niedziela, 7 lutego 2016

Dla Grażynki Wenezuelskiej - Bielany warszawskie.


Specjalnie z myślą o Grażynce pojechałam dziś na Bielany. Kiedyś, kiedy nie było jeszcze Kaczorówki to właśnie tu bardzo często jeździliśmy na niedzielnie spacery z małym wtedy Młodym. Dojazd jest bardzo dogodny, tramwaj staje tuż przy wjeździe do lasu. Potem trzeba przejść lub przejechać samochodem przez las około 800 metrów, aby dotrzeć do kościoła i eremów.

Troszkę o historii tego miejsca. Kościół został wzniesiony dla zakonu Kamedułów, przybyłych tu z Bielan krakowskich, w latach 1669–1710, lecz prace wykończeniowe ciągnęły się przez następne pół wieku. Kościół wzniesiony został w stylu późnobarokowym  z dwoma dużymi kaplicami. Wnętrze kościoła zdobi stiukowa dekoracja rokokowa oraz cenne obrazy. W zakrystii na sklepieniu znajdują się malowidła M. A. Palloniego z drugiej połowy XVII wieku, w kościele znajduje się serce Michała Korybuta Wiśniowieckiego, natomiast pod murem kościelnym grób Stanisława Staszica. Oprócz kościoła zachowane są do dziś inne zabudowania klasztorne: refektarz, infirmeria, dom gościnny i trzynaście domków pustelniczych - eremów. Kameduli warszawscy mieli mniej szczęścia, niż ich krakowscy koledzy - car zlikwidował zakon na terenie rosyjskiego zaboru i już nigdy tutaj nie wrócili. Księża marianie zarządzali kościołem do 1949 roku - na początku lat 50. bielańska świątynia przeszła pod zarząd Archidiecezji Warszawskiej. Zaczęto prace rekonstrukcyjne i konserwatorskie, które ukończono w 1965 r. Jednak budowa nowych pomieszczeń dla ATK trwała dużo dłużej.

I w tym miejscu wplotę nasz rodzinny związek z Bielanami, który swój początek wziął na podlaskiej wsi.
Tam jeszcze przed wojną wujek E. poznał swoją żonę, właśnie u księży Marianów. W 1941 r. urodziła im się córka, ciocia M, a trzy lata później nasza dzielna ciocia A. Podczas wojny  wuj związał się z AK. Losy tak się potoczyły, że wuj nie mógł pozostać w swych rodzinnych stronach, bo wiadomo, co groziło za przynależność do AK. Dzięki księżom Marianom, został przetransportowany pod fałszywym nazwiskiem na warszawskie Bielany. Dostał tam posadę kogoś w rodzaju dozorcy i połowę kamedulskiego eremu jako mieszkanie. Pokój z kuchnią i przepastną piwnicą. Po pewnym czasie ściągnął tam swoją rodzinę, która z czasem się powiększyła. Oprócz kościoła, 13 eremów, stylowej plebanii, w tamtych latach nie było tam więcej budynków. Ostały się jedynie zgliszcza budynków, spalonych przez wycofujących się Niemców. Połowa eremu była za mała, więc dla rodziny wuja E. został wybudowany domek, gdzie przez kolejne lata mieszkali. Wujek zajmował się tam ogrodem i sadem. Taka złota rączka. Ciągle pod fałszywym nazwiskiem. Kiedy najstarsza córka była już licealistką ubecja skadś dowiedziała się, że wujek był AK-owcem i przyszli go aresztować.  Znowu zadziałali Marianie... dość skutecznie, bo wuj z całą rodziną wrócił do swego nazwiska i ciocia, która mi tą historię opowiadała, śmiała się, że jednego dnia w szkole była W, a drugiego też W, ale inaczej, a nauczyciel dociekał dlaczego.  Lata powojenne to czas, kiedy do Warszawy przybywali ludzie  z różnych stron Polski. Dom wuja i cioci był otwarty dla krewniaków, więc na jakiś czas znalazła tam schronienie moja teściowa i jej brat, który podobnie, jak wuj E. przez lata pracował na ATK zajmując jeden z domków- eremów. Miałam okazję zobaczyć, jak taki erem wyglądał w środku. Domek miał bardzo grube ściany, były tam jakby dwa mieszkania po prawej i lewej stronie sieni po pokoju z kuchnią. Eremy mają grubo pond 200 lat. Wujek A. zajmował z rodziną cały domek. Erem ma też bardzo głębokie piwnice, które z czasem przerabiano na pomieszczenia mieszkalne, najczęściej kuchnie, kotłownie i spiżarnie. Zachwycały mnie  wystające z fundamentów ogromne głazy, które niektórzy podobno próbowali usuwać, bo zawadzały, tak wuj opowiadał.
W latach 60 -70 tych Wu był dzieckiem, więc niedziele spędzał u wujostwa, ganiając z kuzynostwem i rówieśnikami po lesie i wokół eremów. Zabawy były przednie i bezpieczne, z dala od ulic, zupełnie, jak na wsi. Tak na szybko znalazłam jedno ze zdjęć z tego okresu. Ten mniejszy z liściem na głowie to Wu, po prawej riuna, którą potem zburzono. Widać, że zabawa przednia, hełm z liścia, strzelba z patyka, zapewne była zabawa  w wojnę:)



