piątek, 26 lutego 2016

Mam dylemat.

Mopeczek się starzeje, w tym roku stuknie mu 10 latek. Dla małego pieska to jeszcze nie jest zgrzybiała starość, tak na pierwszy rzut oka dalej wygląda na szczeniaczka. Niestety, to, co często zdarza się yorkom, jego ząbki nie są w dobrej formie. Od kilku miesięcy obserwuję, że te ząbki się tak wychylają i Mopeczek czasem, jak się zagapi, wygląda, jak mysza z takimi wystającymi ząbkami. Nigdy nie jadł żadnych słodyczy, nic w zasadzie oprócz karmy mokrej i suchej. Czasem trochę mięska z kurczaka, albo surowej wołowinki. Fakt, on nie lubi żadnych psich czyścików na zęby, żadnych ciasteczek, kosteczek. Jedyne, co uwielbiał to jakieś zeschłe uszy, które jak uglamał, to tak to śmierdziało, że po kilku razach przestałam dawać.
Byłam u weta po poradę. Niestety diagnoza jest jest jednoznaczna, ząbki trzeba wyrwać, bo mimo, że on je normalnie to zapewne jest tam stan zapalny, który może przerodzić się w sepsę.
Już teraz obserwuję, że czasem wystaje mu jęzorek z mordki, a co będzie, jak nic tego jęzorka nie będzie zatrzymywać?


Wet twierdzi, że zostaną (może) kły więc jęzorek oprze się na kłach. Brak ząbków mu nie utrudni jedzenia, bo psy połykają pokarm, a kości gryzą nie tymi, które wyrwane będą. Mopek i tak kości nie je. Wet twierdzi, że psy bez zębów sobie świetnie radzą i czują się nawet lepiej bo nie mają stanu zapalnego.



Wygląda na to, że wszystkie dolne ząbki będą wyrwane. Nie wiem, może górne też. Wet pociesza, że miał "pacjenta", któremu wyrwał 30 ząbków.
Trochę się martwię tym bezzębnym Mopeczkiem, ale sprawy zostawić tak nie mogę, bo boję się tej sepsy.
W sumie jestem zdecydowana. Będziemy rwać. Czytam fora i już wiem, że Mopek przed zabiegiem powinien mieć zrobione badanie krwi, narkoza lepsza jest wziewna niż dożylna.
Zanim jednak to zrobimy pytanie do Was, kociary i psiary. Macie może w domu zwierzątko, które nie posiada uzębienia? Jak to tak w realu wygląda?

Miałam fajnego ojca...

Mój tato...
Nie ma go już...wiecie, że nie liczę tych lat? Chyba dziesięć...
Był prostym człowiekiem, ale nauczył mnie szacunku dla zwierząt, przyrody.
Zaciekawił światem.
Ciekawiło go wszystko...puszcza amazońska, chiński mur, dęby w Wielowsi...
Brzydził się "czarnymi sukienkami" i "czerwonymi świniami"...
Miał swój światopogląd...taki prosty, ale słuszny.
Umiał zrobić wszystko, postawić płot, zbudować dom, naprawić ciągnik, kosą skosić zboże...wymieniać by dużo.
Ciekawiło go wszystko.Zapisywał, kiedy przyleciały szpaki, bociany...ołówkiwm na ścinie obory...potem porównywał te daty i dedukował dlaczego tak różnie przylatują?
Rozumiał Wu, człowieka z miasta i twierdził, że facet musi mieć pasje...

Chciał żyć. Raz mu się udało. Lekarze orzekli, że to cud. Dawali kilka tygodni życia. Żył jeszcze 10 lat i zmarł na zawał...
A ta śmiertelna  choroba cudem zniknęła. Pamiętam, jak ją lekceważyl mówiąc "lekarze to głupki, nie mam żadnego raka, za chwilę wstanę, muszę auto naprawić i las zasadzić". Jak powiedzia  tak zrobił....
Zasadził ten las...
Nie był ojcem, który gotował, zmieniał pieluchy, nie te czasy, ale tak bezwiednie pokazywał świat...
Mnóstwo mnie nauczył...po co pszczoły, jakie grzyby są jadalne, co robić jak zwierzę choruje, kiedy sadzić i siać warzywa. Dużo by wyliczać...
I mimo przedwojennego wychowania (trudnego ibiednego) rozumiał mój bunt natolatki lat 80-tych. Nie dziwił  go mój tapir na głowie, mini spódniczki, skóry po dziadku, czy starszym bracie, albo prochowce po szwagrze...mamę stopował, bo ona tego nie rozumiała i nie akceptowała...
Ciekawie opowiadał ...o biednym dzieciństwie, o służbie "za niemca" o swojej pracy...
Miał nawet cierpliwość do dzieci. Mamę Pysi można powiedzieć, że wychował...taka wnuczka-przylepa...gdzie dziadek tam ona.
Miałam fajnego tatę...na starość zawsze otoczony zwierzakami, one go uwielbialy...
Na zdjęciach nie ma ich wszystkich...moje zaniedbanie. Nie sądziłam, że nie zdążę....

