sobota, 28 czerwca 2014

Na OHApie życie płynie.......Pobierowo.

Do Pobierowa, na OHP, pojechałam w czerwcu, po maturze. Z duszą lekką, jak pórko. Liceum było już za mną. Czułam się taka dorosła. Niejako z automatu, po zaprawie w Jarosławcu, posłali mnie oczywiście na salę do kelnerowania.
Tutaj już nie można było paradować w swoich ciuchach i gorszyć gości mini spódniczkami, dostałyśmy obrzydliwe fartuchy, jak jakaś ekipa sprzatająca, w taką szaro-różową łączkę.
Fartuch był za wielki, wtedy byłam szczupła, więc musiałam się motać jakimiś paskami w talii, żeby wyglądać, jako tako.
Opiekowała się nami Babcia, tak nazywałyśmy psorkę od prawoznawstwa, która przyjechała tam z wnusiem i była naszą opiekunką z ramienia szkoły. Babcia, całe dnie spędzała z wnusiem, nic nie widziała i nie słyszała, dlatego  złego słowa na nas nie dała powiedzieć i nawet, jak się goście skarżyli, że dziewczyny imprezują, to Babcia robiła zdziwioną minę i mówiła "moje dziewczynki? to jakaś pomyłka".
Ufała swoim dziewczynkom bezgranicznie. W końcu znała nas 4 lata.
Prawdą jest, że nie wszystkie imprezowały, nasz domek, bo mieszkałyśmy w fajnym domu z 3 pokoikami, raczej nie imprezował. W każdym razie to były spokojne imprezy. Za to w sąsiednich domkach, a było ich wiele, za sprawą bliskiej jednostki wojskowej, bywało gwarno.
Spragnione maturzystki ( i nie tylko) chętnie zapoznawały się z chłopakami odbębniającymi tam wojsko. My byłyśmy raczej spokojne za wyjątkiem jednej z koleżanek, która przepadała na całe noce, a jak wracała to za nią z reguły kilku młodzieńców w moro. Kiedyś się zbuntowałyśmy, bo ta czereda musiała przechodzić przez nasz pokój, żeby wejść do jej pokoju, a to był środek nocy i od tej pory jej goście wchodzili do  pokoju oknem. Jak było za gwarno to waliło się trampkiem w ścianę, żeby zamknęli japy.
Nie zaznałyśmy też przyjemności wpadnięcia do latryny, które jedna z koleżanek zaliczyła, kiedy po nocy z chłopakami wybrała się przez las na melinę po wódkę. Po ćmoku wleźli na teren jakiegoś obozu i zaliczyli latrynę.........
My, tzn, dziewczyny z naszego pokoju, też kiedyś na plaży poznałyśmy chłopaków. Aż takie skromnisiami nie byłyśmy. Na plażę chodziło się wieczorami, po wydaniu wczasowiczom kolacji. Naszą ulubioną rozgrywką było siadanie kilka metrów od brzegu w wodzie i czekanie na falę. Fala wyrzucała nas na brzeg, a w tym czasie dupska szorowały o piach. Nie wiem dlaczego, ale ta zabawa bardzo nas śmieszyła. Obśrupane tyłki smarowałyśmy potem kremem nivea.
Lubiłam też leżeć na pasku i gapić się w gwiazdy. Nie pamiętam, co to byli za chłopcy, ale zaprosiłyśmy ich do domku na wizytę. Mieli przyjść po południu. Czerwiec tego roku był mokry, ciągle padało, nie miałyśmy gdzie suszyć prania. Wyprane majtki wieszałyśmy, więc na żabkach, przy karniszach. Czekamy na tych chłopaków, nasza koleżanka Hanka pilnowała, czy nie idą. Nagle wpada Hanka do domku i wrzeszczy, "dziewczyny szczuny idą, ściągać gacie”. Niestety nie wywołała tym zamierzonego efektu, bo zamiast ściągać gacie, zaczęłyśmy ryczeć ze śmiechu i się turlać po łóżkach. Gacie z żabek musiała sprzątnąć sama.
Jakoś nie przypominam sobie żadnego zakochania z tego wyjazdu. Nic, absolutnie nic. Pamiętam, za to psa, owczarka niemieckiego, który się wabił Stefan. To był chyba pies kucharza. Czasem wyprowadzałam go na spacer, pies był silny, ciągnął, jak głupi, ja wrzeszczałam Stefan, Stefan a panowie na deptaku oglądali się za siebie. To też mnie bawiło. Pewno niektórzy mieli na imię Stefan i myśleli, że na nich.

Pamiętam też fajnego szefa kuchni. wtedy (pewno)30- latek już nie wydawał mi się takim zgrzybiałym starcem. Trochę się w nim podkochiwałyśmy, tak gremialnie, ale był żonaty i dzieciaty, a my byłyśmy bardzo grzecznymi dziewczynkami. Nawet z nim nie chciałyśmy pić wódki, choć ponoć w zakamarkach kuchni nie jedna butelka zobaczyła dno. Bo Zbyszek miał ciągoty. Do alkoholu i ponoć do młodych dziewczyn. Ale ani jednego, ani drugiego na oczy nie widziałam, takie chodziły plotki. Jak to na wczasach.....

