czwartek, 26 września 2013

Wiem, wiem....odleciały....

Bociany już odleciały i to jest pewne. Może nie wszystkie, bo zawsze jakieś zostaną, chore, słabe, ale reszta pewno już jest w Afryce, albo już niedługo tam dotrze. Wiecie, że bociany, które u nas wychowują młode przylatują do Polski nawet z RPA? To straszny kawał drogi!!! Podobno w ciągu dnia potrafią przelecieć dystans do 250 km, ale ciekawostką jest, że lecąc do nas wiosną potrafią dziennie "machnąć" nawet  500 km, tak im się śpieszy do zakładania gniazd!!!
W tym roku bociany nie miały szczęścia, młode umierały na gniazdach, atakowały je choroby, ponoć to wina mokrej i zimnej wiosny.  Bywały też inne dramaty.
Podczas wakacji odwiedziłam pewną miejscowość na Mazurach gdzie bocianom udało się wychować młode. I to w jakim miejscu!!!! Warunki miały ekstremalne, gniazdo, jak widać jest szczątkowe. Trudno się dziwić, bo boćki zbudowały je w miejscu bardzo niewygodnym, na wąskiej ścianie kościoła. Część gniazda leżała pod murami, widać strącił je wiatr, a może same boćki?  Jednak opatrzność nad nimi czuwała:) Mam nadzieję, że spacerują teraz sobie gdzieś w ciepłej Afryce, a z wiosną znowu powrócą.






A te, które zostały, mam nadzieję, że trafią do jakichś Państwa "Orczyków", jak w Kajtkowych przygodach................

niedziela, 22 września 2013

Śtöf duy buwła fest! Skumma frmdy gest, Skumma muma ana fettyn, Z' brennia nysła ana epułn, Śtöf duy Jasiu fest!

Sobota rano, otwieram oczęta, o matulu, jak błogo, jest coś koło dziewiątej, a ja nie muszę jeszcze wstać. Jeszcze troszkę poleguję sobie w ciepełku rozmyślając, co by dziś dobrego zrobić do jedzonka, a potem ruszam do kuchni zaparzyć kawę. Chłopaki (Mopek i Wu) dalej sobie pochrapują smacznie. Lubię takie ranki, kiedy nigdzie mi się nie śpieszy i nic nie muszę. 
Kawa już zaparzona, zasiadam w fotelu i włączam TV. Z telewizora zaczyna gadać jakiś młodzian w dziwnym języku, matkozcórką, co to za język? Ni to niemiecki, ni to skandynawski, ni węgierski. W życiu takiego nie słyszałam, a zdaje się, że rzecz dzieje się w Polsce.  Oglądam dalej z coraz większą  ciekawością i za chwilę się wszystko wyjaśnia. A ja pierwszy raz o tym słyszę. Jestem ciekawa, czy Wy wiedzieliście/słyszeliście o Wilamowicach ? 
 Niesamowita historia i jak dobrze, że znalazł się ktoś, kto stara się uratować zwyczaje i przede wszystkim język. A może ktoś tam z Was był, albo  mieszka w okolicy?

Co o Wilamowiacach mówi Wikipedia?
„Mieszkańcy Wilamowic są potomkami osadników z Fryzji i Flandrii, którzy osiedlili się na tych terenach w XIII wieku. Stworzyli wyizolowaną kulturowo społeczność, odrębną również językowo. W 1808 roku wykupili się z poddaństwa a w 1818 wykupili prawa miejskie dla Wilamowic. Do 1945 roku w powszechnym użyciu był język wilamowicki (wymysiöeryś) – archaiczny język (dziś włada nim około 70 osób). Mała społeczność używała również własnego stroju wilamowickiego zawierającego elementy szkockiej kraty, motywy tureckie oraz kwiatowe, wykonane starą metodą klockową. Po II wojnie światowej władze komunistyczne próbowały zatrzeć ślady odrębności kulturowej Wilamowian.

Dziś tradycję kultywuje Regionalny Zespół Pieśni i Tańca "Cepelia Fil Wilamowice" założony w 1987 skupiający młodzież oraz Regionalny Zespół Pieśni i Tańca "Wilamowice" założony w 1948 skupiający kilka pokoleń. Działa także Stowarzyszenie Na Rzecz Zachowania Dziedzictwa Kulturowego Miasta Wilamowice "Wilamowianie", mające na celu ratowanie kultury wilamowickiej”

Film dokumentalny na który przypadkiem trafiłam " Moje Wilamowice" z 2012 roku można obejrzeć na kanale Planet, zachęcam, warto popatrzeć.

