niedziela, 29 stycznia 2017

Jedziemy.


Zatęskniło się. Pogoda ładna to następuje szybka decyzja. Większość trasy autostradą. Szybko idzie, choć to dalej o 100 km niż do Kaczorówki.



A na miejscu koniecznie trzeba odwiedzić stare kąty, za wsią, tylko tam jest ładnie.
Stawy, bez wody, te małe już nie są zarybiane.



W tych większych, latem jest woda i ryby, teraz tylko lód.

Na polach sarenki, usłyszały nas i uciekają.


We wsi nic ciekawego, smród czadu wszechobecny. To nie mgła w świetle latarni, to dym z komina i tak, w prawie każdym domu, choć wieś ma gaz. Coś strasznego, ten czad wdziera się nawet do mieszkania przy zamkniętych oknach. 


A w domu zwierzyniec, brakuje jeszcze Walerki, bo to strachulec, i Mańki, gdzieś się zaszyła, boi się Mopka.


Pojawili się nowi domownicy: Fado


Ten był wcześniej, zanim pojawił się Fado,  Pinio- diabełek z wyglądu i charakteru. I jeszcze zazdrośnik. Strachulec- chciałby, a boi się. Jak nie przyjdzie sam to nie ma siły, żeby go złapać, zwiewa w najgłębszy kąt.


Fado, jego mama, no i Mopek. Kurdupel Mopek jest nawiększy w tym gronie liliputów.


 Faduś - tata mur beton był shitzu.Słodziak przesłodki. Puchaty, o jedwabnej sierści.


 Siostra Fado - Fibi, mniejsza, drobniejsza - lejek podłogowy. Przesłodka i całuśna przylepa.


Cała sprawczyni tego stada- przygarnięta latem, błąkała się po wsi. Nie było wiadomo, że szczenna, a potem pyk i powiła te dwie owieczki. Owieczki nic, a nic do mamy podobne.


W sumie w dwóch domach było razem:
5 psów i 3 koty. Dom wariatów, jak to się zaczęło wszystko kręcić, bawić, piszczeć, podgryzać...ufff. Mopek po powrocie padł i śpi jak zarżnięty, tyle atrakcji w ciągu dwóch dni. Już nie daje rady takiej młodzieży.
To teraz czas ruszyć do Kaczorówki...jejku, jak już się ckni.

czwartek, 19 stycznia 2017

Dzikie rośliny jadalne -czas pomyśleć o wiośnie.

Natrafiam od czasu do czasu w necie na publikacje dotyczące spożywania dzikich roślin. Zrobiły się modne , nawet w restauracjach zaczęto serwować dania z ich wykorzystaniem. Chyba trochę nieodpowiedzialnie, w niektórych publikacjach piszą, że dzikie rośliny praktycznie można zbierać wszędzie, nawet w miastach, no może unikając dużych ulic i parków.
Dla mnie to nic nowego, dziko rosnące zioła, zbierałam od dziecka, ot choćby rumianek na miedzy, czy szczaw na łące, z którego mama robiła zupę.
W czasie kwitnienia lipy zbieraliśmy jej kwiaty na napotną herbatkę i zawsze w domu była suszona mięta.To były w zasadzie podstawowe zbiory i oprócz darów lasu nie wykorzystywaliśmy innych dziko rosnących roślin.
Teraz świadomość wykorzystania ich dobrodziejstw znacznie wzrosła i sama zaczęłam się tym interesować. Zbieram więc nie tylko miętę i szczaw, ale suszę kwiaty czarnego bzu, głogu, młode listki brzozy, pokrzywę, młode pędy sosny, nawet kłącza perzu. Nawet macierzankę suszyłam i wkładałam w woreczki pod poduszki, dla ładnego zapachu.

Z mniszka i pędów sosnowych robię miodki, a z czarnego bzu i czeremchy robię soki i nalewki.
Wiem do czego służy piołun i dziurawiec, poznaję jaskółcze ziele, ale nie mam kurzajek to nie zbieram.
Moja siostra robi sałatkę z młodych liści mlecza i pokrzywy.
Sąsiad polecał kwiaty dyni, cukini, kabaczków w cieście naleśnikowym, ale miałam zbyt mało tych kwiatów, aby zrobić z nich obiad.
 Oczywiście nie przyszłoby mi do głowy zbierać tego wszystkiego w mieście, zbieram u siebie w Kaczorówce, gdzie nie ma przemysłu, rolnictwa, a wokół tylko las.