Do wielkich ekscesów, teraz to mogę napisać, należy zaliczyć kąpiel w zmywakach……..
Trochę się tego wstydziłam, bo to obrzydliwe, ale tak było. Ten szef kuchni robił nam psikusy, droczył się z nami, np. zakręcał nam wodę, kiedy byłyśmy pod prysznicem, bo twierdził, że to drogo kosztuje, a przecież mamy morze. Postanowiłyśmy się na nim zemścić. Któregoś dnia, napuściłyśmy sobie pełne zmywaki wody, ( tak, tak, w tych, co się talerze myło, a były wielkie, jak wanny) i poszłyśmy pod prysznic. A tu bęc, Zbyszek znowu zakręcił nam wodę, no to my pędem do kuchni, zamknęłyśmy się od środka i wrzeszczymy, „ dajesz wodę, czy nie?” A on nic, udaje, że go nie ma. No to my myk do tych zmywaków i dalej wrzeszczeć „wypchaj się, teraz to my się kąpiemy w zmywakach” . Od razu się ujawnił, ale wleźć do kuchni nie mógł, tylko walił w drzwi i wołał, że jesteśmy świntuchy i że Sanepid mu jaja urwie, jak się dowie. Cel jednak osiągnęłyśmy, bo więcej wody nam nie zakręcił. A Sanepid chyba mu już jaj nie urwie, nawet jakby się dowiedział, bo minęły od tego czasu dokładnie 3 dekady, przestępstwo się przedawniło:)))

Inne ulubione Zbyszka zabawy polegały na wsadzaniu dziewczyn do wielkiego kotła, w którym gotowała się zupa. Ten kocioł był taki przechylany i wisiał u sufitu, nie widziałam nigdy takiego. Był ogromny, kilkadziesiąt zup się z niego wydawało, dziewczyna spoko się w nim mieściła. Ja, jako kelnerka byłam mniej narażona na te psikusy,bo to głównie w kuchni się odbywało, ale kiedyś i mnie nabrał. Po wydaniu któregoś z posiłków, kiedy sprzątałyśmy salę zawołał mnie do okienka, gdzie odbierało się dania. Poszłam tam, nachyliłam się, a tu Zbyszek wraz z pomocnikiem cap mnie za ręce i dalej  wciągać przez okienko. Szans nie miałam, wciągnęli, a potem wsadzili do gara. No!!! Oczywiście darłam mordę, ale, kto mi miał pomóc????
Widać Zbyszka ambicją było, żeby każda zaliczyła kocioł.........


Z żalem wyjeżdżałam z tego Pobierowa, ale miał minąć tylko lipiec, który spędzałam u koleżanki pracującej w ośrodku wypoczynkowym w Kołobrzegu, a  1 sierpnia miałam wyjechać na OHP do NRD…………



A jak pamiętam OHP W NRD będzie kolejnym razem.....

czwartek, 26 czerwca 2014

Na Ohapie życie płynie....

jak choremu po rycynie????

Ach, jak mi się przypomniały te wyjazdy letnie do nadmorskich kurortów, żeby sobie troszkę pieniążków zarobić...........
Bo począwszy od 17 roku życia, przynajmniej miesiąc wakacji spędzałam zarobkowo w nadmorskich ośrodkach, biegając z tacą.
To były jakieś zakładowe ośrodki wypoczynkowe, gdzie całe rodzinki przyjeżdżały na wczasy. Nazy chyba żadnego nie pamiętam.
Jednego roku byłam w Pobierowie, innego w Jarosławcu, a potem jeszcze był OHP zagraniczny. Do NRD!!!! Na kolejny, który miał byc na Węgrzech nie pojechałam......za karę.......

Najowocniejszy był ten zagraniczny, w NRD, bo przywiozłam sobie z niego .......męża:))
W tym NRD pracowałam w zakładzie przetwórstwa owocowo-warzywnego i nudniejszej roboty niż
przebieranie zgniłych czereśni na taśmie w życiu nie widziałam.

Ponieważ zarywałam regularnie nocki, na romantycznych randkach z Wu, nauczyłam się nawet przysypiać na tej taśmie. Ba, z dosypianiem zarwanych nocek doszłam do takiej perfekcji, że potrafiłam, kawałek przerwy obiadowej przespać w wielkim kartonie po słoikach, albo na podłodze w szatni. A jak już przenieśli nas do magazynu z właśnie, co zapasteryzowanymi ogórkami to był luksus. Pędzikiem układałyśmy cieplutkie słoiki, warstawmi przekładanymi kartonami, aż po sufity magazynu i do następnej dostawy można było na tych ciepłych słoiczkach pospać..........
Może o innych przygodach kiedyś więcej napiszę, np. o tym, jak to założyliśmy się, że pójdziemy na miejscowy cmentarz o północy, albo o karnym dancingu, na który nas zabrał wychowawca, albo o uciekaniu oknem, albo o tym, jak ukradli nam suszące się majtki ze sznurków.......

Ogólnie było śmiesznie, cwaniakowate chłopaki z Warsiawy, nieustannie robiły psikusy bardzo porządnym i zdyscyplinownym niemieckim pracownikom.
A ja wróciłam z tego OHP okrutnie zakochana i płakałam, ryczałam, jak bóbr 3 dni, a potem przyszedł list.....

No, ale wcześniej byłam w Jarosławcu, tam się nie zakochałam, choć zakochał się we mnie chłopak ( z Kalisza) ze dwa lata młodszy, był z rodzicami na wczasach. Traktowałam go trochę z góry, dla mnie to był dzieciak, choć był urodziwy, zanosił się na takiego Brada Pita i był bardzo oddany. Łaził za mną wszędzie i słuchał się we wszystkim. Nie no, nie dla mnie, za nianię miałam robić?
Ciekawe, co teraz porabia, ów Krzyś (chyba) .......