Jakoś w tym czasie, kiedy Wu beztrosko ganiał po bielańskim lesie zburzono spalone kikuty i dom wuja, na potrzeby rozbudowującej się ATK. Wuj dostał mieszkanie w mieście, zniknęły też ogrody i sad. Ale nie zniknęły eremy, a drugi wuj nadal tam mieszkał ze swoją rodziną. To właśnie ten domek miałam okazję odwiedzać, domu  wuja E ja już nie pamiętam. Kiedy zaczęłam tam przyjeżdżać stały już nowe budynki i ciągle rozbudowywano ATK.





Warszawskie Bielany to sympatyczne miejsce, warto zobaczyć kościół, a także grób Staszica (1755-1826), wybitnego uczonego i działacza politycznego, który za życia często odwiedzał Las Bielański. Prowadził tu obserwacje geologiczne. Pochówek w tym miejscu zastrzegł sobie w testamencie. Pogrzeb Staszica zgromadził tłumy warszawiaków. Trumnę z siedziby Towarzystwa Przyjaciół Nauk (Pałacu Staszica) na Bielany nieśli akademicy. Grób uczonego przez kilka lat był miejscem pielgrzymek. Spotykali się tu m.in. organizatorzy przyszłego powstania listopadowego. Ukryci w krzakach rosyjscy szpiedzy odnotowali m.in. nazwisko Maurycego Mochnackiego. Niewielki nagrobek z popiersiem Staszica stanął dopiero 50 lat po jego śmierci.



Atrakcją są też dobrze zachowane eremy, kiedyś mieszkali tu pracownicy ATK, dziś chyba tylko dwie rodziny, a za chwilę będzie mieszkać  tylko jedna. Reszta zaanektowana już przez służby kościelne.

Atrakcją dla dzieci będzie karuzela z rybami tuż przy murze kościelnym i bez dwóch zdań zagroda osiołka Franka, oraz owieczek, zaraz przy wejściu do kościoła








Na osiołku owym podobno proboszcz wjeżdża na Pasterkę (muszę podpytać u źródła, czy to prawda). Proboszcz zezwala na przychodzenie na mszę z psami, czego byłam dziś świadkiem, co prawda przed kościołem, ale stali ludzie z psiakami, a  w  środku odbywała się msza. Mopek się ładnie przywitał z pieskiem odbębniającym mszę niedzielną.


To może być prawda z tymi psami na mszy (może proboszcz zwierzolubny), bo na terenie szwendają się tłuste koty, które mają przy kościele poustawiane budki, albo zalegają na schodach szopki, która w okresie świąt jest częściowo ruchoma (osioł Franek), a poza sezonem po prostu sobie jest ku uciesze dzieci.









