Już od tygodni nie dane jest mi zrobić zdjęć w dziennym świetle. To jakaś paranoja, co się z tym czasem dzieje? Mój to chyba pędzi 10 razy szybciej. Chyba zamieszczę ogłoszenie na Gumtree "przyjmę za darmo trochę wolnego czasu" nie ma innej rady. Troszkę posiedziałam przy "warsztacie" i zrobiłam kilka skrzynek, głównie w środku nocy, by rano wstać jak zombi i powlec się do pracy. Wczoraj w pędzie fotnęłam te moje prace, ale odbyło się to wszystko między wpadnięciem do domu z pracy, a wyjazdem z psiakiem do fryzjera. Ręce mi się trzęsły z pośpiechu, bo przecież godzina umówiona,a o tej porze przejazd 15 kilometrów to minimum 45 minut, oczywiście korki jak jasna......No i po zgraniu zdjęć okazało się, że i tak wszystkie do kitu. Trzeba powtórzyć. Na siłę wybrałam jedno takie z kurą, bo skrzyneczka będzie prezentem i nie zagości długo u mnie. No i drugie późnym wieczorem przy czytaniu Waszych blogów w towarzystwie mojego ogolonego dopiero co pieska. Mój piesek jak zasiadam do kompa natychmiast włazi na mnie i robi sobie ze mnie kanapę, wie, że przez jakiś czas pańcia będzie unieruchomiona i można się w końcu nacieszyć jej obecnością. Drugi etap cieszenia się pańcią jest już w łóżku, bo przyznam się, że sypiam z psem :) Dobrze, że jutro weekend to może w końcu zrobię te zdjęcia. Pokażę też co upolowałam w "tanim armanim", gdzie zaprowadziła mnie przyjaciółka. Polowałyśmy na koronki, serwetki i firanki pod kątem wystroju Kaczorówki. Teraz zmykam wyrabiać ciasto na chlebek i w końcu muszę wyprać te stosy prania, które udawałam przez tydzień, że nie widzę.... jakoś nie chciały się wyprać same.
Dobrej nocki wszystkim życzę:)
piątek, 30 marca 2012
wtorek, 27 marca 2012
O tym jaka mnie czasami złość ogarnia, znalezisku i byle jakich zdjęciach
Czasem jestem zła, naprawdę zła, a wcale bym nie chciała. A zaczęło się tak. Ze względu na chroniczny brak czasu, aby zająć się własnymi przyjemnościami czytaj dłubaniem w skrzynkach i takich tam "głupotach") postanowiłam wygospodarować sobie dzisiaj troszkę wolnego czasu, aby usiąść i dokończyć moich ostatnich "skrzynkowych" dzieł, zrobić zdjęcia, bo w końcu słońce zachodzi później niż wracam z pracy, poczytać Wasze blogi. W ramach zaoszczędzenia czasu NIE UGOTOWAŁAM OBIADU I UDAŁAM, ŻE NIE WIDZĘ STOSU PRANIA!!! Nakarmiłam rodzinę bułkami, psa puszką i pełna optymizmu zasiadłam do warsztatu. Nagle dzyń, dzyń dzwonek do drzwi.....Dalej już nic nie odbyło się zgodnie z planami..... odpowiedziałam na "tysiąc pytań, " w stylu, a kiedy?, a po co? a jak?, wysłuchałam też troszkę pasjonujących opowieści rodem z poczekalni u lekarza po raz enty), w tym czasie słonko zachodziło i szlag trafił możliwość zrobienia w końcu przyzwoitych zdjęć. Przebierając nogami nieśmiało bąknęłam, że muszę skończyć pewne detale na pracach bo słońce mi zachodzi, a ja przecież ślepa mocno i znowu coś krzywo albo nierówno.......A jak zamknęłam drzwi po niezapowiedzianej wizycie zaraz mnie dopadły wyrzuty sumienia, że jestem taka niedobra i niegościnna na dodatek. I w końcu nie wiem, czy jestem teraz zła, że nie dane mi było zrobić tego, co zaplanowałam, czy dlatego, że okazałam się nie dość gościnna!!! Wrrrrrrrrrrrrr!!!!!