W Jarosławcu mogłam się przekonać, jakie zazdrosne żony są okropne.
Jakoś tak mi się trafiało, że na tych nadmorskich OHApach zawsze kelnerowałam, były też fuchy na zmywaku, albo w kuchni do wydawania dań, ale mnie zawsze brali do kelnerowania.

To kelnerowałam, po pierwszym dniu już latałam, jak fryga i potrafiłam kilka talerzy z drugim daniem zabierać na jeden raz. Już nie pamiętam, jak to się wszystko układało na rękach, ale był jakiś sposób.
Obsługiwałam całe rodzinki  i samotnych ludzi, którzy dobierali się w czwórki do stolika.

Po kilku dniach kelnerowania zauważyłam, że jakiś brodaty facet, który przy stoliku siedział z dwojgiem małych dzieci i żoną, lampi się na mnie cały czas. Już od wyjścia z kuchni tak mnie świdrował tymi czarnymi ślepiami. Dla mnie to był jakiś stary dziad, pewno miał ze 30 lat:))))
Obsługiwałam grzecznie i tyle, ale facet zagadywał, co rusz o coś prosił, choć zawsze przy żonie. A ta marszczyła czoło i fukała.
I wiecie, co ta pinda zrobiła? Poszła na skargę do kierownika ośrodka, żeby zmienili kelnerkę, bo nosi za krótkie spódniczki i męża rozprasza!!!!!!!

Ale kierownik tylko się śmiał i wcale mnie z tego rewiru nie zabrał.
Pewnie też nie lubił zazdrosnych bab:))))

Mam jedno, jedyne zdjęcie z tego Jarosławca.
Ta śliczna blondynka z lewej strony to żona naszego nauczyciela od PO, również bardzo przystojnego i fajnego Jaśka - nazwiska nie pamiętam.  Była naszą opiekunką, wszak OHP organizowany był przez szkołę.
A ten mały berbeć to ich synek.
No i szef kuchni przesympatyczny facet, ale nie pamiętam imienia.


Dobra, o Pobierowie będzie zaś, bo za dużo chyba tych atrakcji......



środa, 25 czerwca 2014

Jestem w kuro doopo albo dupo neko......

Żeby nie było tak prosto, co oznacza tytuł, proszę doczytać w komentarzach u Gosianki, tak coś koło 90 komentarza będzie wyjaśnione:)))))

Chciałam Wam przygotować wzorem Hany i Miki fajny, wspomnieniowy post, ale niestety jestem w  kuro-dupo-neko, totalnej można by powiedzieć.......

I tak oderwałam się na chwilunię od statystyczno-rankingowych tabelek, żeby choć łapką Wam pomachać.
Zanim jeszcze bardziej mnie pochłonie dupo-neko-kuro, bo w przyszłym tygodniu huta moja zostanie poddana remontowi, pomacham tak leciutko pokazując tylko troszkę Kaczorówki przed i po.


 Czyli to co kupiliśmy i to, co jest obecnie, a wałaściwie rok - dwa temu, bo wszystkich zdjęć z tego roku nie mam, ale będę miec, bo już wiem, że muszę z tych samych ujęć pstryknąć.

To jest zdjęcie  dokładnie z 27.03.2007 roku, dzień zakupu tego ugoru..........


A to kilka tygodni później, podczas stawiania ogrodzenia......
Mop zwiedza teren......

Tu już ogrodzenie postawione, pierwsze lato spędziliśmy pod namiotem.......


A tak było w 2012 roku, bo tegorocznych ujęć z tej strony nie mam....




Tak wyglądała droga i krzewiny na naszych działkach w 2007 roku, i ja skacząca z radości....



To ta sama droga, tylko, że nieco bardziej zarośnięta....zdjęcie tegoroczne.....


Pod tym drzewkiem ledwo mieściło się autko, ledwo, ledwo......


 Teraz to jedno z większych drzew na działce, a ten zakątek wygląda tak...........
 (zdjęcie z zeszłego roku)


To miejsce było karczowane, jako pierwsze. Syn, jeszcze taki trochę nie całkiem dorosły zbudował tu pierwszą ławeczkę, służyła ze 3 lata.......


 A tak wygląda teraz, to miejsce dla moich hortensji ( zdjęcie z zeszłego roku)


Jak mnie neko-dupo-kuro wypuści to przygotuję szczegóły.......

 P.S.
A teraz tak by mi się chciało, jak osiołkowi ze Shreka powiedzieć....niech mnie ktoś przytuli........

Buziaki:))

P.S. 1.Żartowałam, dam radę, aż kwiczę z radości na myśl o tym remoncie:))))




niedziela, 22 czerwca 2014

MnemoWulud

Więcej rady nie dam napisać, bo po tygodniu na Mazurach właśnie w pielesze zjechałam. Odgruzowanie trochę mi czasu zajęło:)))
Tydzień mignął, jak z bicza strzelił, co dobre wszystko się szybko kończy, o dziwo, niby wolne miałam, ale czasu do neta ledwo, ledwo.
Do nocy na powietrzu, choć muszę powiedzieć, że harowania nie było. No i pogoda raczej nie była z tych ulubionych. Wiatr łeb urywał, czego nie ZNOSZĘ, jestem rozdrażniona, skupić się nie mogę!!!

Powstał MnemoWulud, w całości wykonany przez Wu, stanie sobie z braćmi ( którzy się dopiero zrobią) gdzieś tam w krzaczkach, czy cuś....