 Za Sasów w pobliżu kościoła zaczęły się huczne festyny w Zielone Świątki. Z równym przepychem bawił się tu Stanisław August Poniatowski. Za przykładem królów poszedł lud. W XIX i XX w. w niedziele i święta las tętnił gwarem rozbawionych warszawiaków. Budowano dla nich karuzele, huśtawki, strzelnice i inne urządzenia rozrywkowe. Po II wojnie te tradycje kontynuował utworzony w Lesie Bielańskim w 1950 r. Park Kultury. Wraz z powstaniem rezerwatu place zabaw zniknęły. Warto się wybrać do lasu, wiekowe drzewa liściaste robią wrażenie, szczególnie te, które ze starości złożyły swoje konary na ziemi, nikt tego nie uprząta, jak to w rezerwacie, więc wygląda to dziko i malowniczo.






Jeszcze jedna ciekawostka. „Najbardziej znanym kamedułą” dzięki powieści Henryka Sienkiewicza na warszawskich Bielanach był brat Jerzy czyli pułkownik Jerzy Michał Wołodyjowski - jego figura w habicie znajduje się w otworze wieży kościoła, natomiast brama, przez którą niby wjeżdżał na teren, dziś nieszczęśliwie zasłonięta jest przez parking dla samochodów i kto nie wie, gdzie jej szukać może jej nie zobaczyć.




Idąc w stronę Wisły miniemy najnowsze budynki ATK, a za nimi plebanię, tę, którą Wu pamięta jeszcze z czasów dzieciństwa. Dziś na jej teren wjazd kosztuje 10 zł.



 Dalej dojdziemy na taras widokowy skąd widać Wisłę i hałaśliwą trasę gdańską.Po drodze zwalone drzewa, na jednym osobliwa kapliczka, a krzaki wokół ustrojone barwnym, sztucznym kwieciem.





Potem można zejść łukiem w dół, dotrzemy za kilkadziesiąt metrów do źródełka, na którym jest podany rok 1855. Ale Wu mówi, że w latach 70- tych leżała tu kupka kamieni na wzór małej groty z której wystawała rurka z cieknącą wodą.



A dalej to już las, można iść ścieżką wzdłuż trasy gdańskiej, ale jest hałaśliwie, można iść też wzdłuż płotu otaczającego ATK i wejść do lasu, gdzie mnie ludzi, za to ładne ścieżki, piękne drzewa i cisza. Jeśli się zgłodnieje to można iść do podziemi kościoła i napić się kawy lub herbaty, albo w nowych budynkach od strony parkingu zajść do Bistro Luna na obiadek niedzielny.


Grażynko, czy zachęciłam Cię do odwiedzin na Warszawskich Bielanach? A może, jak zawita do Warszawy Arte-Powsinoga wybierzemy się tam razem?
Można też się wybrać na Cytadelę...

Koniec wycieczki proszę Państwa, jeszcze jeden rzut oka na bielański kościół i pora do domu, na grzybową z ziemniaczkami i skwarkami boczusiowymi.




Jeśli ktoś ma jeszcze ochotę, to jak zrobimy zlot warszawski, będę przewodnikiem:)

39 komentarzy:

  1. Ciekawe miejsce i bardzo ciekawie o nim opowiedziałaś :)
    To kiedy ten warszawski zlot? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to ja łapkę w górę :)
      przyjadę nawet z Wro :)

      Usuń
    2. Kury się namawiajo...a kiedy się namówio, kto je wie?
      W razie, co przewodnikiem po Bielanach będę:)

      Usuń
  2. Piękną wycieczkę nam przygotowałaś :-)
    Kot Rudasek niesamowity

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grubyyyyy, widać, że biedy nie ma. Dużo tych zwierzątek wokół kościoła, każde zadbane.

      Usuń
  3. Jak dawno tam nie byłam, nawet nie pamiętam...dzięki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w następną niedzielę już wiesz, gdzie na wycieczkę? Pozdrów Frania:)

      Usuń
  4. Znow czlowiek mial okazje poznac dzieki Tobie interesujacy zakatek. Na przewodnika nadajesz sie jak najbardziej, ciekawie oprowadzasz.
    Widze jednak, ze i tam siegnely chciwe macki klechow i zawlaszczyli ten piekny teren.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he miałam taki okres w swoim życiu, że chciałam być przewodnikiem, ale to za późno się objawiło to chcenie.
      Masz rację, co do drugiego zdania.