Dlatego pokażę Wam dziś dwa kiepskie zdjęcia: jedno mojego znaleziska sprzed kilku tygodni, a drugiego skrzyneczki, która dawno zrobiona czekała na możliwość cyknięcia jej w dobrym świetle. Jak wiadomo z niniejszej opowieści się nie doczekała!!!! Ze znaleziskiem było tak. Wybrałam się z psiną, niedzielnym popołudniem na spacer, ku uciesze drugiej połówki, który ciągle mi wypomina, że pies mój a spacery jego. Widocznie los mi wynagrodził mój nagły zryw wyręczenia udręczonego spacerami męża, bo tuż pod domem, między drzewami dojrzałam leżący dziwny kształt. Ze względu na moje zbieraczo-szperacze przyzwyczajenia postanowiłam przyjrzeć się "rzeczy z bliska", bo jak wiadomo wzrok już nie ten. Wszak dzierlatką już nie jestem, więc pretensji, że wzrok się sypie mieć nie powinnam. Podchodzę do onej rzeczy bliżej i oczom nie wierzę! Leży na ziemi zegar, podnoszę oglądam, cały, oglądam dalej i doczytuję, że wyprodukowano w CCCP, stwierdzam, że brak mu klucza, bo to zegar na oko 30 -letni, wiec nakręcany kluczem. Ucieszyłam się, że taki fajny i pomaszerowałam z zegarem pod pachą opróżnić psi pęcherz. A potem oddałam zegar w dobre ręce zaprzyjaźnionego zegarmistrza, który zajrzał zegarowi do wnętrzności i stwierdził, że zegar ma rzeczywiście ze 30 lat, a dolega mu tylko brak klucza. Dostałam, więc taki klucz i dzisiaj radziecki relikt przeszłości stoi sobie na szafce w paradnym miejscu i wkurza mojego męża swoim, cyk, cyk , cyk, cyk, cyk ....
A oto moje trofeum.
A skrzyneczka wyszła tak, choć zdjęciu daleko do przyzwoitości nawet. Zrobiłam nawet szablon z przodu, ale guzik go widać.
Pozdrawiam wszystkie złe i niezadowolone dzisiaj kobietki, łączę się z Wami w złości:)
Dlatego pokażę Wam dziś dwa kiepskie zdjęcia: jedno mojego znaleziska sprzed kilku tygodni, a drugiego skrzyneczki, która dawno zrobiona czekała na możliwość cyknięcia jej w dobrym świetle. Jak wiadomo z niniejszej opowieści się nie doczekała!!!! Ze znaleziskiem było tak. Wybrałam się z psiną, niedzielnym popołudniem na spacer, ku uciesze drugiej połówki, który ciągle mi wypomina, że pies mój a spacery jego. Widocznie los mi wynagrodził mój nagły zryw wyręczenia udręczonego spacerami męża, bo tuż pod domem, między drzewami dojrzałam leżący dziwny kształt. Ze względu na moje zbieraczo-szperacze przyzwyczajenia postanowiłam przyjrzeć się "rzeczy z bliska", bo jak wiadomo wzrok już nie ten. Wszak dzierlatką już nie jestem, więc pretensji, że wzrok się sypie mieć nie powinnam. Podchodzę do onej rzeczy bliżej i oczom nie wierzę! Leży na ziemi zegar, podnoszę oglądam, cały, oglądam dalej i doczytuję, że wyprodukowano w CCCP, stwierdzam, że brak mu klucza, bo to zegar na oko 30 -letni, wiec nakręcany kluczem. Ucieszyłam się, że taki fajny i pomaszerowałam z zegarem pod pachą opróżnić psi pęcherz. A potem oddałam zegar w dobre ręce zaprzyjaźnionego zegarmistrza, który zajrzał zegarowi do wnętrzności i stwierdził, że zegar ma rzeczywiście ze 30 lat, a dolega mu tylko brak klucza. Dostałam, więc taki klucz i dzisiaj radziecki relikt przeszłości stoi sobie na szafce w paradnym miejscu i wkurza mojego męża swoim, cyk, cyk , cyk, cyk, cyk ....
A oto moje trofeum.
