No tak, miałam pokazać miejsce, które warto zobaczyć. Tych kilka dni, które spędziłam w Kaczorówce to nie była ustawiczna harówka. Udało mi się wyciągnąć moich chłopaków na jeden wypad, a na drugi wypad wyciągnięto mnie. O ile ten pierwszy obył się bez usterek technicznych mojego ciała ( bo ciało zostało do miejsca docelowego dowiezione), to ten drugi skończył się dolegliwym bólem nóg, zwłaszcza prawej, bo prawa strona u mnie ogólnie jakaś felerna. Nie wiem dlaczego, ale w drodze powrotnej nagle okazało się, że buty jakby za małe się zrobiły i coś mi pyka w śródstopiu, dowlokłam się jakoś, z powrotem, ale na długie wędrówki muszę zabierać buty dwa numery większe.
Relacja z pierwszego wypadu jest tu: http://mnemosyne-ocalicodzapomnienia.blogspot.com/2012/06/klon.html. Jeśli ktoś będzie w pobliżu to zachęcam do obejrzenia tej wioseczki i uroczych chałup. Szkoda tylko, że mimo wpisu do rejestru nikt nie dba o to, żeby chałupy nie niszczały ( chyba, że poszczególni gospodarze) i, że wieś w coraz większym stopniu jest "zaśmiecana" przez " nowoczesne" budownictwo nijak nie pasujące do krajobrazu. Gipsowe lwy przed niektórymi nowymi budynkami to już chyba szczyt nieporozumienia.
Drugi wypad odbył się pod hasłem "szukamy ujścia rzeczki do jeziora". No to poszliśmy, najpierw łąkami,
potem przez wieś,
potem przez las, cały czas kierując się na wschód. Po dłuższej wędrówce przedzierając się przez jakieś chaszcze dotarliśmy.......
Ładnie prawda? I żywej duszy. W sezonie na rzeczce będzie ruch, bo to szlak Krutyni i będzie mnóstwo tędy przepływało kajaków.
Nad rzeczką mąż znalazł stary cynkowy kociołek i specjalnie dla mnie, wiedząc, że wykorzystam ten przerdzewiały sagan tachał go z poświęceniem kilka kilometrów do domu.
Wykorzystałam go tak:
Wracaliśmy w górę rzeczki i po drodze trafiliśmy na prześliczne, dzikie łąki z trawą po pas i śmigającymi spod nóg sarnami. Niestety były tak szybie, że nie zdążyłam włączyć aparatu. Za to pstryknęłam fotkę jakiejś polnej ślicznotce podobnej do hiacynta i łąkę.
Na łąkę wrócimy to już postanowione, ale o świcie, na wschód słońca i przydybanie saren na łasuchowaniu w trawie. Oczywiście buty włożę dwa numery za duże:)
A, co działo się dalej będzie niebawem.
czwartek, 21 czerwca 2012
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Zacznę makami i różami
Nie było mnie troszkę. Pognałam wiadomo gdzie i wiadomo po co. Dla świata to nic istotnego dla mnie wiele, pobyć kilka dni wśród sosen, bez dzwoniących telefonów i "pracowych" problemów. Wstawać o której się chce i iść spać nawet z kurami, dłubać w ziemi, sadzić, oglądać, podglądać. Robić to wszystko, czego tu w mieście zrobić się nie udaje. Zwoje mózgowe mi odpoczęły i troszkę się zregenerowały, czego nie powiem jednak o układzie kostnym, bo jak zwykle przeginałam z robotami ogrodowymi, ale tych akurat odmówić sobie nie potrafię. Pewnie przez kilka kolejnych dni każda próba wstania z fotela będzie się kończyła stękami i jękami, tudzież słowami, których kobietki nie powinny używać, ale co użyłam to moje :)
Zaczęło się już po drodze. Makowy szał na polu. No nie mogłam nie przystanąć. Zawsze chciałam wleźć na takie pole, gdzie kwitną maki pstrykać zdjęcia. Miałam też takie trochę frywolne marzenie, coby w tych makach dać sobie popstrykać zdjęcia w stroju Ewy. Dalej jest niezrealizowane, bo troszkę za długo z tym marzeniem czekałam, wszak dzierlatką już nie jestem no i pola na jakimś odludziu nie znalazłam. To było akurat przy całkiem ruchliwej drodze. Fotki za to makom popstrykałam, co też zostało zauważone przez czujnego gospodarza, który zza węgła obserwował nasze poczynania, więc nie ryzykowałam zapuszczania się w pole, żeby psów na nas nie poszczuł:)
Już po przyjeździe, zachęcona przepisem od Bubisy http://my-cottage-life-bubisa.blogspot.com/2012/05/rozane-pysznosci.html, poleciałam na różane pole, przy leśniczówce zaproszona przez uroczych gospodarzy do zrywania ile się da. Zrywałam więc płatki, ciachałam nożyczkami, a potem smażyłam konfiturki naprzemiennie z robieniem soczków z kwiatów dzikiego bzu i kiszeniem małosolnych ogórków. Nie omieszkałam też napstrykać fotek różom i ich lokatorom, którzy urzędowali praktycznie w każdym kwiatku. Zafascynowały mnie śliczne, duże zielone i brązowe żuki, które obżerały się chyba pyłkiem i trzmiele, które dosłownie urządzały sobie kąpiele w różanym pyłku, tarzały się i buczały, a potem oblepione pyłkiem ulatywały w sobie tylko znane miejsca.