Ciekawi mnie ten temat, tylko mam  problem, część swoich zbiorów zużywam, część rozdaję, a reszta zostaje. Czyli się marnuje.

Taką herbatkę z pokrzywy można pić cały rok, ale brakuje mi systematyczności, zwyczajnie zapominam o tych woreczkach z ziółkami.

Uważam, że zbieranie dzikich roślin w mieście jest nieporozumieniem, przynajmniej do celów jadalnych, bo jeśli chodzi o walory dekoracyjne to, jak najbardziej, pęk dziurawca w wazonie całkiem ładnie wygląda.


Niedługo wiosna ( tak, tak bociany już zaczynają wylatywać z Afryki), pojawią się młodziutkie pędy pokrzywy, mlecza.
Ciekawa jestem, czy też zbieracie dzikie rośliny i je wykorzystujecie w swojej kuchni.
A może macie jakieś fajne receptury, a może nawet dania?
Pogadajmy o tym, zrobi się wiosennie, bo zima już mi się bardzo, bardzo znudziła i czuję zew do ziemi, do lasu, do Kaczorówki.








środa, 18 stycznia 2017

Maluję dalej...

Oprócz wspomnianego wcześniej Walentego, błogosławiącego zakochanym, którego wykończyłam i pokazuję niżej, stworzyłam jeszcze Franciszka.





Przymusowy zakaz opuszczania chałupy ma dobre strony, można posiedzić dłużej przy robocie, a choroba szybciej mija.

Franuś, jak wszystkie moje kapliczki, jest kolorowy, wesoły, pozytywny.

W kolejce czeka Antoni i Florian, który będzie młodzieniaszkiem zgrabnym i powabnym, takim też był, kiedy umarł śmiercią męczeńską.

Florian jest patronem Austrii i Bolonii oraz Chorzowa, ponadto hutników, strażaków i kominiarzy, a także garncarzy i piekarzy. Swoje święto obchodzi 4 maja.



O świętym Florianie, kim był i dlaczego jest też patronem strażaków opowiem, jak skończę kapliczkę.
Buziaki wieczorne.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Święty Walenty.


Walenty z wykształcenia był lekarzem z powołania zaś duchownym.  Żył  w  Rzymie w III wieku za panowania Cesarza Klaudiusza Gockiego. Został stracony, gdyż, jak wielu świętych z burzliwego dla chrześcijan okresu, nie chciał wyrzec się wiary. Jego konflikt z władzami rzymskimi nie polegał jednak wyłącznie na krzewieniu prześladowanej religii. Walenty wszedł z nimi w konflikt także z powodu swoich poglądów na temat małżeństwa. Cesarz  wymuszał na młodych legionistach życie w pojedynkę. „Single”, nieżonaci żołnierze, byli dlań najlepszymi i najbardziej skutecznymi wojakami.

Tu znajduje się punkt styczności między Świętym Walentym a zakochanymi. Biskup, mając swoje własne poglądy na temat miłości i małżeństwa, zwykł łamać cesarskie zakazy i udzielać ślubu młodym legionistom. Chętnych miał wkrótce tak wielu, że jego działalność, niestety, wydała się. Był torturowany, a w końcu ścięto mu głowę. Działo się to w roku 269 lub 270 (dokładna data jest niepewna). Jedno z podań mówi także o odwiedzającej go w więzieniu córce jednego ze strażników.
Podobno była niewidoma, ale pod wpływem tej miłości odzyskała wzrok.
W przeddzień egzekucji biskup miał napisać do ukochanej list w formie serca, podpisany „od Twojego Walentego”

Wskutek splotu zwyczajów ludowych, folkloru i legend był uważany za obrońcę przed ciężkimi chorobami (zwłaszcza umysłowymi, nerwowymi i epilepsją), a w Stanach Zjednoczonych, Anglii a także od kilku lat  w Polsce, został uznany za patrona zakochanych.

Na mocy decyzji papieża Gelazjusza I  wspomnienie świętego obchodzone jest od 496 roku w dniu 14 lutego, jako Dzień św. Walentego.