A skrzyneczka wyszła tak, choć zdjęciu daleko do przyzwoitości nawet. Zrobiłam nawet szablon z przodu, ale guzik go widać.
Pozdrawiam wszystkie złe i niezadowolone dzisiaj kobietki, łączę się z Wami w złości:)
poniedziałek, 26 marca 2012
Kolejny desant na Kaczorówkę
Niestety, choć zarzekałam się, że kolejna wizyta w Kaczorówce odbędzie dopiero jak wiosna zagości tam na dobre, nie wytrzymałam. TVN Meteo zachęcała, że będzie pięknie, więc spakowawszy walizy ruszyliśmy z samego rana, wiedzeni przeczuciem, że to będzie wspaniały weekend. Po drodze widzieliśmy BOCIANA!!, co dobrze wróżyło.
Po przyjeździe na miejsce wielkie zaskoczenie, nasza wioseczka przywitała nas okopami i oblężeniem. Mimo próby przedarcia się przez umocnienia, musieliśmy porzucić nasz pojazd pod płotem przy skrzyżowaniu, gdzie odchodzi droga nad jezioro i z podwiniętymi ogonami, taszcząc walizy, poczłapać piechotą ostatnie 200 metrów do Kaczorówki. Wszystko to z powodu prowadzonej z typowo mazurskim rozmachem budowy wodociągu, w ramach której okopano nas dokładnie ze wszystkich stron. Dzięki gościnności sąsiadów udało nam się przetrwać bez strat w ludziach, zarówno oblężenie naszej twierdzy jak i nocny przymrozek.( TVN Meteo kłamie?) Przez 2 dni wydrapaliśmy do gołej ziemi i wylizaliśmy na gładko większość działkowego metrażu z" milionów, a może nawet tuzinów" sosnowych igieł, spaliwszy je w ognisku, które dawało przyjemne ciepełko i można było podgrzać co rusz inne części ciała. Przycięłam krzaczki, wygrabiłam zeszłoroczne liście na rabatkach, pod którymi w końcu dojrzałam pierwsze oznaki wiosny. Z ziemi wychylają się nieśmiało tulipany i hiacynty. Przekopałam zagonek na zioła, zostawiłam tylko pietruszkę bo wypuszcza całkiem zdrowo wyglądającą natkę. Zazieleniły się też rozchodniki, a sikorki jak oszalałe oglądały domki lęgowe, wyśpiewując we wszystkich możliwych tonacjach. W nagrodę za pracowitość dostały jeszcze jedną budkę i teraz razem mają do dyspozycji ich sześć. Podczas porządkowania skalnika spotkałam leniwie pełzającego żuczka i ślicznym seledynowym obramowaniu na pancerzu. Bagienko już odmarzło, więc mogłam zabrać znaleziony tam poprzedniej wizyty garnek. Okazało się, że dno mu odpadło, ale co tam posłuży jako doniczka. W tym szale porządkowania nawet mało zdjęć zrobiłam, bo nagle słońce zaszło, zrobiło się zimno jak diabli i trzeba się było schronić do Kaczorówki i zapalić.... świeczki.
Następnego dnia aura zafundowała nam wicher, który przeszywał do szpiku kości, ale co tam trzeba było dokończyć rozpoczęte porządki. Po kilku godzinach biegania z grabiami i walce z wiatrem powiedziałam dość!! Nie cierpię wiatru!!! Dobrze, że za płotem mamy przyjazne dusze, które nas zgarnęły do cieplutkiego domku, dały jeść i pić i ukoiły stargane wiatrem nerwy miłą rozmową na tematy różniste. W drodze powrotnej, mimo hulającego wiatru postanowiliśmy jeszcze obejrzeć stary ewangelicki cmentarz, relacja z oględzin tu: http://mnemosyne-ocalicodzapomnienia.blogspot.com/
Troszkę zaniedbałam pokazywanie moich prac, ale spokojnie, coś tam robię i niebawem pokażę.
Pozdrawiam wszystkie zapracowane przedświątecznie i wiosennie blogowiczki.
Okopy na naszej drodze, w zamian w lipcu woda poleci nam z kranu:)
Posadzone jesienią tulipanki botaniczne wyłoniły się ziemi.