      Usuń
    2. Jednak do ostatniego zdania masz rację, źle policzyłam zdania:)

      Usuń
  5. Ale sie zdziwilam kiedy zobaczylam tytul! pewnie, ze jestem zachecona do granic mozliwosci...polece tam jak na skrzydlach i to z Powsinogą Pata Caliente Suertudą i Talentosą. A bedzie to mozliwe za dwa, dokladnie, tygodnie, w niedziele 21 lutego...co prawda nie skonsultowalam tego z Arte ale chyba ucieszy sie jak ja. A miejsce rzeczywiscie bardzo ciekawe i zupelnie dla mnie nieznane..bardzo mnie zaintrygowalu eremy, no i reszta tez sie przedstawia niezwykle...spacer z widokiem na Wisle..no no no! dziekuje Mnemo, moze nam sie uda razem pojsc na spacer!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię zachęciłam, oby pogoda dopisała, choć las w śniegu też wygląda cudnie. Jak się nic nie zadzieje to możemy się tam wbrać wspólnie.

      Usuń
    2. ja też, ja też się wpraszam, zabierzecie?

      Usuń
    3. I ja też pięknie proszę o zabranie mnie:))Ależ tam pięknie:)))

      Usuń
    4. Elaja, pojdziemy razem, damy znac!

      Usuń
    5. jasne. wszystkie razem:)

      Usuń
    6. I bardzo mi się podoba ten pomysł:)

      Usuń
  6. Mialas dzisiaj piekny, sloneczny dzien, z niebiesciutkim niebem, zdjecia wyszly fenomenalne, szopka piekna!!Mopek sliczny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, aż żałowałam, że nie pojechaliśmy na Mazury zrobić rekonesans. W lesie widziałam chyba wystające z ziemi niesmiało cebulice. Jednak wędrowanie, Mopek na smyczy i zdjęcia to jest ekwilibrystyka.

      Usuń
    2. Tez widzialam cebulice niesmialo wychylajace czubeczki lisci, na klombie gdzie posadzono krokusy, szafirki, tulipany i zonkile w popzednich latach...

      Usuń
    3. A ja widziałam dziś przepiękne bazie:)

      Usuń
  7. Załapałam się na piękną wycieczkę i opowieść. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiedziałam, że Bielany są takie ciekawe:)))
    Ogromnie mi się ta szopka podoba!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twwoje dziewczynki by się zakocjaly w karuzeli z rybami, kiepsko wyszła na zdjęciu, ale fajna jet.

      Usuń
  9. Ja gupia nie miałam zielonego pojęcia!

    OdpowiedzUsuń
  10. Piękna wycieczka, dzięki Mnemo za oprowadzenie. Rudy kot rozkoszny i osiołek też. Mam nadzieję, że proboszcz nie za ciężki... Możesz mu nasz list podrzucić:)) Uściski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w sumie taki proboszcz może by odczytał...tylko tam miasto we ludzie na mszę przychodzą

      Usuń
  11. a wiesz Mnemo, że ja nigdy tam nie byłam, a pracuję przecież obok, "o rzut kamieniem"! więc ja pisze się na taką wycieczkę, jak będziesz oprowadzać :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak nic, powinnaś zostać przewodnikiem:) Wycieczka bardzo ładna, osiołek ma poczciwą minę, kot zachęca do odpoczynku na schodach. A tyle ciekawych historii: i Staszic, i Wołodyjowski, i Wu z liściem na głowie:)) Przyjeżdżam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaa - dziękuję za zaproszenie na wspólną wędrówkę:))))

      Usuń
    2. Będzie kolejny punkt na mapie Twoich wędrówek.

      Usuń
    3. Będzie kolejny punkt na mapie Twoich wędrówek.

      Usuń
  13. Też nie wiedziałam, że takie klimatyczne miejsce istnieje.
    Chwała proboszczowi za traktowanie zwierząt - ten wyluzowany kociamber dużo o otoczeniu mówi ;)
    Ale komercja, komercja .... pazerność, bez tego się nie da ...

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że zostawiasz słówko:) A im więcej słówek tym milej:)