Potem były kolejne fotki i troszkę ciekawych miejsc odwiedzonych, ale to chyba w kolejnych postach, bo nie chcę Was uśpić.
Zapraszam w makowe pole i na różaną orgię.
Różana orgia przy udziale owadziego świata. Żuczka warto zobaczyć w powiększeniu, pięknie się mieni w słońcu jego pancerz.
A to płatki przygotowane do smażenia.
I efekty końcowe, konfiturka i soczki (reszta w spiżarce)
I moje ulubione, małosolne tuż po wetknięciu do słoja.
A do następnych części relacji z wyjazdu zapraszam już wkrótce. Zaproszę w miejsce, które warto zobaczyć.
Zaczęło się już po drodze. Makowy szał na polu. No nie mogłam nie przystanąć. Zawsze chciałam wleźć na takie pole, gdzie kwitną maki pstrykać zdjęcia. Miałam też takie trochę frywolne marzenie, coby w tych makach dać sobie popstrykać zdjęcia w stroju Ewy. Dalej jest niezrealizowane, bo troszkę za długo z tym marzeniem czekałam, wszak dzierlatką już nie jestem no i pola na jakimś odludziu nie znalazłam. To było akurat przy całkiem ruchliwej drodze. Fotki za to makom popstrykałam, co też zostało zauważone przez czujnego gospodarza, który zza węgła obserwował nasze poczynania, więc nie ryzykowałam zapuszczania się w pole, żeby psów na nas nie poszczuł:)
Już po przyjeździe, zachęcona przepisem od Bubisy http://my-cottage-life-bubisa.blogspot.com/2012/05/rozane-pysznosci.html, poleciałam na różane pole, przy leśniczówce zaproszona przez uroczych gospodarzy do zrywania ile się da. Zrywałam więc płatki, ciachałam nożyczkami, a potem smażyłam konfiturki naprzemiennie z robieniem soczków z kwiatów dzikiego bzu i kiszeniem małosolnych ogórków. Nie omieszkałam też napstrykać fotek różom i ich lokatorom, którzy urzędowali praktycznie w każdym kwiatku. Zafascynowały mnie śliczne, duże zielone i brązowe żuki, które obżerały się chyba pyłkiem i trzmiele, które dosłownie urządzały sobie kąpiele w różanym pyłku, tarzały się i buczały, a potem oblepione pyłkiem ulatywały w sobie tylko znane miejsca.
Potem były kolejne fotki i troszkę ciekawych miejsc odwiedzonych, ale to chyba w kolejnych postach, bo nie chcę Was uśpić.
Zapraszam w makowe pole i na różaną orgię.
Różana orgia przy udziale owadziego świata. Żuczka warto zobaczyć w powiększeniu, pięknie się mieni w słońcu jego pancerz.
A to płatki przygotowane do smażenia.
I efekty końcowe, konfiturka i soczki (reszta w spiżarce)
I moje ulubione, małosolne tuż po wetknięciu do słoja.