Wieczór przy świecach.
Sypialnia na poddaszu.
Garnek zdobyczny.
Jedno z ustrojstw ogrodowych, zardzewiałe klucze na starych belkach w ogrodzie.
Tulipany i budzące się do życia rozchodniki.
Obudzony z zimowego snu "ktoś"
Po przyjeździe na miejsce wielkie zaskoczenie, nasza wioseczka przywitała nas okopami i oblężeniem. Mimo próby przedarcia się przez umocnienia, musieliśmy porzucić nasz pojazd pod płotem przy skrzyżowaniu, gdzie odchodzi droga nad jezioro i z podwiniętymi ogonami, taszcząc walizy, poczłapać piechotą ostatnie 200 metrów do Kaczorówki. Wszystko to z powodu prowadzonej z typowo mazurskim rozmachem budowy wodociągu, w ramach której okopano nas dokładnie ze wszystkich stron. Dzięki gościnności sąsiadów udało nam się przetrwać bez strat w ludziach, zarówno oblężenie naszej twierdzy jak i nocny przymrozek.( TVN Meteo kłamie?) Przez 2 dni wydrapaliśmy do gołej ziemi i wylizaliśmy na gładko większość działkowego metrażu z" milionów, a może nawet tuzinów" sosnowych igieł, spaliwszy je w ognisku, które dawało przyjemne ciepełko i można było podgrzać co rusz inne części ciała. Przycięłam krzaczki, wygrabiłam zeszłoroczne liście na rabatkach, pod którymi w końcu dojrzałam pierwsze oznaki wiosny. Z ziemi wychylają się nieśmiało tulipany i hiacynty. Przekopałam zagonek na zioła, zostawiłam tylko pietruszkę bo wypuszcza całkiem zdrowo wyglądającą natkę. Zazieleniły się też rozchodniki, a sikorki jak oszalałe oglądały domki lęgowe, wyśpiewując we wszystkich możliwych tonacjach. W nagrodę za pracowitość dostały jeszcze jedną budkę i teraz razem mają do dyspozycji ich sześć. Podczas porządkowania skalnika spotkałam leniwie pełzającego żuczka i ślicznym seledynowym obramowaniu na pancerzu. Bagienko już odmarzło, więc mogłam zabrać znaleziony tam poprzedniej wizyty garnek. Okazało się, że dno mu odpadło, ale co tam posłuży jako doniczka. W tym szale porządkowania nawet mało zdjęć zrobiłam, bo nagle słońce zaszło, zrobiło się zimno jak diabli i trzeba się było schronić do Kaczorówki i zapalić.... świeczki.
Następnego dnia aura zafundowała nam wicher, który przeszywał do szpiku kości, ale co tam trzeba było dokończyć rozpoczęte porządki. Po kilku godzinach biegania z grabiami i walce z wiatrem powiedziałam dość!! Nie cierpię wiatru!!! Dobrze, że za płotem mamy przyjazne dusze, które nas zgarnęły do cieplutkiego domku, dały jeść i pić i ukoiły stargane wiatrem nerwy miłą rozmową na tematy różniste. W drodze powrotnej, mimo hulającego wiatru postanowiliśmy jeszcze obejrzeć stary ewangelicki cmentarz, relacja z oględzin tu: http://mnemosyne-ocalicodzapomnienia.blogspot.com/
Troszkę zaniedbałam pokazywanie moich prac, ale spokojnie, coś tam robię i niebawem pokażę.
Pozdrawiam wszystkie zapracowane przedświątecznie i wiosennie blogowiczki.
Okopy na naszej drodze, w zamian w lipcu woda poleci nam z kranu:)
Posadzone jesienią tulipanki botaniczne wyłoniły się ziemi.
Wieczór przy świecach.
Sypialnia na poddaszu.
Garnek zdobyczny.
Jedno z ustrojstw ogrodowych, zardzewiałe klucze na starych belkach w ogrodzie.
Tulipany i budzące się do życia rozchodniki.
Obudzony z zimowego snu "ktoś"
środa, 14 marca 2012
A latem będzie tak!