Oto ON...Staś...






Pepo, mój ukochany pies. Zabrany przez ojca z ulicy. Przybłęda ze strupami, świerzbem, pchłami, który przypominał raczej hienę niż psa,
Odkarmiony i wyleczony przemienił się w cudnego i mądrego psiaka. Nas kochał,miłością bez granic. Kiedy przyjeżdżaliśmy do rodziców towarzyszył nam krok w krok.
Widać po mordzie, że cudny?


Tato, szkoda, że nie zobaczyleś naszej Kaczorówki...byłbyś zachwycony... i poradzilbyś coś na te małe okienka, przez które wpada za malo światła.
A tak na poważnie...tęsknię...


sobota, 13 lutego 2016

Tak, tak...takiej inauguracji jeszcze nie było!


Wiosna już nas świerzbi od jakiegoś czasu, rozmowy często się zaczynają od  " a na Mazurach, pamiętasz...", albo, "ciekawe, czy na Mazurach, już ptaki zaczynają śpiewać wiosennie..."
Ta tęsknota tak wzbiera i wzbiera.
I na nic się zdaje cały zdrowy rozsądek, bo przecież wiemy doskonale, że w lutym na Mazurach nie widać ani odrobiny wiosny, ptaki nie śpiewają wiosennie, wszystko jest szare, bure, oślizgłe od wilgoci, dzień krótki, a zimno wdziera sie pod wszystkie warstwy, które na siebie nałoższysz.
Dlategusz, w sobotni, pochmurny ranek, nie bacząc na zgniliznę wiszącą w powietrzu, wsiadamy w Magdę i mkniemy w stronę naszej krainy szczęśliwości, poniewusz ta tęsknota nas zeżre i szczeźniemy i nie doczekamy prawdziwej wiosny.
Po trzech godzinach mknięcia w szaro-burej rzeczywistości przybywamy do jeszcze bardziej szaro-burej oczywistości.O pardon, nie jest całkiem szaro, za lasem śnieg mamy!
Co ja się głupia dziwę, przecież jest 13 lutego!


Mopek nawet  pobrykał, po puchu, który w końcu nie szczypie w łapki. Tu śniegu nikt solą nie sypie.


Sapiąc ( w tych cebulowych warstwach i ciężkich buciorach) docieramy nad jezioro.Całkiem ciche, szare, jeszcze pokryte słabym, porowatym lodem i  puste...


A nie, nie puste. Bardzo odważni mężczyźni (mleczność lodu zdradza, że wątły) na drugim brzegu łapią ryby w przeręblach...


 Z naszym pomstem przyroda rozprawiła się po swojemu, już latem ledwo się kiwał...
Drewno w tych warunkach żyje krótko. Trzeba będzie odbudować.


W szuwarch cisza, za to wiosną będzie tu ptasi i żabi jazgot...

A kto jest naszym pierwszym gościem? No kto? Poznajecie urwipołcia?
 Skąd ten dziad wiedział, że przyjechaliśmy? Pojawił się, jak duch ledwo wyleźliśmy z autka. Głośnym miau, miau i ocieraniem się o nogi dopominał się "jeść i głaskać".
Jednak jego miłość zblakła nieco od jesieni, bo po zjedzeniu dwóch kiełbas i puszki karmy oddalił się w sobie tylko wiadomym kierunku.Cwaniak z podartym uchem. Widać, że tu rządzi zbój jeden i drze uszy z innymi kotami.


 Drugi kiciul wypiękniał, futro ma puszyste i wygląda, jak kulka. Pewnie dlatego ma na imię Puszek.
Puszek-kłębuszek, który ma niesamowicie głośny traktorek, włącza go, jak tylko wyciagasz do niego rękę.