A tutaj krótki film znaleziony na jutubie.





Co dzieje się w Wilamowicach można na bieżąco śledzić na faceboku.

I jeszcze jedna stronka, którą warto poczytać:))

A kto udaje się na spocznek wieczorny może paciorek sobie zmówić w języku wilamowskim:)

Ynzer Foter, dü byst ym hymuł,
Daj noma zuł zajn gywajt;
Daj Kyngrajch zuł dö kuma;
Daj wyła zuł zajn ym hymuł an uf der aot;
dos ynzer gywynłichys brut gao yns haojt;
an fercaj yns ynzer siułda,
wi wir aoj fercajn y ynzyn siułdigia;
ny łat yns cyn zynda;
zunder kaonst yns reta fum nistgüta.
[Do Dajs ej z Kyngrajch an dy maocht, ans łaowa uf inda.]
Amen

Ha, jak będę kiedyś w tamtych stronach z pewnością zajrzę do Wilamowic:))

wtorek, 17 września 2013

Co się wydarzyło 17 września?

Ano różnie to bywało. I można  by się było zdziwić jak wiele się tego 17 września wydarzyło.

Wydarzenia w Polsce:

17 września:
1374 – Król Ludwik Węgierski wydał przywilej koszycki dla polskiej szlachty.
1462 – Wojna trzynastoletnia: zwycięstwo wojsk polskich nad krzyżackimi w bitwie pod Świecinem.
1794 – Insurekcja kościuszkowska: zwycięstwo wojsk rosyjskich w bitwie pod Krupczycami.
1894 – Feliks Szlachtowski został prezydentem Krakowa.
1914 – I wojna światowa: wojska rosyjskie rozpoczęły pierwsze oblężenie twierdzy Przemyśl.
1924 – Utworzono Korpus Ochrony Pogranicza.
1931:Rozpoczęto seryjną produkcję samolotu Lublin R.XIII.
W Stoczni Gdynia odbyło się wodowanie pierwszej samodzielnie zaprojektowanej i wykonanej jednostki – stalowej motorówki Samarytanka.
1939 – Kampania wrześniowa:Rozpoczęła się agresja ZSRR na Polskę (o godzinie 3.00 nad ranem).
W wyniku ostrzału artyleryjskiego wybuchł pożar Zamku Królewskiego w Warszawie (ok. godz. 11.00).
Prezydent RP Ignacy Mościcki, Naczelny Wódz marszałek Polski Edward Śmigły-Rydz i premier RP Felicjan Sławoj Składkowski wraz z rządem przekroczyli w późnych godzinach wieczornych granicę z Rumunią, gdzie zostali internowani.
1940 – Około 300 więźniów z Pawiaka zostało rozstrzelanych w Palmirach.
1944 – 48. dzień powstania warszawskiego: walki na Czerniakowie trwające od 13 września stawały się coraz bardziej uciążliwe.
1947 – Krajowy prowidnyk Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Jarosław Staruch został otoczony przez żołnierzy KBW i wysadził się w schronie w lasach pod Lubaczowem.
1963 – 5 osób zginęło podczas lotu testowego samolotu PZL MD-12.
1971:
Premiera komedii filmowej Motodrama w reżyserii Andrzeja Konica.
W Poznaniu odbył się pierwszy występ Kabaretu TEY.
1974 – Podpisano umowę z Fiatem na opracowanie projektu samochodu FSO Polonez.
1978 – Telewizja Polska wyemitowała premierowy odcinek serialu Lalka w reżyserii Ryszarda Bera.
1980 – Powstał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” z Lechem Wałęsą na czele.
1993:
Ostatni żołnierze Północnej Grupy Wojsk opuścili terytorium Polski.
Prochy gen. Władysława Sikorskiego zostały przewiezione z Wielkiej Brytanii i złożone na Wawelu.
1994 – Na antenie TVP2 wyemitowano premierowe wydanie teleturnieju Familiada.
1995 – W Warszawie odsłonięto Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie.
1996 – Wystartowała telewizja HBO.
2005 – Powstała Nonsensopedia.
2007 – Premiera filmu Katyń w reżyserii Andrzeja Wajdy.
2009 – Po przegranych eliminacjach do piłkarskich Mistrzostw Świata w RPA został zdymisjonowany holenderski selekcjoner reprezentacji Polski Leo Beenhakker.
2011 – Prezydent RP Bronisław Komorowski dokonał w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie otwarcia wystawy Pamięć nie dała się zgładzić... poświęconej zbrodni katyńskiej.

