Dawno, dawno temu, kiedy Mnemo była młoda, piękna i kiepsko orientowała się w okolicy podwarszawskiej, Wu zapakował do Fiata 125p, koloru kość słoniowa, wspomnianą kiepsko orientującą się Mnemo, małoletniego bardzo Młodego i powiózł na wycieczkę.
Krajoznawczą.
Kierował się na północny-zachód, w kierunku Żelazowej Woli, z nadzieją, że natknie się jakimś cudem na miejscowość, o której słyszał, że zaszyta w lasach, w sam raz na niedzielny spacer.
W miejscowości tej miał być nie tylko las, puszcza nawet, ale muzeum i skansen.
Atrakcja, dla Mnemo szczególnie, uwięzionej w blokowisku od niedawna i tęskniącej za przyrodą.
Dla Młodego, jak się potem okazało, atrakcji żadnej nie było, bo nóżki bolały i nudno było w tym lesie.
Jechali, jechali, aż dojechali do Żelazowej Woli i uznawszy, że dalej chyba nie warto, zatrzymali się na parkingu przed dworkiem Fryderyka Chopina.
Trzeba się zapytać parkingowej obsługi, gdzie ta wieś - mruknął Wu.
Ano trzeba, bąknęła Mnemo i ruszyła w kierunku kobiety sprzedającej bilety parkingowe.
Przepraszam, zagadnęła Mnemo,
nie wie Pani czy daleko stąd do Granicy?
Oczy kobiety zrobiły się okrągłe ze zdziwienia, potem szczęka się jej lekko obsunęła w kierunku dekoltu, a potem z wahaniem zapytała.
Ale do, której?
Wschodniej, czy zachodniej?
Nie wiem, co sobie kobieta pomyślała, ale biorąc pod uwagę fakt, że znajdowaliśmy się w okolicach Sochaczewa, a ten mniej więcej prawie na środku Polski, musiała pomyśleć, żeśmy nieźle zabłądzili:)
Szybko jednak wyjaśniliśmy, że nie o granicę państwową nam chodzi, jeno tą w Puszczy Kampinoskiej, gdzie szlaki turystyczne są, skansen i muzeum leśnictwa.
Okazało się, że to kilka kilometrów nazad w kierunku Warszawy. Niezwłocznie wsiedliśmy w naszą kość słoniową 125p i pomknęliśmy w kierunku kniei.
Rzuciliśmy jeszcze okiem na siedlisko Chopinów, obiecując sobie, że tu też zajrzymy, ale to dopiero, jak Młody trochę wyrośnie, bo po słynnej wycieczce po Zamku Królewskim w Warszawie, wstydziliśmy się go na razie zabierać do czegokolwiek, co bryłą i wystrojem przypominało "kościółek".
Młody odmawiał wejścia do takich przybytków rycząc w niebogłosy, że "on nie chce do tego kościółka", a zmuszony przemieszczał się po lśniących parkietach zamiast na nogach to na czterech literach, albo kolanach, przyprawiając mnie o nerwicę i pąsy na twarzy, za tak "niewychowane" dziecko.
Lata mijały, szybko jakoś, zapomnieliśmy, że Żelazowa Wola na nas wciąż czeka.
Do wczoraj.
Bo Mnemo zaordynowała z rana, jest słońce, jest ciepło, nie na Mazury, to chociaż do Żelazowej Woli.
I pojechaliśmy:)
Dzionek był cudny, słoneczny, bezwietrzny, taki, w którym czuć, że wiosna czeka za rogatkami.
I wiosna czekała w pałacowym ogrodzie w postaci ciemiernika z wezbranymi pąkami kwiatowymi. Choć może ciemiernik nie jest typowym zwiastunem wiosny, bo potrafi zakwitnąć też w grudniu.
Liczy się jednak fakt, że znaleźliśmy roślinę, która jest zielona i szykuje się do kwitnięcia.
Wiosnę też było widać na drzewie tulipanowca ( tak podejrzewam) jego wezbrane, mechate pąki, pięknie prezentowały się w słońcu.
Tuż koło tego tulipanowca mijaliśmy rodzinkę.
Mamę z dwojgiem kilkuletnich dzieci.Taty nie zauważyłam.
Jedno z nich, mały chłopczyk, podnosząc z alejki zeszłoroczny owoc kasztanowca, zawołał
Mamo, mamo, mogę zasadzić w domu kasztana?
Nie- odparła zwięźle mama.
Gupia baba, pomyślałam sobie, a Wu nachyliwszy się do mnie mruknął
"gupia baba".
Nie ma to, jak zgodność małżeńska:)
Wędrując dalej natknęłam się na pięknego oczara pokrytego czerwonawym kwieciem. To też żaden zwiastu wiosny, bo upodobał sobie zimę na porę kwitnienia, ale sam fakt, zobaczenia kwiatów na krzewie przywodzi myśli o wiośnie.
Dworek w sobotę jest niezwiedzalny niestety i o tym trzeba pamiętać wybierając się na wycieczkę do Żelazowej Woli.
Za to po parku można krążyć do woli i to na dodatek za darmo, za wstęp nie pobierają opłaty.
Ten dzierzbowaty ptaszek wycinał iście wiosenne trele, co widać na zdjęciu. Nie darmo ma tak dziobek rozwarty.
Przy okazji widać, że kasztanowce też zaczynają puchnąć w pąkach i błyszczeć się od wzbierających soków.
Do Granicy też pojechaliśmy, ale o tym to kolejnym razem.
Podyskutujemy wtedy o antropopresji, czy jakoś tak:)