Widząc, że zwierzyniec cały i zdrowy pokręciliśmy się po majątku, oceniając straty (wywalony płotek) i ilość roboty czekającej nas wiosną ( igły, wagony igieł, uschłe badyle).

Wypiliśmy w tych szaro-burych okolicznościach kawę, potem po sąsiedzku drugą, wysłuchaliśmy niusów,  zawiesiliśmy kulki z ziarnem i tłuczczem dla sikorek i pomknęliśmy nazad, szczęśliwi, że jedziemy do ciepłego domku, gdzie człek zrzuci z siebie cebulkowe warstwy, podgrzeje się nalewką zabraną przezornie z Kaczorówki (już się przegryzła)i zasiądzie na miękkiej kanapie.

Po tej dawce szaro-burej rzeczywistości mazurskiej jesteśmy chwilowo wyleczeni z kolejnych eskapad. Sądzę, że do czasu prawdziwej wiosny, wystarczą nam zdjęcia i filmy, które Wu właśnie skręca. Na nich Mazury to kraina szczęśliwości, tonąca w zieleni, zapachu sosnowych igieł, śpiewie ptasząt i bzyku komarów.
I takie Mazury kocham i do takich tęsknię. Trzeba jednak cierpliwie poczekać, to takie oczywiste:)

P.S.
Mopek po eskapadzie odpoczywa i się relaksuje. On też zdecydowanie woli Mazury prawdziwie wiosenne.



czwartek, 11 lutego 2016

Ach pardon - proszę się wsłuchać w słowa:)


Wu kręci niemy film z Kaczorowki podsumoanie 2008-2015 i używa przedwojennych ścieżek dźwiękowych. Stąd ta perełka.
Proszę o cierpliwość i wysłuchanie dokładnie i do końca tekstu.



No i jak wrażenia?















niedziela, 7 lutego 2016

Dla Grażynki Wenezuelskiej - Bielany warszawskie.


Specjalnie z myślą o Grażynce pojechałam dziś na Bielany. Kiedyś, kiedy nie było jeszcze Kaczorówki to właśnie tu bardzo często jeździliśmy na niedzielnie spacery z małym wtedy Młodym. Dojazd jest bardzo dogodny, tramwaj staje tuż przy wjeździe do lasu. Potem trzeba przejść lub przejechać samochodem przez las około 800 metrów, aby dotrzeć do kościoła i eremów.

Troszkę o historii tego miejsca. Kościół został wzniesiony dla zakonu Kamedułów, przybyłych tu z Bielan krakowskich, w latach 1669–1710, lecz prace wykończeniowe ciągnęły się przez następne pół wieku. Kościół wzniesiony został w stylu późnobarokowym  z dwoma dużymi kaplicami. Wnętrze kościoła zdobi stiukowa dekoracja rokokowa oraz cenne obrazy. W zakrystii na sklepieniu znajdują się malowidła M. A. Palloniego z drugiej połowy XVII wieku, w kościele znajduje się serce Michała Korybuta Wiśniowieckiego, natomiast pod murem kościelnym grób Stanisława Staszica. Oprócz kościoła zachowane są do dziś inne zabudowania klasztorne: refektarz, infirmeria, dom gościnny i trzynaście domków pustelniczych - eremów. Kameduli warszawscy mieli mniej szczęścia, niż ich krakowscy koledzy - car zlikwidował zakon na terenie rosyjskiego zaboru i już nigdy tutaj nie wrócili. Księża marianie zarządzali kościołem do 1949 roku - na początku lat 50. bielańska świątynia przeszła pod zarząd Archidiecezji Warszawskiej. Zaczęto prace rekonstrukcyjne i konserwatorskie, które ukończono w 1965 r. Jednak budowa nowych pomieszczeń dla ATK trwała dużo dłużej.