Co się wydarzyło w historii 17 września na świecie nie będę Was zamęczać, bo lista jest długa, ale 17 września 1988 roku ( który jest tu bardzo istotny) w Seulu rozpoczęły się XXIV Letnie Igrzyska Olimpijskie. I wiecie, co?  Do dziś nie miałam o tym pojęcia, jak o wielu innych "ważnych wydarzeniach" z tej daty.
 Dla mnie 17 września kojarzy się od zawsze ze zdradzieckim atakiem ZSRR na Polskę. A potem wiadomo, co było dalej. Tak się złożyło, że 17 września to dla mnie dzień szczególny, też niby atak, ale jednak nieco inny.....

25 lat temu była lepsza pogoda.......a dziś były kwiaty.... te, które bardzo lubię i za cholerę nie potrafię zapamiętać ich nazwy.......



Potem były takie, które przywiózł posłaniec........


Ale wcześniej od tych bardziej zapracownaych był torcik i ładna butelka, a od bardziej praktycznych koperta:)))

Dziękuję za pamięć Mamo i Siostrzyczko i Ty Sanyo z Sokołem ( postaram się o ten dobry...s......x, którego życzyliście).
No i cóż  by tu dalej......lata mijają, jak 17 mgnień wiosny, a my dalej młodzi............














niedziela, 15 września 2013

Kiedy mama jest w domu....

Wiosną, kiedy zaczynamy sezon na Mazurach trudno nas zastać w weekend w domu. Dlatego przez lato dom zarasta kurzem, stertami ciuchów i różnymi klamotami. Komu się chce po powrocie z pracy zajmować porządkami. Zwykle robię je tak po wierzchu i na nic mamine musztrowanie w młodości, że sprzątanie to trwać musi cały dzień i najlepiej na kolanach wybierając zapałką wyimaginowane paprochy ze szpar.
Słowem w domu tworzy się przez letni sezon delikatnie mówiąc rozgardiasz,  nie wspomę o przepalonych żarówkach, których nie ma kiedy zmienić (albo się nie chce), oknach tak brudnych, że mało co przez nie widać. To znaczy widać, jakieś przedziwne pejzaże, zacieki i szlaki. Toteż, kiedy nadchodzi już jesień i taki weekend, kiedy nie gna się do Kaczorówki, trzeba zrobić w końcu porządki. A kiedy ta mama, czyli ja, w końcu jest w domu to nawet zaczyna się ruch w kuchni, przy garach oczywiście.
Na pierwszy ogień jednak zawsze idzie pranie, duuużo prania, "dech i mech", jak mawia moja psiapsióła. Piorą się firanki, narzuty, szlafroki i koce. Dobrze, że mam suszarnię, bo inaczej nie byłoby tego gdzie wieszać. Gdybym miała podwórko wisiałoby to wszystko na świeżym powietrzu i schło na wietrze, no ale nie mam, więc dzięki ci spółdzielnio za suszarnie.
Jak prać to prać, wszystko, łącznie z Mopkiem, jest teraz puchaty i pachnący. Maskotka normalnie. Czas już był wielki bo zalatywał mi jakimiś skarpetkami, albo serem, oscypkiem chyba ( takie skojarzenie, a cuchnie najbardziej obroża na kleszcze)
Wu oczyścił okna i jakoś w domu się jaśniej zrobiło, ciekawe, jak dużo światła zabierają takie zapaprane szyby. Żarowki uzupełnione i łazienka wypucowana, a w kuchni......no same pyszności. I nie jest to rosół i kotlet schabowy:))
Dwa dni z rzędu jemy to samo, nieco tylko zmodyfikowane. Wszyscy zgodnie dziś uznali, że takie było pyszne wczoraj to dziś ma być "powtórka z rozrywki". Danie banalne w swojej prostocie i chyba będzie smakować każdemu.