W ikonografii Walenty przedstawiany jest najczęściej w stroju kapłana z kielichem w lewej ręce, a z mieczem w prawej lub w stroju biskupa w momencie, gdy uzdrawia chłopca z padaczki.
Pomyślałam, że taki święty, dobry dla zakochanych, ale też osób zmagających się z chorobami duszy, nada się do kapliczki, którą zaczęłam malować zanim dopadła mnie franca.
Franca objawiła się ogólną niemocą, bolącym łbem, zatkanym nosem i boleniem płuc.
Poleżałam w weekend, popiłam specyfików, które znalazałm w domu i myślałam, że francę przegonię.
 Nie przegoniłam, a dochtorka zaordynowała antybiotyk na 7 dni i trzymanie się w cieple.
No i choruję, a za oknem sypie gęsto śnieg.
Jak mi trochę przejdzie to wykończę Walentego i pokażę w całej krasie, szczególnie, że ta fotka kiepska. Za mroczno już na zdjęcia.


piątek, 13 stycznia 2017

Dziękowanie i pożegnanie z kapliczkami.

Bardzo, bardzo Wam dziękuję za miłe słowa pod postem z Rochem. Człek jest jednak próżny i takie zachwyty mile go łechczą. Łechczą i zachęcają do dalszych działań, bo wiecie, jak to jest zimą, szaro, buro, źle, słowem nie chce się nic. Człowiek marudny się staje, niezdatny taki.
A za sprawą tych zachwytów ma o czym myśleć, planować i wracają chęci do działania.
Wu trochę jęczy, że z sypialni sobie zrobiłam warsztat, a nas wyeksmitowałam do dziennego ze spaniem, ale to też ma swoje pozytywne strony. Mogę sobie przed snem popatrzeć na ten nowy kanał w TV, o którym wspominałyście. Czasem późno w nocy trafiam na Maję w ogrodzie i zasypiam z miłymi obrazami ogrodów pod powiekami.

Wcześniej Wam pokazywałam Franciszka i Ritę, którzy jeszcze czekali na dokończenie, a teraz już czekają na wysłanie ich wspólnie z Rochem w świat. Gdyby nie dzisiejsza awaria autka (padł alternator) już byliby  w drodze.

Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że te moje kapliczki, będą strzegły/ozdabiały wyjątkowe gumno. Niektóre z Was znają je osobiście, a większość z Was zna blogowo właścicielkę tego gumna:)
Dla moich kapliczek to nobilitacja!

Zanim więc polecą do swojego nowygo domu pokażę je Wam w całej ich kapliczkowej krasie.
Wszystkie trzy zostały zrobione samodzielnie, latem na Mazurach. Są dość duże, dobrze zabezpieczone, mocnym lakierem jachtowym. Mogą wisieć na drzwach, wiatach cały rok, będą się z czasem patynować i kiedyś przestaną razić nowością.
Deski, jak to deski, nie są równe, mają pęknięcia, sęki, ale to akurat uważam za atut, są przez to ciekawsze. Nawet, jak kiedyś sęk wyleci to też będzie ciekawie - będzie kapliczka z dziurką:)







Nowy domku - ze względu na złośliwość alternatora, który odmówił posługi (trzynasty w piątek?) a związku z tym musiałam do mechanika, a potem na nogach w trasę do huty, spodziewaj się kapliczek w przyszłym tygodniu, w poniedziałek będzie wysyłka.


środa, 11 stycznia 2017

Święty Roch i raj dla zwierząt

Tak oto i wymalowałam kolejną kapliczkę. W naturze wygląda lepiej, zdjęcie trudno zrobić, bo kapliczka ze świętym Rochem została zabezpieczona dobrym lakierem jachtowym, który się błyszczy, ale za to kapliczka bez obaw może zawisnąć gdzieś na drzewie. Nie powinny jej zaszkodzić wiatry, deszcze, mróz. Lakier jachtowy, jak sama nazwa wskazuje, służy do malowania jachtów, a te wiadomo w jakimś środowisku funkcjonują.