Zawiedziona brakiem oznak nadejścia wiosny po ostatniej wizycie w Kaczorówce poszperałam w archiwum i odnalazłam zdjęcia robione latem, kiedy to mimo braku wody, udało mi się wyhodować prawdziwe kwiatowe piękności na moim ugorze. Dzięki tym zdjęciom wstąpiła we mnie wiara, że ta szarość i burość nie będzie trwać wiecznie. Jeszcze troszkę poczekam i znów będzie można cieszyć oczy kolorami.
poniedziałek, 12 marca 2012
Skrzyneczkowy szał
Mam wrażenie, że wpadłam w skrzyneczkowy szał, bo kolejna już gotowa i jeszcze następna prawie, prawie też. Pomyślałam jednak sobie, że na co dzień tylu rzeczy sobie odmawiam to w kwestii mojego szaleństwa decu niczego odmawiać sobie nie będę. No i co z tego, że to kolejna skrzyneczka? Lubię je robić i będę, aż mi się nie znudzą, albo nie dostanę innego szału. No to wrzucam kolejną skrzyneczkę, i obym nie znudziła tą monotonią tu zaglądających. A i jeszcze jedno do ozdobienia dolnej części skrzynki użyłam pierwszy raz szablonu. W środku zaś wydawało mi się trochę łysawo, więc dobrałam kolorystycznie wstążkę i okleiłam nią brzegi. I jeszcze, jak już znajdę taki sklep, skrzynka dostanie mosiężne okucia na rogach i jakieś ładne zamykanie.
niedziela, 11 marca 2012
Cynkowy komplecik z Ikei po moich zabiegach upiększających
W zeszłym tygodniu wybrałam się do Ikei, dawno nie byłam i zapomniałam, że to sklep, do którego jak wejdziesz to musisz cały przejść, żeby dostać się do kas, a ja miałam tylko kupić cynkową konewkę i osłonkę. Jakoś dobrnęłam w tym tłumie (skąd tam tyle ludzi?) do działu ogrodniczego, złapałam to co chciałam i ustawiłam się w ogromnej kolejce do kas. Tfu, nigdy więcej! A dziś dokończyłam dzieła ozdabiania kompletu, który na razie nie ma przeznaczenia. Pewnie dostanie go ktoś w prezencie. Jak na pierwsze ocynki to pracowało mi się dobrze, aż jestem zdziwiona. A efekt jest taki. Zdjęcia w różnym oświetleniu. To co stoi w osłonce to przywiezione z Kaczorówki gałązki brzozy i dzikich śliwek. Za kilka dni jak postoją w cieple śliwkowe gałązki powinny się okryć białymi kwiatkami.
Po wizycie w Kaczorówce
No i już po wizycie. Piątkowy ranek powitał nas mgłą, ale im bliżej Kaczorówki tym ładniejsza robiła się pogoda, słonko wyszło zza chmur i zza samochodowego okna świat wyglądał pięknie. Tuż przed dojazdem na miejsce miłe zaskoczenie. Na wypłowiałej łące jak gdyby nigdy nic spacerowały sobie spokojnie dwa żurawie. Hurra pomyślałam sobie to już wiosna, przyleciały!
Z niecierpliwością jechaliśmy dalej, ale jakoś słonko zniknęło i zrobiło się buro. Tuż przed samym wjazdem do wioski oniemieliśmy, nagle pojawił się na drodze lód i śnieg. Tyle kilometrów ani grama śniegu , a tu innym świat. Lodowy i pochmurny.
Trudno, chcieliśmy zobaczyć Kaczorówkę to zobaczymy, tym razem w odsłonie zimowej, choć to przecież już marzec.
Kaczorówka stała sobie spokojnie na tle wypłowiałej trawy, wszędzie cicho i pusto. Sikorki uwijały się wśród sosen i z chęcią zaczęły wyjadać przywieziony słonecznik i słoninkę. Lustracja terenu odbyła się wolnym kroczkiem. Żadnych szkód po zimie nie widać.
Domek dla owadów stoi w śniegu.
Płotek też wytrzymał jesienne i zimowe wiatry.
Zostały nawet malowane przez dzieciaczki latem kamyki.