I w tym miejscu wplotę nasz rodzinny związek z Bielanami, który swój początek wziął na podlaskiej wsi.
Tam jeszcze przed wojną wujek E. poznał swoją żonę, właśnie u księży Marianów. W 1941 r. urodziła im się córka, ciocia M, a trzy lata później nasza dzielna ciocia A. Podczas wojny  wuj związał się z AK. Losy tak się potoczyły, że wuj nie mógł pozostać w swych rodzinnych stronach, bo wiadomo, co groziło za przynależność do AK. Dzięki księżom Marianom, został przetransportowany pod fałszywym nazwiskiem na warszawskie Bielany. Dostał tam posadę kogoś w rodzaju dozorcy i połowę kamedulskiego eremu jako mieszkanie. Pokój z kuchnią i przepastną piwnicą. Po pewnym czasie ściągnął tam swoją rodzinę, która z czasem się powiększyła. Oprócz kościoła, 13 eremów, stylowej plebanii, w tamtych latach nie było tam więcej budynków. Ostały się jedynie zgliszcza budynków, spalonych przez wycofujących się Niemców. Połowa eremu była za mała, więc dla rodziny wuja E. został wybudowany domek, gdzie przez kolejne lata mieszkali. Wujek zajmował się tam ogrodem i sadem. Taka złota rączka. Ciągle pod fałszywym nazwiskiem. Kiedy najstarsza córka była już licealistką ubecja skadś dowiedziała się, że wujek był AK-owcem i przyszli go aresztować.  Znowu zadziałali Marianie... dość skutecznie, bo wuj z całą rodziną wrócił do swego nazwiska i ciocia, która mi tą historię opowiadała, śmiała się, że jednego dnia w szkole była W, a drugiego też W, ale inaczej, a nauczyciel dociekał dlaczego.  Lata powojenne to czas, kiedy do Warszawy przybywali ludzie  z różnych stron Polski. Dom wuja i cioci był otwarty dla krewniaków, więc na jakiś czas znalazła tam schronienie moja teściowa i jej brat, który podobnie, jak wuj E. przez lata pracował na ATK zajmując jeden z domków- eremów. Miałam okazję zobaczyć, jak taki erem wyglądał w środku. Domek miał bardzo grube ściany, były tam jakby dwa mieszkania po prawej i lewej stronie sieni po pokoju z kuchnią. Eremy mają grubo pond 200 lat. Wujek A. zajmował z rodziną cały domek. Erem ma też bardzo głębokie piwnice, które z czasem przerabiano na pomieszczenia mieszkalne, najczęściej kuchnie, kotłownie i spiżarnie. Zachwycały mnie  wystające z fundamentów ogromne głazy, które niektórzy podobno próbowali usuwać, bo zawadzały, tak wuj opowiadał.
W latach 60 -70 tych Wu był dzieckiem, więc niedziele spędzał u wujostwa, ganiając z kuzynostwem i rówieśnikami po lesie i wokół eremów. Zabawy były przednie i bezpieczne, z dala od ulic, zupełnie, jak na wsi. Tak na szybko znalazłam jedno ze zdjęć z tego okresu. Ten mniejszy z liściem na głowie to Wu, po prawej riuna, którą potem zburzono. Widać, że zabawa przednia, hełm z liścia, strzelba z patyka, zapewne była zabawa  w wojnę:)



Jakoś w tym czasie, kiedy Wu beztrosko ganiał po bielańskim lesie zburzono spalone kikuty i dom wuja, na potrzeby rozbudowującej się ATK. Wuj dostał mieszkanie w mieście, zniknęły też ogrody i sad. Ale nie zniknęły eremy, a drugi wuj nadal tam mieszkał ze swoją rodziną. To właśnie ten domek miałam okazję odwiedzać, domu  wuja E ja już nie pamiętam. Kiedy zaczęłam tam przyjeżdżać stały już nowe budynki i ciągle rozbudowywano ATK.





Warszawskie Bielany to sympatyczne miejsce, warto zobaczyć kościół, a także grób Staszica (1755-1826), wybitnego uczonego i działacza politycznego, który za życia często odwiedzał Las Bielański. Prowadził tu obserwacje geologiczne. Pochówek w tym miejscu zastrzegł sobie w testamencie. Pogrzeb Staszica zgromadził tłumy warszawiaków. Trumnę z siedziby Towarzystwa Przyjaciół Nauk (Pałacu Staszica) na Bielany nieśli akademicy. Grób uczonego przez kilka lat był miejscem pielgrzymek. Spotykali się tu m.in. organizatorzy przyszłego powstania listopadowego. Ukryci w krzakach rosyjscy szpiedzy odnotowali m.in. nazwisko Maurycego Mochnackiego. Niewielki nagrobek z popiersiem Staszica stanął dopiero 50 lat po jego śmierci.