Ja zrobiłam w wersji dla mięsożerców, ale jarosze farsz mięsny mogą zastąpić warzywnym. Na przykład musem brokułowym, albo fasolowym. Danie to robi się szybko i bez zbędnych ceregieli, jest smaczne i wypełnia żołądki na długo. Nie to, co zupa:)) ( Barszcz ukraiński został w niełasce). A robi się je tak.
Ziemniaczki ze skórką gotuje się w osolonej wodzie. Jak już są prawie miękkie odcedzamy i czekamy aż wystygną. Na patelni smażymy mięsko mielone z cebulą, przyprawami, ziołami, czosnkiem, dziś dołożyłam jeszcze fasoli i brokułów. Do tego słoik koncentratu pomidorowego i dla związania wszystkiego, jak ktoś lubi można dać ser. Ja dałałm pleśniowy. Jak się to wszystko usmaży lekko miksujemy. Potem ziemniaczki kładziemy na blaszkę przecięte na pół, a na każdą połówkę kładziemy farsz. Potem to już tylko ciach do piekarnika i zapiekamy. Pod koniec możemy posypać tartym serem, co też zrobiłam, na niektórych ziemniaczkach widać. Do tego robię dip z sera fety z koperkiem albo czosnkiem i jogurtem naturalnym. A potem to już można jeść do rozpuku. Ja piszę teraz post, ale resza leży i trawi:))
Złakniona takiego zwykłego krzątnia się po domu rzuciłam się też na wypieki. I żeby nie było zbyt skomplikowanie to wykorzystałam przepis, który kiedyś na swoim blogu zamieściła Kretowata, pod nazwą "ciasto ekspress".

(przed włożeniem do piekarnika)
 ( już upieczone)

Zmodyfikowałam je jedynie nieco, bo ja wszystko zawsze modyfikuję. Taki defekt mam. Dodałam mianowicie troszkę wiórków kokosowych, cukru waniliowego i wyłowionych z nalewki morelowej połowek moreli. Będzie to ciasto lekko zakropione alkoholem, ale po takim pracowitym weekendzie mi się należy.

Pachnie cudnie tym ciastem w całym domu, właśnie sobie stygnie. Jak domownicy strawią nieco ziemniaczki to zabierzemy się za nie. Druga blaszka pojedzie ze mną jutro do pracy. A co!

Niedziela się kończy, a na mnie czeka jeszcze prasowanie. Lubię tak od razu wyprasować po wysuszeniu, bo jak złożę na stertę to już ta sterta będzie stać o ho, ho........

Pokażę Wam jeszcze skrzynię, którą co prawda robiłam  na Mazurach, ale już w domu lekko polakierowałam i przykręcałam detale. To jedna z tych, które bieliłam pastą wybielającą i czyściłam do upadłego miedzianą szczotką. Ma fajną fakturę, od tego czyszczenia zrobiła się taka "aksamitna" Jest w porównaniu z innymi naprawdę duża i ma  różane motywy. Co z nią zrobię jeszcze nie wiem. Może będzie prezentem, albo gdzieś ją sobie postawię? Najchętnej w sypialni, która miała zmienić swoje oblicze, ale z braku czasu zmieniła tylko połowicznie. Się zobaczy.





A teraz nalewam sobie w szklaneczkę troszkę procentów i udaję się do deski, wypróbowany sposób, z drinkiem prasowanie idzie zupełnie inaczej:))  Nie wierzycie? Wypróbujcie:))

Buziole nie w rosole przesyłam:))

czwartek, 12 września 2013

Bunkier

Regelbau 668 czyli „standaryzowany schron” typu 668 został zaprojektowany około 1942 roku. To był prosty schron dla drużyny  liczącej 9 żołnierzy i dowodzącego nią podoficera. Budowle takie zastosowano masowo przy fortyfikowaniu Wału Atlantyckiego od 1942 roku a następnie w fortyfikacjach wschodnich w 1944 roku, przeważnie w nieco zmniejszonej wersji . Były to typowe schrony bierne o wymiarach 7 m (szerokość), 7,7 m (głębokość), 4,4 m (wysokość). Grubość ścian wewnętrznych wynosiła 1,5 m, wewnętrznych 0,8 m.