Jak ten feniks z popiołów powstał, bo to w zasadzie prawda, ogień przy jego narodzinach miał duży udział:)))




Inienia ptasior jeszcze nie ma i miejsca swego doczesnego postoju też jeszcze nie zna.....


Ja się tym razem ludotórstwem nie zajmowałam, za to w przypływie nagłej weny zrobiłam rabatkę z odpadów drzewnych, którą ozdobiłam złomową miseczką.




Jeden taki nieletni gentelemen na pytanie, czy ładną ciocia rabatkę zrobiła odpowiedział " ładną, tylko wygląda trochę, jak nagrobek"

Amen:))
Dzieci są szczere do bólu:))
Powaznie wygląda, jak nagrobek????
No dobra, jeszcze trochę a ładnie zarośnie pnączami i żurawkami i będzie cacy:)))

P.S.

I w końcu mam własny prunt, REWELACJA. 7 lat żyłam przy świecach i lampach naftowych, też było fajnie, ale już dorosłam do odrobiny luksusu:))))

środa, 18 czerwca 2014

Nu, nu, nu, nie wolno!!!!!!

Nasz las jest duży, ba wielki, w końcu to Puszcza Piska. Jeszcze kilka lat temu, jeździło się po duktach leśnych samochodem, teraz wiem, że nie wolno, ale człek z miasta, jak nie ma znaku, że nie wolno to jedzie. Na grzyby na przykład. Od zeszłego roku wszystkie drogi w las zostały oznakowane zakazem wjazdu, bardzo dobrze, pochwalam. Byście widzieli, co zostawiają w lesie grzybiarze. Tfuuu, sromota.
Jest jedna droga, w sumie nie wiem, gminna, powiatowa, czy wojewódzka, zwykła, leśna, ale tą drogą wolno jechać. Tą drogą, jeśli już wsiadamy w samochód na grzyby, jedziemy "do bunkra", naprawdziwszego, takiego z II wojny światowej i tam karnie, przed znakiem zatrzymujemy się, a dalej na piechotę w las.
Tak mi się dziś zachciało do lasu. Śmiszne to, bo ja jestem w lesie, ale jak pojadę kilka kilometrów dalej to las wydaje mi się większy.Chciało mi się na kurki. Lubię się popisywać przed gośmi tutejszymi kurkami w śmietanie, a goście zjadą jutro. Wiary większej na  zbiory  wszak nie miałam, bo susza okrutna, ale mnie za ten bunkier ciagnęło.
Pojechaliśmy, karnie przed znakiem zaparkowaliśmy i poszliśmy w las. Kurek nie było, a te pojedyncze, znalezione już całkiem suche były. Wracamy więc, a tu obok naszego samochodu zaparkowany inny. Ooooo, myślę sobie, czyżby jakiś jeszcze amator kurek? Skąd to była straż leśna.......
Jeden jedyny człowieczek, w osobie chyba naszego leśniczego (po wąsach poznałam) rozłożył na drodze takie trzy ustrojstwa, przypominające duże blachy do pieczenia ciasta i czeka.......
W życiu akcji takiej nie widziałam to ciekawość zwyciężyła i po przywitaniu zapytałam, co to takiego dziać się będzie. Jakaś akcja jest, zatrzymują kogoś, obława?

Eeeee, nie to tylko kontrola......
Bo wiecie, taką drogą leśną mogą jeździć pojazdy leśne, które wożą cuś tam, drzewa ścięte na przykład, albo piach do naprawy innych dróg leśnych. Jeździć mogą, ale do pewnej ładowności i to, co leśniczy rozłożył na drodze to była przenośna waga!!!!


Za kilka minut mogłam się przekonać, jak to wygląda, bo nadjechała kawalkada wielkich samochodów, jeden za drugim, nie wiem, co wiozły, bo naczepy były zasłonięte plandekami, ale każdy karnie stawał tylnymi kołami na wadze i był ważony. Potem szofer pokazywał leśniczemu jakieś papierki i jechał dalej.

(Tuż przed wjzadem na wagę, samochód czeka w kolejce, bo inny się waży)

Fajnie nie? Porządek w lesie też musi być!!!

Ostrzegam też przed wjazdem do lasu, gdzie jest zakaz, a nawet go nie ma. Bo jeśli droga przez las nie jest gminna, powiatowa, czy wojewódzka (nie wiem, w końcu jaka) to straż leśna bez pardonu wlepia mandat. I kosztuje on  500 zł.
To już lepiej sobie zrobić spacerek w te i nazad, lasem się przyjemnie spaceruje:)))


wtorek, 17 czerwca 2014

Dendrolog amator

Na drzewach trochę się znam, potrafię odróżnić brzozę od wierzby, choć czasem mówię wierzba, myśląc o brzozie:))) Inne też znam, nie pomylę klona z dębem, modrzewia ze świerkiem, wiem, kiedy kwitnie lipa, choć te warszawskie olipiały w tym roku i zakwitły w maju, a powinny najwcześniej w czerwcu.
Znam kasztanowce i sporo, sporo innych. Wychowałam się na wsi, najpierw w cieniu wielkiej topoli, którą potem bezmyślny sasiąd wyciął, a potem w cieniu jesionów. Te się ostały, jeden nieco obcięty z góry ma dziś lokatorów, bo uwiły sobie na nim gniazdo bociany,a drugi prawie konjący od zalewających go świńskich śćieków, dźwignął się z upadku dzięki UE.Bo unia zakazała hodowcom wypuszczać świnie na wolny wybieg, więc sąsiad zamknął świnie w chlewie, a jesion, stojący na granicy z sąsiadową posesją odżył, ku zmartwieniu tegoż, bo, jak ostatnio siostrze powiedział, "śmieci ino".

