpię przecież" - gdyby potrafił tak by powiedział.........


"Jak myślisz, że się posunę to jesteś w błędzie" - tyle oznacza ta poza.........


"Chcecie to się połóżcie w nogach, ja tam się nie ruszam"........

I się nie ruszył!!!!!

niedziela, 10 listopada 2013

Urąbana grzywka, która wyzwala chęć działania?

Mój fryzjer jest cudotwórą. Zaraz Wam wszystko wyjaśnię. W piątek ledwo żywa powlokłam się prosto z huty na umówioną 3 miesiące temu wizytę u fryzjera. Właściwie na audiencję, bo mistrz nożyczek jest tak oblegany, że kwartał wcześniej trza się umawiać.
Już od progu dostałam burę za odrosty, wiem, wiem miałam je zrobić przed strzyżeniem. No bo nie kładę farby w salonie, tylko przy pomocy Wu, w domu. Salonowa farba jakoś szkodzi mojemu owłosieniu. Nie wiem jednak, czy nie mniej niż stękanie Wu, że śmierdzi, że nudno i że ostatni raz mi już maluje. I tak od kilku lat:)
No, ale wrócimy do fryzjera. Gęby mi się nie chciało nawet otwierać, ale zapytana, "jak tam leci?" bąknęłam tylko, że syf, kiła, mogiła, jestem, zmęczona, nie mam weny, nic mi się nie chce i ledwo tu przylazłam.

 Rżnij mówię grzywkę,  do zmarszczki!! Chcę krótko!!! Do jakiej zmarszczki? krygował się jak zwykle, że niby jej tam nie ma pośrodku czoła. Tnij, mówię, nie żałuj i tak odrosną, a resztę, jak zwykle. Chciałam, żeby szybko było już po wszystkim. Zrobił tak, jak chciałam i wyszło, jak zawsze dokładnie tak, jak lubię. Taki fryzjer to skarb, można iść, zasnąć na fotelu i nie drżeć, że coś schrzani.

I tak wracając od tego fryzjera poczułam się jakoś inaczej, jakby lżej, zmęczenie i frustracja ostatnimi tygodniami częściwo gdzieś się ulotniły. Dom przywitał mnie pachnący świeżością, zapalonymi świeczkami i wypucowanymi wszystkmi kątami. Cud normalnie. Wu korzystając z wolnego dnia wyrychtował chałupę, jak ta lala!!! Patrzcie ludzie, jak to dwóch facetów w jednym czasie może uszczęśliwić kobitę:))
Czy to ta urąbana do zmarszczki grzywka, czy też wyglancowana chałupa sprawiła, że nie zaległam na kanapie, jak to ostatnio bywało po powrocie z huty jeno wzięłam się do dekupek, których nagle mi się zachciało. Zachciało mi się mocno i zdecydowanie!!!
A co  z tej ochoty wyszło można zobaczyć poniżej.



Nie skończone jeszcze, bo jeśli chodzi o dekupki to staram się dokładnie wysuszyć każdą warstwę, więc niestety to trwa i trwa.  Kilka dni przeważnie. Brak jeszcze wielu warstw lakieru ich szlifowania i cieniowań. W  przerwach na suszenie złapałam za igłę i próbuję podpatrywać matkę naturę. Szykuje się jakieś serducho, albo woryszek, jeszcze sama nie wiem, co. Tak mnie wzięło na hafy po wizycie na blogu Luny. Zanim dojdę do takich umiejętności to pewno będę na emeryturze, ale, co tam, podziubać igłą, dobra rzecz:) Może coś wyjdzie z tego.


W ten łykend wszyscy jacyś u mnie robotni. Wu ze słuchawkami na uszach muzykę tworzy. Klasyczną chyba.  Młody coś tam rysuje na tablecie, Katka poleciała do szkoły, ale nabardziej spracowny jest zdaje się pies.

Już od godziny pozostaje w niezmienionej pozycji:))




Czasem łypnie tylko oczyskiem, czy pańcia czasem nie wypowie magicznego słowa "spacer", ale na spacery to jeszcze nie pora. Niech pies dalej pracuje w pocie ....czoła?





P.S.
Witam nowe obserwatorki, zapraszam, cześciej, wrota są otwarte dla Wszystkich:)

środa, 6 listopada 2013

Osaczona przez psa.

To, że mam psa, wiecie, że mam lekkiego świra na jego punkcie - też już wiecie. Ostatnio jednak uzmysłowiłam sobie, że mój pies mnie osacza. A jak mnie nie ma próbuje osaczać Wu, ale on się tak łatwo nie daje.
Wygląda to mniej więcej tak. Siadam w fotelu, pies włazi na moje kolana. Piszę na laptopie, wtyka pyszczysko na klawiaturę, a ja robię literówki, bo nie śmiem panu przecież przeszkadzać.



 Leżę w łóżku, pies leży mi na nogach, czasem po nocy ich rozprostowć rano nie mogę takie mam zdrętwiałe. Odpoczywam na kanapie, pies sadowi mi się na brzuchu, ubzdurał sobie, że jestem cokołem, na który on włazi, kładzie się i udaje pomnik, yorka na wywczasach. Po domu snuje się za mną krok w krok, ja do łazienki, on za mną, podgląda bezczelnie, nawet, jak go nie wpuszczę to waruje pod drzwiami i tęsknie tam pomrukuje do czasu, aż nie wyjdę. Ja do przedpokoju, drepcze za mną, jak cień. Gotuję obiad, stoi w progu kuchni i obserwuje, co robię, prasuję, zajmuje miejsce  przy desce. Siedzę na krześle, pilnuje krzesła, albo opcjonalnie szuflady.




Normalnie jak mój cień. Nawet łazi za mną kiedy odkurzam mieszkanie!!!!

Do mistrzostwa opanował spanie na poduchach i podusiach.

Czasem udaje gwiazdę filmową i pozuje..........





Jest jednak wyjątek od tego pilnowania i osaczania mnie.

Na spacerze mój pies ma mnie w nosie. Rządzi, którędy będziemy iść i jak długo będziemy chodzić. Im bliżej domu tym dłużej wąchany jest każdy listek i każde źdźbło trawy. Obsikany bodaj kropleką musi być każdy krzaczek i każde drzewo. Nawet jak zabraknie kropelek to i tak salut przy każdym krzaczku i drzewku musi być wykonany. Na spacerze pies głuchnie i nie zważa na ostrzegawcze moje piski, aby nie włazić do rowu pełnego błota, albo nie kłaść się w tej paskudnej kałuży.



Ten kurdupel nie boi się żadnego psa, a powinien, bo łomot już kiedyś dostał za niewinność.



Nawet próbował przyjaźni z krową, ale nie zrozumiała pokojowych intencji, więc salwował się ucieczką, do pańciiiiiiiiiiiii.......

Porafi chodzić po wodzie......

Całkiem dobrze pływa.......

Aportuje kapcie.......

I fruwa..........

Cieszę się tylko, że nie pija alkoholu, jak jego kolega zza płota, taki młody, a już degenerat:))


No i jak ja mam nie kochać tego kurdupla?