 Żeby zbudować taki schron potrzebne było 210 metrów sześciennych betonu, 9,4 ton stali zbrojeniowej oraz 1,7 ton stali profilowanej. Schron był przystosowany do celów wojny przy pomocy środków chemicznych, choć użycie ich pod koniec wojny wydawało się być mało prawdopodobne. Drzwi miały masę około 250 kg, były dwudzielne. Umożliwiało to otworzenie górnej połowy w przypadku częściowego zasypania przedsionka.  Przez następne drzwi pancerne, gazoszczelne przechodziło się do głównego pomieszczenia mieszkalnego gdzie mieściło się  6 do 9 łóżek o , stół i krzesła. Było też miejsce na piecyk grzewczy.
Bunkry tego typu były zazwyczaj zupełnie pokryte ziemią, ponad jej powierzchnię wystawały jedynie  anteny radiostacji.

 Podobno zachowane schrony na Pozycji Szczycieńskiej, zwłaszcza te ukryte w głębokim lesie i oddalone od siedzib ludzkich, były w latach 40-tych i nawet może 50-tych schronieniem różnej maści oddziałów, niedobitków albo zwykłych leśnych bandytów - począwszy od hitlerowskich maruderów i grup Wehrwolfu przez kresowe oddziały AK, także WiN-u, a skończywszy na zwykłych rzezimieszkach, regularnie np. napadających w okresie 45-46 na mazurskie wsie.

I wiecie, co? Taki bunkier jest niedaleko mojej mazurskiej wsi. Eksplorować wnętrza się jakoś nie odważyłam, ( choć ogólnie rzecz biorąc interesują mnie takie obiekty) bo raczej nie lubię miejsc ciemnych i wilgotnych :))
Uwierzyłam na słowo Wu i dziecku mojemu, że w środku jest "syf, kiła, korniki i chujnia z grzybnią". W zasadzie czego spodziewać się innego? Bunkier to punkt zborny wszystkich grzybiarzy. Tu w czasie wysypu grzybów parkuje po kilkanście samochódów na raz. Stąd ludziska rozchodzą się w cztery strony świata w poszukiwaniu grzybnych trofeów, a bunkier skoro jest w zasięgu ręki, ( nogi?) odwiedzają nagminnie. Pytam się tylko czemuż to zostawiają w nim puszki, butelki, torby foliowe i to, co z reguły zostawia się w zgoła innym miejscu?
I tak to, nie nadwarężając nozdrzy, popstrykłam z zewnątrz swego czasu fotki tego reliktu czasów II wojny światowej, zagubionemu pośród mazurskich ostępów.






Zachowały się jeszcze 2 kochy (jednoosobowe stanowiska strzelnicze)



Nie wiem, czy powinny lub czy były jeszcze inne kochy. Gdyby we wsi mieszkali jeszcze ludzie pamiętający te czasy mogłabym zapytać, ale niestety chyba nie ma już nikogo i chyba juz nigdy nie dowiem się, jak ów bunkier był wykorzystywany w czasie II wojny lub tuż po niej.........

Szkoda.....

wtorek, 10 września 2013

Chciałam donieść....

że idzie jesień.......Już widać, już czuć. Jezioro spokojne i ciche, bujna dotąd zieleń jakoś ściemniała, zszarzała i oklapła. Do karmnika  nie przychodzą dzwońce ani sójki, zostały tylko sikorki i dzięcioły. Te z banerka to fotki sprzed tygodnia. Pojawiła się za to wiewiórka, szkoda, że nie miałam aparatu przy porannej kawie w ogródku, bo zwiedzała dach chałupki (najpierw kowalik teraz ta ) i tak ciekawsko na nas z góry spoglądała. To chyba ona wyniosła z karmnika żołędzie, ale nie przyłapałam na gorącym uczynku. Noce są czarne jak smoła i zimne, jak diabli, a ranki skąpane w rosie. Jest jej tak dużo, że rankiem kapie z drzew niczym deszcz. Do południa bez gumiaków nie da rady wyjść z domu. Zaczyna się jesienny spektakl, rozpięte pajęczyny pokryte rosą wyglądają, jak drogocenna materia. Brzozy zaczynają gubić listki, a wrzosy o dziwo już przekwitają. Słoneczniki pełne ziaren wystawiają się na pożarcie ptakom, a dzikie róże aż kipią od czerwieni owoców.To wszystko oznacza, że nadchodzi czas pożegnania się na kilka miesięcy z Mazurami. Trudno będzie, oj trudno to znieść. Całe szczęście, że mamy tysiące zdjęć, będzie, co wspominać:))
Kormoranów gonić nie będę, ale jak nie zapodać Szczepanika na taką okoliczność?