A w domu też wszystko w porządku.Cyknęłam szybciutko kropielniczki, które mieszkają teraz w Kaczorówce. A potem był spacer po okolicy.
Zlustrowanie okolicy mimo wciąż pogarszającej się pogody (a to pech) było dość przyjemne, oczy odpoczywały i ta cisza.......
Jakiś kotek odpoczywał w wyrudziałych trawach.
Jezioro oczywiście skute lodem i pokryte mgiełką.
Po drodze w bagienku znalazłam garnek. Będzie ładnie wyglądał na płotku, ale muszę poczekać na odwilż niestety nie udało się go wyrwać z lodu.
I jeszcze zamarznięta zatoczka, gdzie latem nasi chłopcy łowią pstynki, a czasem leszcze.
Nie mogłam uwierzyć, że wiosny nie widać nic, a nic, więc z nosem przy ziemi jeszcze raz zlustrowałam zagonki i znalazłam ledwo widocznego hiacynta, który jakimś cudem przebił się przez zmarzlinę.
Potem było grzanie się w przytulnym domku sąsiadów i odjazd przed czasem, bo mimo, że wiosny nie widać to jednak mój żołądek chyba ma już wiosnę bo zaczął mnie boleć tak jak to zwykle robi wiosną i jesienią. Ehhh, czyli na wiosnę na Mazurach trzeba jeszcze poczekać.
Z niecierpliwością jechaliśmy dalej, ale jakoś słonko zniknęło i zrobiło się buro. Tuż przed samym wjazdem do wioski oniemieliśmy, nagle pojawił się na drodze lód i śnieg. Tyle kilometrów ani grama śniegu , a tu innym świat. Lodowy i pochmurny.
Trudno, chcieliśmy zobaczyć Kaczorówkę to zobaczymy, tym razem w odsłonie zimowej, choć to przecież już marzec.
Kaczorówka stała sobie spokojnie na tle wypłowiałej trawy, wszędzie cicho i pusto. Sikorki uwijały się wśród sosen i z chęcią zaczęły wyjadać przywieziony słonecznik i słoninkę. Lustracja terenu odbyła się wolnym kroczkiem. Żadnych szkód po zimie nie widać.
Domek dla owadów stoi w śniegu.
Płotek też wytrzymał jesienne i zimowe wiatry.
Zostały nawet malowane przez dzieciaczki latem kamyki.
A w domu też wszystko w porządku.Cyknęłam szybciutko kropielniczki, które mieszkają teraz w Kaczorówce. A potem był spacer po okolicy.
Zlustrowanie okolicy mimo wciąż pogarszającej się pogody (a to pech) było dość przyjemne, oczy odpoczywały i ta cisza.......
Jakiś kotek odpoczywał w wyrudziałych trawach.
Jezioro oczywiście skute lodem i pokryte mgiełką.
Po drodze w bagienku znalazłam garnek. Będzie ładnie wyglądał na płotku, ale muszę poczekać na odwilż niestety nie udało się go wyrwać z lodu.
I jeszcze zamarznięta zatoczka, gdzie latem nasi chłopcy łowią pstynki, a czasem leszcze.
Nie mogłam uwierzyć, że wiosny nie widać nic, a nic, więc z nosem przy ziemi jeszcze raz zlustrowałam zagonki i znalazłam ledwo widocznego hiacynta, który jakimś cudem przebił się przez zmarzlinę.
Potem było grzanie się w przytulnym domku sąsiadów i odjazd przed czasem, bo mimo, że wiosny nie widać to jednak mój żołądek chyba ma już wiosnę bo zaczął mnie boleć tak jak to zwykle robi wiosną i jesienią. Ehhh, czyli na wiosnę na Mazurach trzeba jeszcze poczekać.
piątek, 9 marca 2012
Wpis na szybko
Zachęcona Waszymi wpisami oraz Waszą pracowitością szybciutko wrzucam parę "ustrojstw", które popełniłam jakiś czas temu. Oczywiście nie miałam pojęcia, że zdjęcia będą kiedykolwiek publicznie pokazywane, wiec są jakie są. Staram się bardzo robić "ładne" zdjęcia, ale może nie mam talentu? Wiem jak zdjęcie powinno wyglądać, widzę to "oczyma duszy", ale jak już je zrobię to wcale nie wychodzi takie jakbym chciała. Nie pomógł nawet nowy, fajny aparat. Za dużo funkcji i ciągle mi się to wszystko myli. Ćwiczyć jednak będę dalej z uporem może w końcu "załapię" te wszystkie magiczne przesłony, czasy, ISO itd.