Sama kapliczka została "zbudowana" jeszcze latem, na Mazurach, odczekała swoje, aż przyszedł czas, żeby umieścić w niej świętego. Padło na Rocha.
Zanim namaluję, któregoś ze świętch, lubię sobie o nim poczytać, poznać jego życie. I tak to natrafiłam na bajkę o świętym Rochu i jego psie Roszku.
Załączam ją poniżej.
Myślę, że mamy i babcie spokojnie mogą taką bajkę opowiedzieć dzieciom.
Spodobał mi się ten Roch- święty mało u nas znany. Tak w zasadzie, jak sobie przypominam, to plejada świętych w moich stronach była mocno ograniczona, Józef, Antoni, Maryja.
Józef był patronem parafii i figurował na wielkim obrazie nad ołtarzem, a  figura Antoniego stała  w kruchcie kościoła.
Babcia nauczyła mnie wierszyka do świętego Antoniego. Pomagał w odnalezieniu zagubionej rzeczy.
A plejada świętch jest imponująca, fajnie sobie o nich poczytać, bo to przecież postaci historyczne z ciekawymi, często tragicznymi żywotami. Taka św. Agata na przykład...

No, ale o Agacie innym razem, może jak powstanie kapliczka z tą świętą??






     Żył niegdyś święty Roch. Był to wielki święty, który przemierzał drogi całego świata i leczył ludzi oraz bydlęta z wścieklizny. Szedł zawsze za psem, który zwał się Roszek, a którego kochał bardzo, gdyż pies uratował mu raz życie. Pies też był święty, na swój sposób. Lizał rany, które pielęgnował jego pan i rany zamykały się raz na zawsze.
Święty Roch i Roszek nigdy się nie rozstawali.
     Pewnego razu święty Roch umarł. Umierają wszyscy, nawet święci. A po jego śmierci pies zaczął wyć i on też odszedł z tego świata. Miał małą, leciutką duszyczkę, tak że dotarł do bram raju równocześnie ze świętym.
     Święty Roch zastukał kijem pielgrzymim i wymienił swoje imię. Uzdrowił mnóstwo nieszczęśników, więc byt pewien. A wkroczy do raju główną bramą. Święty Piotr pospieszył, otworzył odrzwia o dwóch skrzydłach, ale zaraz otworzył szeroko też oczy patrzące spod okularów. Za cieniem świętego ujrzał cień psa.
- Precz mi stąd! Nie ma dla psów miejsca w raju!
- Trzeba jednak znaleźć temu psu jakieś miejsce - odparł święty Roch. - Jesteśmy nierozłączni. Uratował mi życie i jest także na swój sposób święty.
- Dajże pokój! Też mi opowiadanie! Także mnie pewien kogut uratował duszę, skłaniając do skruchy. Czyż jednak przywiodłem go ze sobą, kiedy przybyłem tutaj? Nie przywiodłem go nawet do wejścia, nawet w pobliże Aniołów Bożych! Nie, mój drogi, kogut pozostał na zewnątrz, a ja wszedłem do środka. Twój pies uda się do mojego koguta, ty zaś połączysz się ze świętymi, którzy już na ciebie czekają! Idziemy! Mam dokładne rozkazy, jak ci już powiedziałem.
- Zatem trudno - rzecze uparty święty Roch. - Skoro Roszek nie wejdzie do raju, nie wejdę i ja. Wolę psa, którego znam, od twojego raju, którego jeszcze dobrze nie poznałem!
- Skoroś taki grubianin - wrzasnął święty Piotr, który stracił panowanie nad sobą - idź sobie precz razem z twoim psem!
     I poszli.
     Co się stało z Rochem i Roszkiem? Tego nie wiem. Sądzę jednak, ze podjęli swoją wędrówkę i że ich cienie dokonywały cudów i uzdrawiały ludzi z wścieklizny.
     Mówiono o nich na całym świecie. Papież, który był sprawiedliwy, chciał ich jakoś wynagrodzić. Z Rocha uczynił z całą ceremonią prawdziwego świętego i rozkazał, by w jego kościele wystawiono obraz, na którym nowy święty byłby przedstawiony z psem. W gruncie rzeczy w ten sposób kanonizował także Roszka, choć nie padło na ten temat ani słowo.
     Kiedy wieść o tym doszła do raju, Ojciec Wiekuisty kazał wezwać świętego Jana Chrzciciela, który był wszak pierwszym świętym, i rzekł:
- Mamy więc zacną duszę imieniem Roch. Papież zrobił z niego świętego, musicie go odszukać i sprowadzić tutaj. Chcę go zobaczyć i złożyć mu powinszowanie. Trzeba też powiedzieć świętej Cecylii, żeby pomyślała o jakiejś oprawie muzycznej.
     Jan Chrzciciel biegał przez trzy dni i noce, ale było to tak jakby szukał jaskółek w zimie. Wpadł w zakłopotanie i pomyślał, że trzeba naradzić się ze świętym Piotrem.
     Dobry klucznik nie zapomniał o historii człowieka z psem. Kiedy usłyszał, że ów człowiek został naprawdę świętym i że Ojciec Wiekuisty chce się z nim widzieć, trochę się strapił. Lękał się, że spotka go kara za to, iż działa z własnej inicjatywy. Święty Jan, który miłował wielce świętego Piotra, pocieszał go jak umiał i obiecał, że wszystko będzie w porządku.
     Wrócił więc przed oblicze Ojca Wiekuistego i rzecze:
- Panie, wybacz mi głupotę. Od trzech dni i nocy szukam daremnie naszego nowego świętego, ale nigdzie go nie ma. Trzydzieści lat temu stanął pewnego wieczoru u bram raju, ale był z  psem, a ponieważ święty Piotr nie chciał wpuścić psa, święty Roch poszedł sobie i nie mam pojęcia, gdzie przebywa.
