Niestety, choć zarzekałam się, że kolejna wizyta w Kaczorówce odbędzie dopiero jak wiosna zagości tam na dobre, nie wytrzymałam. TVN Meteo zachęcała, że będzie pięknie, więc spakowawszy walizy ruszyliśmy z samego rana, wiedzeni przeczuciem, że to będzie wspaniały weekend. Po drodze widzieliśmy BOCIANA!!, co dobrze wróżyło.
Po przyjeździe na miejsce wielkie zaskoczenie, nasza wioseczka przywitała nas okopami i oblężeniem. Mimo próby przedarcia się przez umocnienia, musieliśmy porzucić nasz pojazd pod płotem przy skrzyżowaniu, gdzie odchodzi droga nad jezioro i z podwiniętymi ogonami, taszcząc walizy, poczłapać piechotą ostatnie 200 metrów do Kaczorówki. Wszystko to z powodu prowadzonej z typowo mazurskim rozmachem budowy wodociągu, w ramach której okopano nas dokładnie ze wszystkich stron. Dzięki gościnności sąsiadów udało nam się przetrwać bez strat w ludziach, zarówno oblężenie naszej twierdzy jak i nocny przymrozek.( TVN Meteo kłamie?) Przez 2 dni wydrapaliśmy do gołej ziemi i wylizaliśmy na gładko większość działkowego metrażu z" milionów, a może nawet tuzinów" sosnowych igieł, spaliwszy je w ognisku, które dawało przyjemne ciepełko i można było podgrzać co rusz inne części ciała. Przycięłam krzaczki, wygrabiłam zeszłoroczne liście na rabatkach, pod którymi w końcu dojrzałam pierwsze oznaki wiosny. Z ziemi wychylają się nieśmiało tulipany i hiacynty. Przekopałam zagonek na zioła, zostawiłam tylko pietruszkę bo wypuszcza całkiem zdrowo wyglądającą natkę. Zazieleniły się też rozchodniki, a sikorki jak oszalałe oglądały domki lęgowe, wyśpiewując we wszystkich możliwych tonacjach. W nagrodę za pracowitość dostały jeszcze jedną budkę i teraz razem mają do dyspozycji ich sześć. Podczas porządkowania skalnika spotkałam leniwie pełzającego żuczka i ślicznym seledynowym obramowaniu na pancerzu. Bagienko już odmarzło, więc mogłam zabrać znaleziony tam poprzedniej wizyty garnek. Okazało się, że dno mu odpadło, ale co tam posłuży jako doniczka. W tym szale porządkowania nawet mało zdjęć zrobiłam, bo nagle słońce zaszło, zrobiło się zimno jak diabli i trzeba się było schronić do Kaczorówki i zapalić.... świeczki.
Następnego dnia aura zafundowała nam wicher, który przeszywał do szpiku kości, ale co tam trzeba było dokończyć rozpoczęte porządki. Po kilku godzinach biegania z grabiami i walce z wiatrem powiedziałam dość!! Nie cierpię wiatru!!! Dobrze, że za płotem mamy przyjazne dusze, które nas zgarnęły do cieplutkiego domku, dały jeść i pić i ukoiły stargane wiatrem nerwy miłą rozmową na tematy różniste. W drodze powrotnej, mimo hulającego wiatru postanowiliśmy jeszcze obejrzeć stary ewangelicki cmentarz, relacja z oględzin tu: http://mnemosyne-ocalicodzapomnienia.blogspot.com/
Troszkę zaniedbałam pokazywanie moich prac, ale spokojnie, coś tam robię i niebawem pokażę.
Pozdrawiam wszystkie zapracowane przedświątecznie i wiosennie blogowiczki.
Okopy na naszej drodze, w zamian w lipcu woda poleci nam z kranu:)
Posadzone jesienią tulipanki botaniczne wyłoniły się ziemi.
Wieczór przy świecach.
Sypialnia na poddaszu.
Garnek zdobyczny.
Jedno z ustrojstw ogrodowych, zardzewiałe klucze na starych belkach w ogrodzie.
Tulipany i budzące się do życia rozchodniki.
Obudzony z zimowego snu "ktoś"
przeczytałam relację z zapartym tchem... zwłaszcza wylizywanie z igieł mnie zainspirowało... pozytywnie "ofcours"♥
OdpowiedzUsuńZazdroszczę Ci tych budek lęgowych, ja mam w okolicy Sikorki za dużo kotów z sąsiedztwa, które strasznie ptaszkom zagrażają. Sugar chodzi w dzwoneczku, ale te inne koty, to cisi zabójcy:))
OdpowiedzUsuńJa już wodociąg mam za sobą:))Nie martw się, w końcu to zakopią:))
Ale pracowity weekend!Też lubię takie porządki i też bez towarzystwa wiatru!Wieczorku przy świecach zazdroszczę!Klucze uwielbiam,fajnie u Ciebie wyglądają:)
OdpowiedzUsuńYstin:Wylizywanie igieł to specjalność męża:)Ja ukułam teorię, że gdybym mogła sprzedawać igły sosnowe na sztuki byłabym miliarderką i to każdego roku:)
OdpowiedzUsuńSnow:nie widziałam grasujących u mnie kotów, ja trochę na uboczu za wioską, może nie przychodzą? W końcu wokół mają ogromny las, pewno tam chodzą. Wiesz, może pod budki udałoby się rozpiąć siatkę, żeby łakome kociska nie mogły dostać się do ptaszków?
Umbrella: prawda, uwielbiam to tyranie do zmierzchu, a potem leżąc w łóżku i postękując, wspominamy miniony dzień i robimy plany na następny:)Też lubię świece, dlatego nic nie robię w kierunku szybkiego załatwienia prądu. Wystarczy mi woda, odpadnie dźwiganie:)
jak ja Ci zazdroszczę tego miejsca!! Dziecinstwo spedzilam na wsi,obecnie mieszkam w miescie ,mąż mieszczuch i dzieci mieszczuchy.Kompletnie mnie nie rozumieją gdy przejezdzamy przez jakąś wieś a ja się wszystkim zachwycam -zadupie i tyle-a ja kocham takie zadupia!
OdpowiedzUsuńJa też wsiowa kiedyś, a od lat w wielkim mieście.Uwielbiam babrać się glebie, sadzić, przesadzać, patrzeć jak rośnie. Mąż choć miastowy bardzo chciał na wieś, ale taką zabitą dechami, no i teraz ma:) Może kiedyś Cię zrozumieją....
Usuń