Dobra, ale nie o tym miało być. Miało być o sośnie. Kto nie zna sosen? Kto ich nie kocha? Za ich cudny zapach, za to, że sosny to las, a las to grzyby, jagody. Sosny to wakacje, obozy, letni czas. A i zimą znajdzie sosna zwolenników, bo są tacy, co wolą zamiast świerku, piękną sosnową gałąź z szyszkami zamiast choinki.

Sosny znam baaaardzo dobrze. Kiedy nabywaliśmy Kaczorówkę już tu rosły, małe krzaczki na wysokość człowieka, przedrzeć się przez nie było trudno. Kamienie graniczne trzeba było szukać czołgając się na kolanach.
Mam wrażnie, że mrugnęłam kilka razy oczyma, a z krzaczków zrobiły się drzewska, wielkie, ba poteżne, wyższe niż dom. Tam, gdzie za młodu nie zostały przecięte zrobiła się brzydka, czarna, sucha i badylowata gęstwina. U nas tylko na końcu działki, ale u sąsiada, cała działka taka czarna. Jak wychodzę wieczorem z domku to boję się tego lasu czarnego. Bo sosny, jak rosną gęsto to szybko im kolejne piętra gałęzi schną i robią się czarne.

Dziś zadarłam w górę głowę i stwierdziłam, że należy oczyścić kolejne piętra z uschniętych gałęzi, z poziomu gruntu nie daję już rady, gałęzie są za wysko. Dawaj więc na drabinę, sekator w łapki i do roboty. Rany, co to za tortury, kora leci na łeb, na łeb też lecą obcinane gałęzie, a za nimi szyszki i trzeba uważać, żeby nie rabnąć z tej drabiny. Na dodatek nie każdą gałąź da radę ciachnąć sekator, a na piłę to ja nie mam siły.Do pomocy został wezwany Wu. Do następnych partii trzeba będzie wzywać podnośnik, albo czekać, aż natura utrąci.
To jednak nie koniec,potem to wszystko trzeba wynieść, zgrabić i spalić. A mówiłam Wu, że trzeba je (sosny) wcześniej hamować w rośnięciu??? Przycinać, skracać, wycinać, kiedy jeszcze młode?Nie słuchał to teraz ma. Zanim skosi trawę musi zgrabić pierdylion szyszek, dwiema szyszkami noży od kosiarki nie zepsuje, ale pierdylionem już tak. Nie dotarł biedaczek do końca zgrabiania trawników, powiał wiatr i szyszki łubudubu, lecą, jak ulegałki.


 Nie będę powtarzała brzydkich wyrazów, ale Wu mocno dziś nagrzeszył.
Kiedy skończył koszenie kazałam mu spojrzeć w górę......jeszcze parę pierdylionów szyszek wisi na tych kilkudziesięciu drzewach.

Sosny rosną szybko. Rocznie potrafią mieć przyrosty nawet 1,5 metra. Nasze chyba rosną szybciej:)))
Bo na początku czerwca, miały takie przyrosty.



Co będzie do jesieni???

Tak, więc dziś dzień spędziłam zbożnie, najpierw przesadzałam to, co nie chciało rosnąć w dotychczasowym miejscu, ( który to już raz?), skubałam też chwasty, bez większej wiary w to, że je wszytskie wyskubię, potem zajmowałam się sosnami i grabienim igieł.
No, przecież zapomniałam o igłach!!!
 Sosony zrzucają też igły, co roku to robią, gdzieś około sierpnia. Igły lecą, jak deszcz i zasnuwają grubym dywanem trawniczki, skalniaczki, ławeczki, krzaczki, wpadają do rynien, są na tarasie w psiej misce na samochodzie, a jak coś jesz za długo to też w twoim talerzu. Na twojej głowie też są, w końcu mało jest u nas miejsc, gdzie nie ma sosen!!!!Pod tą iglaną pierzynką nic, ale to nic nie urośnie, no chyba, że grzyb.  Dlatego igły się u nas w części rekreacyjnej grabi, po kątach sobie leżą, aż zgniją.

Z samej tylko części rekreacyjnej grabi się ich na wiosnę wagonami, bo byłoby wszędzie szaro i iglano, a ja chcę mieć trawę, krzaki, ławeczki, skalniaczki i inne duperele ogrodowe. Najmniej mi przeszkadza łażenie z igłami we włosach:))

Kto marzy o pięknej, wielkiej sośnie, niech ją wsadzi i o niej zapomni, minie lat 10 będzie ją miał, z uschłymi, co roku gałęziami, szyszkami i igłami spadającymi w ilościach hurtowych:))

Ze dwie - trzy sosenki wzięłam w porę w obroty i je co roku przycinam, mają ładny pokrój nie usychają im kolejne piętra gałęzi, są zieloniutkie i nie zrzucają igieł!!!