Jak nie zrobić parę wianków, tych ostatnich, jesiennych?





P.S.
Ale życie na wsi toczy się dalej swoim rytmem, niezmiennym, ktoś komuś ukradł samochód w sąsiedniej wsi i rozbił na drodze, ktoś inny rozbił inny samochód, co akurat  nie jest taką znowu dużą stratą, bo jak się jeździ bez prawka i na dwóch gazach ......dobrze, że choć swój......czyli "na wsi" bez zmian, to tylko w przyrodzie zmiany zachodzą.......

poniedziałek, 9 września 2013

Troszkę Was wkurze?

Kto by się spodziewał że mały poranny spacerek zakończy się właśnie tak.........

P.S. jesień na mazurach jest śliczna.... buziaczki ślę:)

środa, 4 września 2013

Post specjalny dla Hany, Kretowatej, Miki i reszty co tu zagląda:))))

Nie ma jak to powspominać stare czasy, a jak najlepiej? Czasem wystarczy posłuchać muzyki z dawnych lat, a jak się da jeszcze obejrzeć wykonawców to już poprawa humoru gwarantowana. Ludzie, jak ten świat się zmienił!!!! Kto nie wierzy niech obejrzy z uwagą te filmiki, wpierw niech jednak zadba o to, aby majtek nie zmoczyć. Szczególnie polecam filmik nr 2 Ramaya, należy wsłuchać się w tekst nie przerywając oglądania. Słuchać należy głośno. Polecam również poniższe kawałki zapuścić sobie przy okazji najbliższego gruntownego sprzątania, sukces murowany.Sprzątanie odbędzie się migiem i w dobrym nastroju. Choć nie ma szczególnej okazji to Wasze zdrówko dziewczyny i miłego słuchania i oglądania:)))




wtorek, 3 września 2013

Kto dziurawi dach?

Jak mi się kiedyś dach zawali na głowę to pierwszym podejrzanym jest ON. Przyłapałam drania na gorącym uczynku.
Zanim to jednak nastąpiło długo się zastanawiałam, kto mi bladym świtem stuka po dachu. Pierwszym podejrzanym był Łudi, ten to ma zwyczaj walenia dziobem w co popadnie, rozkuwa otwory wejściowe budek lęgowych, opukuje każde drzewo po kolei, nawet stuka w przygotowane słupki do ogrodzenia. Tylko po co miałby mi walić po dachu? Toż to zwykła, paskudna i nie do zjedzenia papa dachowa!!!
 Drugimi podejrzanymi były sójki, ale po bliższym zapoznaniu się z ich zwyczajami ta teoria odpadła. Sójkom  nie chce się walić dziobem w poszukiwaniu jedzenia, one wolą gotowca, ot ukraść kawał chleba ze stołu, albo buszować w kompostowniku.
Sikorki są za małe, a pleszki jedzą owady. No to, co u licha tak stuka i stuka? Zagadka rozwiązała się sama i oto jest ON, winowajca stuków i puków dachowych.

Podejrzałam, że chomikuje w szparach na dachu ziarna wyniesione z karmnika, a potem zasiada i swoim długim dziobkiem wyjada zapasy. 
Czasem  w taki sam wykorzystuje korę na drzewach. Po prostu pod odstającą korę upycha nasiona, a potem je wyjada. Często robi to zwieszony głową w dół, co jest charakterystyczne dla kowalika. Inne ptaki tak nie potrafią.