A do następnych części relacji z wyjazdu zapraszam już wkrótce. Zaproszę w miejsce, które warto zobaczyć.
niedziela, 3 czerwca 2012
Uwięziona w mieście
Aura nie sprzyja, żeby pognać do Kaczorówki. Może to i dobrze, że pada, przynajmniej podleje moje uprawy hortensji . "Bo hortensje, moi drodzy, stanowią obecnie najwyżej rozwiniętą i najszlachetniejszą formę życia na Ziemi. Nie może być inaczej skoro N....., która nie ma zazwyczaj skłonności do zachowań bałwochwalczych, poczęła im ni stąd ni zowąd oddawać boską cześć" -tak to ujął w słowach mój małżonek dokonując wpisu na naszej stronie domowej.
A dlaczego hortensje? Ano dlatego, że one jedyne w tej zimnej krainie, jak do tej pory, odpłacają mi się pięknym wzrostem i mimo okrutnej, jak wszystkim wiadomo zimy, nie wymarzły i mają się dobrze. Olśniona w pewnym momencie tym spostrzeżeniem postanowiłam założyć uprawę hortensji (bukietowej) na najbardziej eksponowanym miejscu Kaczorówki. Hortensji mam już kilka odmian, ale kto by te nazwy spamiętał. Szukam, co rusz innej i dziś właśnie upolowałam następną, czeka grzecznie na wywiezienie do Kaczorówki już za 3 dni. Jej pełne kwiaty najpierw białe, mają z czasem różowieć, a takiej jeszcze nie ma. W tym roku moje krzaczki powinny mieć już kwiaty, więc pewnie i tu je pokażę.
Czekając na pierwszy w tym roku dłuższy urlop wydłubałam takie oto skrzyneczki na zamówienie koleżanki, która wcześniej nabytymi ode mnie skrzyneczkami obdarowała rodzinkę, a ta zażądała więcej. Jestem dumna, jak paw, że moje skrzyneczki się podobają i chętnie siadam do kolejnego zamówienia.
Zdjęcia znowu takie sobie, bo skończyłam pod wieczór, a że pogoda dziś marna to i światło kiepskie.
Dodatkowym elementem ozdobnym skrzynki w tym przypadku jest klucz, który pozostał po wymianie drzwi.
A na tej nakleiłam zakupioną dziś terakotę, na zdjęciu troszkę wystaje, ale na żywo ładnie komponuje się z błękitami.
A teraz idę poczytać o uprawach hortensji i szukać w necie nowych odmian:)))
Dobrej nocki.
A dlaczego hortensje? Ano dlatego, że one jedyne w tej zimnej krainie, jak do tej pory, odpłacają mi się pięknym wzrostem i mimo okrutnej, jak wszystkim wiadomo zimy, nie wymarzły i mają się dobrze. Olśniona w pewnym momencie tym spostrzeżeniem postanowiłam założyć uprawę hortensji (bukietowej) na najbardziej eksponowanym miejscu Kaczorówki. Hortensji mam już kilka odmian, ale kto by te nazwy spamiętał. Szukam, co rusz innej i dziś właśnie upolowałam następną, czeka grzecznie na wywiezienie do Kaczorówki już za 3 dni. Jej pełne kwiaty najpierw białe, mają z czasem różowieć, a takiej jeszcze nie ma. W tym roku moje krzaczki powinny mieć już kwiaty, więc pewnie i tu je pokażę.
Czekając na pierwszy w tym roku dłuższy urlop wydłubałam takie oto skrzyneczki na zamówienie koleżanki, która wcześniej nabytymi ode mnie skrzyneczkami obdarowała rodzinkę, a ta zażądała więcej. Jestem dumna, jak paw, że moje skrzyneczki się podobają i chętnie siadam do kolejnego zamówienia.
Zdjęcia znowu takie sobie, bo skończyłam pod wieczór, a że pogoda dziś marna to i światło kiepskie.
Dodatkowym elementem ozdobnym skrzynki w tym przypadku jest klucz, który pozostał po wymianie drzwi.
A na tej nakleiłam zakupioną dziś terakotę, na zdjęciu troszkę wystaje, ale na żywo ładnie komponuje się z błękitami.
A teraz idę poczytać o uprawach hortensji i szukać w necie nowych odmian:)))
Dobrej nocki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)