A tak poza tym to porządkujemy w dalszym ciągu, to się chyba nigdy nie skończy, bo końca nic, a nic nie widać. Zrobiłam trochę nowych nasadzeń, podlałam bo sucho okrutnie, popatrzyłam, jak porosło w naszych zakątkach i szczerze powiedziawszy mimo tego, że jeszcze widno oczęta mi się zamykają. Nie ma to, jak cały dzień na powietrzu:)))








P.S.1

Jeszcze zrobiłam ogórki, dla gości, bo zjadą w czwartek:)))


P.S. 2

Żeby się nie zatyrać przy koszeniu, ale też  dla ładnego widoku, oraz pozostawienia schronienia dla motylków, robalków i innych glist, nie kosimy części trawnika, przed domkiem. Dopiero jesienią. Teraz królują tam trawy, właśnie kwitną na czerwono i babki lancetowate na biało. Potem będzie fioletowa koniczyna i wiele, wiele innych łąkowych roślinek. W ciepły dzień cała łączka bzyczy, a wieczorem dają kocerty świerszcze,  do tego łączka pięknie pachnie.
Wygląda teraz tak:

Pozdrawiam mazursko:)))


P.S. 3 - przepraszam za literówki, wytarła mi się klawiatura, piszę na pamięć,bo prawie liter nie widać:))))

sobota, 14 czerwca 2014

Kto mi zjadł bób?

W końcu nadeszła pora obżerania się tym, co lubię najbardziej. Jest fasolka, kalafiory, truskawki i ...bób.
W tym tygodniu każdego dnia jedliśmy coś innego;)
 W poniedziałek po kalafiorze i dwa kilo truskawek
We wtorek kilogram fasolki szparagowej, popchnięte truskawkami.
W środę nic bo mnie huta wessała, a może to był czwartek, nie pamiętam.
Jak mnie huta wsysa to mi się dni plączą. Nie pamiętam co jadałam. Bywa, że nic cały dzień.
 W piątek po kalafiorze.
Wu poprawiał kanapkami, ja kiełbasą:))

Dziś była uczta bobowa, uwielbiam bób, taki z masełkiem. Mniam, mniam. Bób nie tylko ja lubię.

Nałożyłam sobie solidną porcję do miseczki, zasiadłam do pożerania, a tu patrzą na mnie takie maślane oczy......

Daj pańciu, daj (gdyby umiał mówić, tak by powiedział)


Pańcia dała......
Na widelcu, a jakże......


A potem drugiego i dziesiątego......


I tak raz pańcia, raz pies, zjedliśmy pół kilo bobu....
Dobrze, że mnie moja mama nie widzi, bo powiedziałby, "aj, ty świntuchu, kto to widział psa karmić widelcem i samej z niego jeść, zobaczysz pypcia na jęzorze dostaniesz".......
Hmmm, jakoś do tej pory nie dostałam, za to przez dzielenie się z psem obiadem, jakaś byłam niedojedzona.
Poszłam na bazar i kupiłam 1,5 kilo fasolki. Zjemy sobie na kolację.
Pies też lubi fasolkę:))))

czwartek, 12 czerwca 2014

I koniec nastąpił..............

Dziewczęta, "wszystkie", bardzo Wam dziękuję za aktywny udział w pisaniu powieści. Mnie, jak na złość huta w tym czasie wessała, całkiem odcięła. Wupluła dziś, ale i tak musiałam popołudniem odespać. Jak tak sobie smacznie chrapałam to zadzwonił telefon, poważnie, byłam przekonana, że jest ranek i znów trzeba zrywać się i pędzić do huty. Na szczęście okazało się, że jest 19:00  i nie muszę nigdzie lecieć. Jak doszłam do siebie to mnie wyrzuty sumienia ruszyły i postanowiłam "rozliczyć" się ze zobowiązań, które złożyłam, co do nagrodzenia osoby, która napisze najwięcej komentarzy z kolejnymi odcinkami powieści.
Zaczęłam mozolne liczenie, no i wyliczyłam. Czy dokładnie, ręki sobie nie dam odciąć, bo stawiałam kreski przy Waszych nickach i wyszło mi tak:
Cudarteńka: 55
Hana:30
Kalipso: 20
Mika: 17
Katarzyna: 16

 Wszystkim innym biorącym udział we wspólnym pisaniu powieści też bardzo dziękuję:)))))

Do Arteńki powędruje lud, ale kochana od razu muszę Cię uprzedzić, że on jeszcze nie powstał. Miał powstać w zeszły łikend, bo byłam w Kaczorówce, ale miałam gości miłych i nie mogłam oddać się w tym czasie ludotwórstwu. Oddam się zapewne podczas letniego urlopu, tak, że proszę o cierpliwość:)))

Napstrykałam troszkę zdjęć, ale nawet nie miałam Wam czasu ich pokazać.
W tym roku, dzięki zryciu przez energetykę trawy pod naszymi płotami, wysiały się maki. Jak slicznie wyglądały rankiem, takie kołyszące się i delikatne. O takie:






Mój sąsiad ma uroczy płotek, prawda?? Mój nie jest taki malowniczy:)))


A teraz mi zazdrośćcie......bo.....zbierałam już pierwsze KURKI!!!!!!!


Zakwitły mi też kwiateczki, pojedyncze takie, ale za to jaki ładne.
To orlik przedziwnej urody:


I naparstnica, nie mam pojęcia skąd się wzięła, ale wygląda ślicznie i chyba muszę zasiać więcej.........


Oczywiście czas na Mazurach najlepiej wykorzytywał Mopek, ten wie, jak należy odpoczywać.......


A my co robiliśmy?
Ja troszkę w kuchni, karmiłam pracujących, tzn. Wu, który działałprzy drzewach, i przyjaciół, którzy stacjonowali u nas, ale ciężko pracowali na swojej działce, oczyszczając ją z krzewów i krzaków. Wieczorem wszyscy zgodnie jęczeli na kręgosłupy, ale dla polepszenia nastrojów zrobilismy sobie piżmkowe party, przyjaciółka śpiewała nam wymyślane na poczekaniu piosenki z własnym tekstem i melodią. Było ogólnie wesoło.