Atrakcją są też dobrze zachowane eremy, kiedyś mieszkali tu pracownicy ATK, dziś chyba tylko dwie rodziny, a za chwilę będzie mieszkać  tylko jedna. Reszta zaanektowana już przez służby kościelne.

Atrakcją dla dzieci będzie karuzela z rybami tuż przy murze kościelnym i bez dwóch zdań zagroda osiołka Franka, oraz owieczek, zaraz przy wejściu do kościoła








Na osiołku owym podobno proboszcz wjeżdża na Pasterkę (muszę podpytać u źródła, czy to prawda). Proboszcz zezwala na przychodzenie na mszę z psami, czego byłam dziś świadkiem, co prawda przed kościołem, ale stali ludzie z psiakami, a  w  środku odbywała się msza. Mopek się ładnie przywitał z pieskiem odbębniającym mszę niedzielną.


To może być prawda z tymi psami na mszy (może proboszcz zwierzolubny), bo na terenie szwendają się tłuste koty, które mają przy kościele poustawiane budki, albo zalegają na schodach szopki, która w okresie świąt jest częściowo ruchoma (osioł Franek), a poza sezonem po prostu sobie jest ku uciesze dzieci.









 Za Sasów w pobliżu kościoła zaczęły się huczne festyny w Zielone Świątki. Z równym przepychem bawił się tu Stanisław August Poniatowski. Za przykładem królów poszedł lud. W XIX i XX w. w niedziele i święta las tętnił gwarem rozbawionych warszawiaków. Budowano dla nich karuzele, huśtawki, strzelnice i inne urządzenia rozrywkowe. Po II wojnie te tradycje kontynuował utworzony w Lesie Bielańskim w 1950 r. Park Kultury. Wraz z powstaniem rezerwatu place zabaw zniknęły. Warto się wybrać do lasu, wiekowe drzewa liściaste robią wrażenie, szczególnie te, które ze starości złożyły swoje konary na ziemi, nikt tego nie uprząta, jak to w rezerwacie, więc wygląda to dziko i malowniczo.






Jeszcze jedna ciekawostka. „Najbardziej znanym kamedułą” dzięki powieści Henryka Sienkiewicza na warszawskich Bielanach był brat Jerzy czyli pułkownik Jerzy Michał Wołodyjowski - jego figura w habicie znajduje się w otworze wieży kościoła, natomiast brama, przez którą niby wjeżdżał na teren, dziś nieszczęśliwie zasłonięta jest przez parking dla samochodów i kto nie wie, gdzie jej szukać może jej nie zobaczyć.




Idąc w stronę Wisły miniemy najnowsze budynki ATK, a za nimi plebanię, tę, którą Wu pamięta jeszcze z czasów dzieciństwa. Dziś na jej teren wjazd kosztuje 10 zł.



 Dalej dojdziemy na taras widokowy skąd widać Wisłę i hałaśliwą trasę gdańską.Po drodze zwalone drzewa, na jednym osobliwa kapliczka, a krzaki wokół ustrojone barwnym, sztucznym kwieciem.





Potem można zejść łukiem w dół, dotrzemy za kilkadziesiąt metrów do źródełka, na którym jest podany rok 1855. Ale Wu mówi, że w latach 70- tych leżała tu kupka kamieni na wzór małej groty z której wystawała rurka z cieknącą wodą.



A dalej to już las, można iść ścieżką wzdłuż trasy gdańskiej, ale jest hałaśliwie, można iść też wzdłuż płotu otaczającego ATK i wejść do lasu, gdzie mnie ludzi, za to ładne ścieżki, piękne drzewa i cisza. Jeśli się zgłodnieje to można iść do podziemi kościoła i napić się kawy lub herbaty, albo w nowych budynkach od strony parkingu zajść do Bistro Luna na obiadek niedzielny.


Grażynko, czy zachęciłam Cię do odwiedzin na Warszawskich Bielanach? A może, jak zawita do Warszawy Arte-Powsinoga wybierzemy się tam razem?
Można też się wybrać na Cytadelę...

Koniec wycieczki proszę Państwa, jeszcze jeden rzut oka na bielański kościół i pora do domu, na grzybową z ziemniaczkami i skwarkami boczusiowymi.




Jeśli ktoś ma jeszcze ochotę, to jak zrobimy zlot warszawski, będę przewodnikiem:)