     Ojciec Wiekuisty zaczął rozmyślać, a kiedy wszyscy w raju usłyszeli, że rozmyśla, zapadła cisza. Potem rzekł:
- No dobrze. Święty Piotr jak zawsze wykonuje sumiennie swoje obowiązki. Ale święty Roch wróci, gdyż tego chcę. Zatrzyma sobie psa. Pozwólcie wejść jemu i psu. Zrobię wyjątek.
     Kiedy świętemu Piotrowi doniesiono o tym, zmienił się na twarzy. Ładny wyjątek!
- Tak, tak - rzekł - pozwolimy wejść psu Rocha! Zobaczycie, że w ślad za nim pójdą wszystkie zwierzęta, jakie były stworzone! Wkrótce nie da się tu, w raju, mieszkać.
     I z rozdrażnieniem otworzył tylną bramę, ale nie chcąc patrzeć na psa, schronił się do stróżówki i poprosił Zacheusza o zastępstwo. Zacheusz, który kochał bardzo zwierzęta,  był niskiego wzrostu, więc stanął na progu i krzyknął ile sił w płucach:
- Roszek do nogi! Chodź, Roszku, chodź, bo dobry Bóg chce cię zobaczyć!
     I oto stawili się Roch i Roszek. Święty uśmiecha się z dumą. Wybija mocno krok sandałami pielgrzyma i odwraca się co dziesięć kroków, żeby pogłaskać Roszka, który liże go po rękach i wymachuje ogonem niby pióropuszem. Stawił się cały raj, aniołowie, cherubini, archaniołowie, święci obojga płci, wszyscy tłoczyli się, żeby zobaczyć, jak przechodzi pełen wdzięku piesek, który węszył miłe wonie raju i zdawał się śmiać z ukontentowania.
     Była to wspaniała uroczystość. O świętym Rochu prawie zapomniano. Wszystkie pieszczoty, przysmaki, a nawet muzyka były dla Roszka. A święty Roch, który tak kochał swojego psa był nader zadowolony, że jego samego tak zaniedbano.
     Kiedy minęła pierwsza chwila radości, w tłumie nastąpiło poruszenie i pojawił się święty Piotr z włosami w nieładzie, spojrzeniem surowym i kluczami w dłoni.
- Panie - rzekł, zwracając się do Ojca Wiekuistego, który uśmiechał się do Roszka skulonego u jego stóp. - Panie, oddaję ci klucze. Nie będę odźwiernym dla psów.
     A Ojciec Wiekuisty ciągle uśmiechał się, nic nie mówiąc. Święty Piotr dodał:
- Panie, zresztą to niesprawiedliwe. Czemuż to pies świętego Rocha ma być samotny? Skoro brama raz została otwarta, moim zdaniem, inne zwierzęta też powinny tu wejść.
     Ojciec Wiekuisty ciągle się uśmiechał.
     Święty Piotr ciągnął:
- Panie, jeśli chcesz, bym nadal sprawował pieczę nad kluczami, powinieś wpuścić tu mojego koguta. Siedzi na wszystkich dzwonnicach i wzywa grzeszników do pokuty. W ten sposób także można zostać świętym!
- Wpuśćmy więc i koguta - rzekł wówczas Ojciec Wiekuisty, nie przestając się uśmiechać - będzie to kolejny wyjątek!
     W tym momencie wybuchła sprzeczka. Wszyscy święci, którzy kochali jakieś zwierzęta, zaczęli protestować i bronić swojej sprawy.
- A moja gołębica? - mówił Noe. - Moja gołębica, która przyniosła mi gałązkę oliwną?
- A kruk, który karmił mnie na pustyni? - rzekł Eliasz.
- A mój pies, który merdał ogonem? - żalił się Tobiasz.
- A oślica, która prorokowała, kiedym na niej siedział? - wtrącił się Balaam.
- A wieloryb, który przez trzy dni gościł mnie w brzuchu?
- dodał Jonasz.
- A prosiaczek, który uratował mnie od nudy? - rzekł święty Antoni.
- A łania - dorzucił święty Hubert - która niosła krzyż na głowie?
- A brat wilk i bracia ptaki, i siostry ryby? - zabrał głos święty Franciszek.
- A muł, który przyklęknął przed hostią - powiedział ten drugi święty Antoni.
     O, przyjaciele moi, zrobiło się doprawdy niezłe zamieszanie. Ale Ojciec Wiekuisty, który ani na chwilę nie przestał się uśmiechać, nakazał skinieniem ciszę i oznajmił:
- Ten pies, który przywarł do moich stóp, sprawia, że aż tło mego serca wzbija się, niby modlitwa, ciepło jego dobroci. Pokój zwierzętom. Zwierzęta kochane przez świętych mają w sobie coś więcej niźli inne, mają jakby duszę. Niechaj wejdą. Każdy z was wprowadzi zwierzę, które było mu przyjacielem.
     Ujrzano wtedy przedziwną procesję. Zwierzęta cztero- i dwunożne, zwierzęta okryte sierścią i piórami, ptaki i ryby, sunęły powoli ku tronowi Boga. I we wszystkich tych zwierzętach była wielka dobroć, która jeszcze jaśniejszym czyniła splendor raju.
     Jakiś młodziutki święty, który byt bardzo dowcipny, rzekł ze śmiechem:
- Wygląda to jak arka Noego! A święty Augustyn odparł:
- No właśnie! Arka Noego była obrazem raju! Jezus opuścił wówczas swoje spojrzenie, które widzi wszystko, na tę zgromadzoną rzeszę, co czciła Go bez słów, i rzekł:
- Nie ma tu jednak wszystkich. Brakuje osiołka i wołu, które ogrzewały Mnie swoim oddechem, kiedy byłem malutki.
     Więc osiołek i wół pojawiły się za chwileczkę. Stały już bowiem przy wejściu, czekając na swoją kolej. A Jezus pogłaskał je z uśmiechem.