Kowalik jest żarłoczy i szybki,  inne ptaki przychodzące do karminika ustępują mu miejsca.
Z reguły w karmniku żeruje sam, a reszta wypłoszonego ptactwa wyczekuje na pobliskich gałązkach.  kowalik wyciąga długim dziobem zaiarenka i jak nagle przyleciła tak szybko znika...... jak się okazuje na moim dachu:)

Najmniej strachu przed nim okazują dzwońce, ale one to takie trochę ociężałe i powolne są. 
Zobacie, jakie kowalik ma szpony. To właśnie nimi dobrze trzyma się drzewa i może tak po pniu wędrować głową w dół.

P.S.

Przypomniało mi się dziś, że dawno nie jadłam barszczu ukraińskiego. Mówię Wam pychota mi wyszła!! Jak się komuś zapomniało, że istnieje taka zupa, zachęcam do ugotowania na jutrzejszy obiadek:))

To, co ?  Następnym razem może być o sikorkach?

poniedziałek, 2 września 2013

Jak się komuś chce...

to może sobie obejrzeć pasjonujący film przyrodniczy, który własną ręką nakręciłam, a potem kilkając na oślep na jutubie, go opublikowałam i nawet ponoć usunęłam drganie obrazu. Z dźwiękiem nie odważyłam się już eksperymentować, ani też nie podjęłam ryzyka edycji mojego dzieła, bo po drodze jeszcze włączyłam jakieś google plus, co dało efekt nieoczekiwany w postaci zmiany wyglądu ( interfejsa?), więc dłubiąc koleje pół godziny pośpiesznie się z tych ustawień wycofałam ( sama nie wiem jak) do znanego mi i bezpiecznego wyglądu jutuba. Ufff, po co to wszystko takie jest skomplikowane? A ja Wam tylko chciałam pokazać, jak dzwoniec z dzięciołem obiad jedli. To tak dla kontynuacji moich ornitologicznych obserwacji miało być. W tle poszczekuje nasz pies obronny, dzwoniec ma to w dziobie, bo wyżerki nie przerywa. Widać dokładnie, jak przegania innych głodnych stołowników przybierając przerażające pozy. Ustępuje jedynie większemu, w tym przypadku dzięciołowi, zwanego pieszczotliwie Łudy ( że niby Woody). Sama nie wiem, czy jest to zawsze ten sam dzięcioł czy też za każdym razem inny. 




Dzięki tym podglądaniom odkrywam, że mój aparat ma duuuuużo różnych funkcji i lata świetlne miną zanim rozkmninię, który guziczek do czego służy.
Już wiem, że do zrobienia dobrych zdjęć potrzebny jest statyw, nawet mam, ale ze statywem to jakoś refleksu nie mam, a bez statywu zdjęcia wychodzą mi poruszone. No dobra, coś widać, za to, jakie czasem fajne sytuacje można cyknąć. Choćby takie......




Główny bohater filmowy, imć dzwoniec, zapchany ziarnem....

 Chwila nieuwagi a już ma towarzystwo......

Sikora prawie mu na głowę włazi, bo z pobliskich gałęzi nadchodzi wsparcie......


które ląduje obok........

 Jeszcze nie reaguje agresją, bo dziób pełny.......


Nawet wygląda na zdziwionego......


ale to tylko fotki, bo na filmie dokładnie widać, jak się rozprawia z konkurencją, do czasu.......bo nadlatuje Łudi, który na moment wypłasza skrzydlatych stołówników......


No tak to było w tym odcinku. Fotek mam tyle, że jeszcze odcinki mogą nowe powstwać, mogą być dla odmiany sikory przy stole, sikory na popijawie, wieża Babel na słoneczniku, słowem szykuje się tasiemiec niczym Dynastia. Tylko, czy Wy to zniesiecie?

Buziaczki we wsie strony świata przesyłam i witam cieplutko nowych obserwatorów:))


P.S.
Co to ja miałam dzisiejszego wieczora robić? Hmmmmm, już wiem, wyjąć z pralki ( wyprało się  godziny temu) wyprasować, a potem poczytać.......no to chyba już pójdę.........

niedziela, 1 września 2013

Nie powinnam.....

Nie powinnam teraz siedzieć na Waszych blogach i tu skrobać, bo dopiero zjechałam z mazurskiej krainy i należałoby się zdziebko odgruzować, ale pokusa była silniejsza. No i u Kreta na blogu napisłam, że pokażę zbiory grzybowe....
Bo grzyby się pojawiły i jeśli jeszcze nie masowo to w całkiem przyzwoitej ilości. Musiały pojawić się dopiero co, bo w lesie jeszcze niewielu grzybiarzy, ot tyle, co miejscowi i tacy zapóźnieni działkowiecze jak my. Ogólnie Mazury już opustoszały, turystów już malutko, jezioro puste i ciche, a droga powrotna to była bajka, ruch niewielki i dało się przelecieć w trzy godzinki.