I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Wiosenny ruch na Waszych blogach, podwórkach i ogródkach obudził we mnie nieodpartą chęć zobaczenia Kaczorówki, więc mimo, że do sezonu daleko i do Kaczorówki też ( co tam tylko 200 km) jutro od raną pędzę. Przewietrzę chałupkę, wyczyszczę budki lęgowe, zobaczę co wymarzło, bo zima sroga na północy była, odwiedzę las i jezioro. Podobno leży jeszcze śnieg i jezioro skute jest lodem.
Wszystko potem Wam ładnie opiszę i pokażę.
A teraz parę ustrojstw, takich własnoręcznych, co to nie kosztują nic, bo jak już wspominałam, nabycie 2000 metrów ugoru i postawienie tam chałupki wykończyło nas finansowo, więc zagospodarowywanie terenu siłą wyższą musi być prawie darmo. I tak sprawia mi to i mojej drugiej połowie dużo frajdy i najlepiej się czujemy, jak tyramy cały dzień a po zmroku wczołgujemy się na "górkę" i stękając zalegamy w wyrku wspominając, co to przez cały dzień się wydarzyło. Ranki bywają trudne po takich harcach z łopatą, albo przewalaniu 6 ton kamieni ( trzeba było je zagospodarować), boli każda kosteczka, ale kubek kawy na tarasie o 5 albo 6 rano stawia na nogi i można znowu tyrać cały dzionek.
Jesień już w Kaczorówce, w trawie widać deski, które oczywiście są zdobyczne, znalezione przy jakiejś ruderze, zabezpieczone drewnochronem i ułożone w ogrodzie jako ścieżka.
Za karmnikiem widać murek prawda? Powstał z darni, nie było co z nią zrobić po budowie domku, więc została ułożona za domkiem tak, że odgradza część ogrodu od reszty lasu. Wejścia do tej rekreacyjnej części ogrodu powstały przez wkopanie zmurszałych pieńków w które powbijane na płasko są stare klucze. Na darniowym murku posadziłam rojniki i macierzankę, pod murkiem rózne krzaczki i kwiatki, co roku inne.
Skalnik, kamienie po części kupione, po części przytargane z okolicy. W donicy mięta sobie rośnie.
Z lewej na koziołku kolejny kwietnik z kory lipowej i skalnik, teraz jest już większy, sadzę w nim zioła na własnym kompoście. Rosną jak oszalałe, tu dopiero posiane.
Przy tarasie, beczka ze staroci a w niej ładnie wyglądający....zapomniałam nazwy:)
Wejście od lasu do części rekreacyjnej, wybrukowane polnymi kamieniami.
Ozdóbki ogrodowe, glany syna, a w nich rojniki i stare krzesło w którym rośnie lilak karłowy.
Budka lęgowa znaleziona w lesie dziurawa bez fasady. Przybiłam kawałek deski z dziurą po sęku bez większej wiary w to, że jakiś ptak tam zamieszka taka jest nieszczelna. Jednak zamieszkała tam pleszka, wyprowadziła nawet dwa lęgi.
Gliniane ptaszki na płotek jeszcze schną i nie są pomalowane.
A teraz zmykam bo późno, a jutro wyjazd.
Ciąg dalszy ustrojstw nastąpi.
Dobrej nocki dla wszystkich.
I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Wiosenny ruch na Waszych blogach, podwórkach i ogródkach obudził we mnie nieodpartą chęć zobaczenia Kaczorówki, więc mimo, że do sezonu daleko i do Kaczorówki też ( co tam tylko 200 km) jutro od raną pędzę. Przewietrzę chałupkę, wyczyszczę budki lęgowe, zobaczę co wymarzło, bo zima sroga na północy była, odwiedzę las i jezioro. Podobno leży jeszcze śnieg i jezioro skute jest lodem.