Jean Quercy, Leggende cristiane, Milano 1963, s. 545-548
Znaleziono na stronie:
http://www.apostol.pl/czytelnia/legendy-chrzescijanskie

piątek, 6 stycznia 2017

Zmalowałam dwie.


W połowie grudnia to było. Jak mnie wena wzięła, jak zasiadałam, to zmalowałam dwie. Kapliczki oczywiście. Malowałam do późnej nocy, aż oczęta wysiadły. Wysiadły we wkurzającym momencie, bo zabrakło jeszcze kilka detali, a skończyłabym na tip-top.
Potem zaczął się kołowrót świąteczny, ani czasu nie było, ani weny nie było.
Stoją do dziś, bez tych detali. Ale nic to, wykończę. Nawet więcej, zmaluję następne!
Te dwie, z Franciszkiem świętym i świętą Ritą, to mój wyrób własny od a do z.
Sama wyszukałam deski, sama je obrobiłam, sama ( z wysiłkiem) zmontowałam. A potem wymalowałam.
Przy okazji dowiedziałam kim była święta Rita, chyba nie była popularna w moich stronach. Dobrego życia to ona nie miała, oj nie. Można sobie w necie poczytać o jej losach. To święta od spraw beznadziejnych. Franciszka wszyscy znają, wiadomo kim był.

Malowanie było bardzo przyjemne i właśnie miałam zabrać się za ich dokończenie i rozpoczęcie malowania następnej, ale...mam niezapowiedzianą wizytę.
To zmykam, a Wy oceńcie Ritę i Franciszka.
Nadają się na opiekunów dobytku?