Chciałabym teraz nadgonić wszystkie zaległości w czytaniu u Was, ale to dopiero chyba po niedzieli, kiedy będę na urlopie......teraz wzywa mnie jeszcze malutka ( dość dziwna, ale obiecana) huciana zaległość, więc muszę udać się do kuchni. Mam kulinarne zobowiązanie:))))

Buziaczki i jeszcze raz podziękowania:))))

czwartek, 5 czerwca 2014

Piszemy powieść, część 2!!!!!

Blogger się zatyka, więc przenoszę wątek na nowy post. Będzie wygodniej:)))))

Część pierwsza, emocjonujących, mrożąych krew w żyłach przygód Sylwka i Kajtusia, a także Izoldy z silikonowym biustem jest TU:

A skończyliśmy wątkiem Katarzyny:

Po czem okiem lypnal i rzekl do Sylwka:
-dobra, dawaj te mape.
Skupil sie mocno, az mu sie dziurki w nosie skurczyly , po czym wsciekle na Izolde spojrzal, w czolo sie puknal i powiedzial:
-Babo glupia, toz to nie zadne corazon, nasluchala sie disco-polo, ino Le coeur...

i Arteńki:

Spróbował czy zjeść się da, ale... chyba jednak niezjadliwe toto. 

wtorek, 3 czerwca 2014

Piszemy powieść????

Nie będę się powtarzać, że już kiedyś pisałyśmy i że zabawa była przednia. ( TU pierwszy odcinek).
 Wtedy to był spontan, ja siedziałam na Mazurach i rodziłam kolejne ludy, z doskoku zaglając do neta ( ograniczony transfer),Wy drogie koleżanki kurice-blogowice, ciągnęłyście na swych barakch kolejne odcinki powieści.
Już wtedy w rozmowach, czyli komentarzach, zapowidziałyśmy sobie, że JESZCZE KIEDYŚ NAPISZEMY...........kolejną......

Wydaje się, że TO KIEDYŚ właśnie nadeszło, bo pierwszy mnemolud tegoroczny właśnie powstał.
Porę mamy odpowiednią, deszczową, burą, w sam raz, żeby zasiąść i pisać:))))

Sprytnie się wyłgałam od rozpoczęcia powieści, zwalając na Hanę ten obowiązek. Wszak to JEJ mnemoludnykot:)))
Podsunęłam tylko pomysł, żeby cała rzecz zaczęła się w........... krzakach.......

Powieść nie ma tytułu, nie wiemy, jakie wystąpią w niej postaci, kto będzie bohaterem, a kto ofermą, nic nie wiemy, ale wszystko się okaże, w praniu, tfuuuu w pisaniu.......

Postaram się aktywnie uczestniczyć, szczególnie w części dotyczącej przekuwania postaci w mnemoludy.......ufffff, ciężka, ale jakże miła mnie robota czeka. Czy dam radę zrobić wszystkich bohaterów, trudno powiedzieć, zakładam, że nie dam, ale starać się będę:)))

Myślę też sobie, że oprócz radochy z pisania powinnam jeszcze zachęcić Was do roboty piórem, jakąś małą marcheweczką.......

Czy dobrą marcheweczką będzie mnemolud jakiś??? Taki, co to jeszcze nawet nie powstał?????
A za, co???? Ano myślę, że osoba, która napisze najwięcej odcinków powieści może liczyć na mnemoluda.....jakiegoś........

Umawiamy się, że piszemy powieść do 24:00 w niedzielę, ja w tym czasie będę ( chyba) w Kaczorówce i postaram się jakąś kolejną postać zrobić.
Tytuł??? Nie nie mamy tytułu......to, co zrobimy z tytułem???? Już wiem, nadamy tytuł po zakończeniu pisania ok????? Może jakiś mały kokursik powstanie?????

A pierwsza część powieści już powstała. Właścielka mnemoludakota, Hana, dobrze się wywiązła z narzuconego obowiązku i rozpoczęła tak, jak prosiłam.......w krzakach.........


A teraz zapraszam całą szacowną resztę do zabawy, można wciągać znajomych i znajomych królika, można wciągać dzieci, dziadków, sąsiadów, kto, chce niech pisze................


A było to tak:..............................................................



Hana   1 czerwca 2014 20:54

Letnia, duszna noc była ciemna, choć oko wykol. Malutka wieś zagubiona pośród lasów, spowita mgłą i ciemnościami wyglądała na wymarłą. Jedynymi oznakami życia było niemrawe poszczekiwanie znudzonych psów i czkawka dobiegająca przez otwarte okno chałupy przycupniętej na skraju wsi.
Skrzypnęły rozklekotane drzwi. Na progu zamajaczyła niewyraźna postać w białym, zgrzebnym gieźle. Szurając nogami po gumnie i mamrocząc coś niewyraźnie, postać podeszła do studni. Brzęknęło wiadro, a panującą wokół ciszę przerwał głośny bulgot wody wlewanej do gardła zakończony donośnym beknięciem. Czkawka ustała.
- Aaaaaaaa... - westchnęła z ulgą postać.
Złapała wiadro i reszta wody wylądowała w pobliskich zaroślach. W tym samym momencie zarośla wydały przerażający dźwięk przypominający ni to wycie kojota, ni to krzyk pawia. Przerażona postać z głośnym trzaskiem upuściła wiadro i bębniąc bosymi piętami po gumnie pognała do chałupy. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. We wsi rozszczekały się psy, tu i tam w oknach zabłysło światło.
Z trzaskiem łamanych gałęzi i innymi piekielnymi odgłosami, dzwoniąc z zimna zębami, z zarośli wyszło coś, co postronnego obserwatora mogłoby przyprawić o atak apopleksji. Nikczemnej dość postury, z płaską głową i sterczącymi uszami, na krótkich nóżkach i z obłym tułowiem z do którego przyczepione było coś, co nie było ręką, a przypominało raczej starą kopyść. Ale najdziwniejsze były oczy o źrenicach, które przywodziły na myśl łebki od gwoździ, nos zaś wyglądał jak klucz rozklepany na kowadle. Stworzenie odziane było w plugawą szatę, miejscami osmaloną.
- Tfu! - rzekło szczękając zębami.