Wszystko potem Wam ładnie opiszę i pokażę.
A teraz parę ustrojstw, takich własnoręcznych, co to nie kosztują nic, bo jak już wspominałam, nabycie 2000 metrów ugoru i postawienie tam chałupki wykończyło nas finansowo, więc zagospodarowywanie terenu siłą wyższą musi być prawie darmo. I tak sprawia mi to i mojej drugiej połowie dużo frajdy i najlepiej się czujemy, jak tyramy cały dzień a po zmroku wczołgujemy się na "górkę" i stękając zalegamy w wyrku wspominając, co to przez cały dzień się wydarzyło. Ranki bywają trudne po takich harcach z łopatą, albo przewalaniu 6 ton kamieni ( trzeba było je zagospodarować), boli każda kosteczka, ale kubek kawy na tarasie o 5 albo 6 rano stawia na nogi i można znowu tyrać cały dzionek.
Jesień już w Kaczorówce, w trawie widać deski, które oczywiście są zdobyczne, znalezione przy jakiejś ruderze, zabezpieczone drewnochronem i ułożone w ogrodzie jako ścieżka.
Po prawej ( nie wiem czy to widać dobrze) "udziałany" kwietnik. A z czego? Ano z kory stareńkiej lipy, którą pewnego dnia burza powaliła na ziemię. Nie wiem jak to się stało, ale to chyba piorun obdarł tak lipę z kory, leżała taka ogromna jak skóra węża. Na drewno oczywiście znaleźli się chętni, ale ta kora została przy drodze. Postanowiliśmy ją przynieść i pomyśleć później po co ona będzie. Niesienie świeżej kory długości około 5 metrów to nie lada wyczyn, była ciążka jak diabli. Po wyschnięciu zwinęła się trochę w rulon i wtedy przyszło mi do głowy, żeby pociąć ją na kawałki, wsypać ziemi i posadzić kwiatki, co też zrobiłam. Rosną marnie bo w Kaczorówce nie ma wody i trzeba nosić, a deszczowej jest za mało. Dlatego w zeszłym roku oprócz mało wymagających kwiatków posadziłam też rojniki bo nie potrzebują prawie wcale wody.
Karmnik od początku do końca wykonany własnoręcznie, z kawałka schodków i pniaka z lasu. Fajansowa sosjerka znaleziona została na śmietniku "robi" za poidełko dla ptaków.Za karmnikiem widać murek prawda? Powstał z darni, nie było co z nią zrobić po budowie domku, więc została ułożona za domkiem tak, że odgradza część ogrodu od reszty lasu. Wejścia do tej rekreacyjnej części ogrodu powstały przez wkopanie zmurszałych pieńków w które powbijane na płasko są stare klucze. Na darniowym murku posadziłam rojniki i macierzankę, pod murkiem rózne krzaczki i kwiatki, co roku inne.
Skalnik, kamienie po części kupione, po części przytargane z okolicy. W donicy mięta sobie rośnie.
Z lewej na koziołku kolejny kwietnik z kory lipowej i skalnik, teraz jest już większy, sadzę w nim zioła na własnym kompoście. Rosną jak oszalałe, tu dopiero posiane.
Przy tarasie, beczka ze staroci a w niej ładnie wyglądający....zapomniałam nazwy:)
Wejście od lasu do części rekreacyjnej, wybrukowane polnymi kamieniami.
Ozdóbki ogrodowe, glany syna, a w nich rojniki i stare krzesło w którym rośnie lilak karłowy.
Budka lęgowa znaleziona w lesie dziurawa bez fasady. Przybiłam kawałek deski z dziurą po sęku bez większej wiary w to, że jakiś ptak tam zamieszka taka jest nieszczelna. Jednak zamieszkała tam pleszka, wyprowadziła nawet dwa lęgi.
Gliniane ptaszki na płotek jeszcze schną i nie są pomalowane.
A teraz zmykam bo późno, a jutro wyjazd.
Ciąg dalszy ustrojstw nastąpi.
Dobrej nocki dla wszystkich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