Na grzyby z reguły chodzę tak przy okazji spacerów, czyli wzdłuż drogi. Pazerna nie jestem, to tyle, co znajdę przy drodze też mi wystarczy. W końcu nie samym grzybem człowiek żyje.

Tym razem jednak coś mnie goniło do lasu, na przełaj, po krzakach, rana doczekać nie mogłam, żeby już lecieć.
Uzbrojona w wiadro, okulary na dal i buty gumowe ruszyłam,  a za mną z miną cierpiętnika  Wu ciągnący Mopa na smyczy. Z psem to żadne zbieranie grzybów, szczególnie z moim psem. Ten osioł spuszczony ze smyczy gna przed siebie głuchnąc na wołanie, zaś wisząc na smyczy potrafi się zawiesić z nosem wciśniętym w jakieś trawy i tak niuchać z 10 minut, czym wyprowadza z równowagi prowadzącego go na smyczy. Tym razem był to Wu, bo ja miałam zbierać grzyby.
Zaraz za chałupą na wejściu do lasu, przy samiuśkiej drodze bęc........

sześciopak, ślicznych czerwonych koźlaków.....


Już nie było siły mnie powstrzymać, przed skokiem w krzaczory,  taka zachęta!!! Jeszcze tylko zdążyłam na drodze wnerwić sąsiadów wracających z lasu z dwoma wiadrami  podgrzybków, ale nie mieli takich ślicznych czerwonych....

I borowików takowych, później znalezionych też nie......


Krążenia po lesie nie będę opisywać, bo było dość chaotyczne i musiałabym słów brzydkich używać powtarzając Wu strofującego bez przerwy naszego głupiutkiego psa. Bo nasz piesek jest kanapowym słodziakiem, zaś na spacerze bywa upierdliwy do bółu. Że zawiesza  się nad byle trawką,  już pisałałam, za to, jak człowiek chce chwilę postać, ( a Wu musiał czasem na mnie czekać) to ta mała pierdołka piszczy, jęczy i ciągnie do przodu.

Koniec końców zbiory były pierwszego dnia takie:


Dzisiejszych już nie sfociłam, bo dziś udaliśmy się już bez psiego towarzystwa i nazbieraliśmy na tyle dużo, że należało się śpieszyć z obieraniem, żeby na czas w drogę powrotną wyruszyć. Właśnie teraz grzyby się suszą w suszarce.

Przy okazji spotkałam takiego witrażowego grzybka, jadalny to on raczej nie jest, ale że ciekawie wyglądał to go sfociłam i ostawiłam w spokoju, szczególnie, że wyrastał z jakiejś kupy.


Jagodowa nalewka prawie, że "doszła", ma cudny kolor i ciekawy smak, dziwne, że z posmakiem czekoladowym, tak ocenił Wu. Rozlanie do butelek dopiero nastąpi, to zaś pokażę. Rozochocona tym jagodowym eksperymentem nabyłam pół litra czystej, nazbierałam dojrzałych i ostanich już borówek i nastawiłam nalewkę borówkową. Jestem ciekawa, co z tego wyjdzie, ale przecież jest wódka o smaku żurawinowym to borówkowa nalewka nie powinna być gorsza.


Na koniec pokażę, jaki kącik sypialniany zrobiłam moim dzieciakom. Górka to jedno pomieszczenie, ale żeby było intymniej każdemu to tak ulokowałam miejsca do spania, że każdy ma swój kącik.


W glinianym garnku, których mam kilka i które bardzo lubię włożyłam moje własne hortensje, takie mi w tym roku wielkie wyrosły, za co im jestem bezgranicznie wdzięczna. Drugi buket już innego gatunku przyjechał zdobić "czerwony październik".

A teraz spadam, odgruzować się i mentalnie przygotować na poniedziałek. A kto ma w rodzinie Stefana lub Stefanię niech nie zapomni, że dziś świętują.