niedziela, 1 czerwca 2014

Spotkanie Kur blogowych w stolicy:))) Pisanie powieści nastapi niebawem.........


Jak wieść gminna niesie, już wiecie, że doszło do spotkania trzech blogownic w mieście Warszawa. Dwie miejscowe Kury, Mnemo i Ania.M przyjęły z otwartymi ramionami Kurę przyjezdną - Hanę. Spotkały się nie gdzie indziej tylko na schodach symbolu stolicy tj. Pałacu Kultury ( pod syrenkę  lub kolumnę Zygmunta było za daleko), a potem pomaszerowały dziarsko w stronę Ogrodu Saskiego do takiej jednej, fajnej knajpki na ploty.
Niestety Ania. M nie miała zbyt dużo czasu, musiałyśmy się szybko nagadać i nacieszyć, bo arcyważne wydarzenie nam ją zabrało za godzinke i pognało na Bemowo.

Porwałam Hanę w swoje pielesze domowe i cieszyłyśmy się sobą chyba do północy. Co oczywiście było i tak za mało, o wiele za mało. Nawet nie wiem, kiedy nam te kilka godzin zleciało........A brzuch mnie bolał od śmiechu. Nie pamiętam, kiedy tak się uśmiałam serdecznie i radośnie. Wu nam tylko winko donosił, bo wchodziło, jakoś samo do gardziłków:))))
Myślę sobie, że Hana to musi być jakaś moja zagubiona siostra, bo jak inaczej?? Dwie obce sobie kobitki, a tak sobie bliskie???
Hanczyne opowowieści mogłyby z pewnością leczyć ludzi z dołków i smutków, a talent do parodiowania nie wiem skąd ona wzięła. Hana skąd?? Co sobie przypomnę, o tych jajach, co to masz przyjść za pół godziny to wybucham śmiechem..........próbowałam nawet sama ta opowieść sparodiować, nawet mi chyba wyszło, bo moje dzieciaki pękały ze śmiechu:))))

Wyraziłyśmy ubolewanie, że odległości od naszych kurzych grzęd są takie duże, bo zdecydowanie z chętnością wielką spotkałybyśmy się częściej. Pocieszyłyśmy się jednak, że mamy przecież kawałki jakiejś autostrady i w razie, co, to w autko i po 4 godzinkach jest się na miejscu. Wyliczyłam Hanie, że nawet odległość do Kaczorówki nie jest taka straszna i mam nadzieję, że pokazując jej zdjęcia okolicy zachęciłam do pokonania tej trasy:))))
Atrakcji nie zabraknie, nigdzie takich atrakcji, jak w Kaczorówce nie znajdzie, prysznic na świeżym powietrzu, spanie pokotem na górce, ziemniaki z ogniska, ale za to jaka cisza, jaka zieleń, jaki las!!!!!

 Mopek przyjął nową ciocię machając ogonkiem i nadstawiając łaskawie łebek do głaskania.
A ciocia Hana zobaczcie, co nam przywiozła!!!!! Taki prezent!!! Jak rozpakowałam pastelkę to od razu wiedziałam, kto na niej jest, testowałam na rodzinie, bez pudła każdy odpowiadał, Mopek, jak żywy!!!!!


Nawet posadziłam pierwowzór obok portretu i nakazałam pozować!!!! Pierwowzór troszkę obecnie zarośnięty, ale " z twarzy" taki sam!!!!!


Dostałam jeszcze Hanczyne oregano, z jej własnego ogrodu i w ślicznym słoiczku :)))


Nie bez powodu tak szukałam tego ogona kociego w Kaczorówce, bo miałam zamysł taki, żeby kota Hanie zmajstrować! Udało się i kot pojechał z Haną do Wielkopolski.
Zgodnie z tradycją, która się ulęgła roku ubiegłego, podczas powstania pierwszych mnemoludów, napiszemy opowieść, Hana jako właścicielka kota, została ZMUSZONA do napisania początku i ten początek już jest!!!!! Szykujcie się więc Kury, w kolejnym poście zaczynamy pisać powieść!!! Liczę na Was.... i na siebie, bo, jak zaczniecie wymyślać postaci to wiecie, że powinnam je wszystkie odtworzyć w menmoludach.....jak w ubiegłym roku........

  W TYM POŚCIE , kto nie zna całej historii mnemoludów znajdzie odnośniki do kolejnych postów, jak one powstawały i jaki miałyśmy wtedy ubaw:)) Zapraszam do lektury, nie pożałujecie:)) To jest dobre na chandrę:)))

P.S.
Aniu.M, Hano -dziękujęWam bardzo, za razem spędzony czas:))))