Dzisiejszej nocy wykopałam topór wojenny i wkroczyłam na ścieżkę wojenną. Dokładnie o 5 rano, powiedziałam dość, chamom, chamstwu i prostactwu.
A było to tak.
Zamiast odpoczywać świątecznie, od północy biegałam i parzyłam miętę, podawałam termometry i medykamenty. Najpierw Wu zaczął stękać, potem zwijać się z bólu i okupować łazienkę. Na przemian WC z wanną, gdzie w gorącej wodzie łagodził okrutne skurcze. Wydawało się, że już, już lepiej, gdy nagle Młody zaczął jęczeć na tą samą nutę. Wieczorna pogawędka, zamieniła się w stęki, jęki, a wręcz momentami wycia. Trochę się wystraszyłam, matko z córką, zatrułam ich jedzeniem czy, co? Ale czym? Wszystko świeżo przygotowane przecież. Podejrzenie padało na susz kompotowy, albo na uszka- gotowce z paczki. Ani tego, ani tego ja nie tknęłam, bo wiadomo, jak się obiad gościom podaje to czasu się nie ma jeść, a potem, jak się posprząta to już jeść się odechce. A, jak inni się zatruli? Były dzieci, była teściowa, starsza osoba. Przecież nie będę dzwonić i pytać w środku nocy.
W tym ferworze niesienia pomocy nie zwracałam uwagi na głośną muzykę dobiegającą z piętra wyżej. Minęła godzina jedna, druga, trzecia, zaaplikowane leki trochę ulżyły w cierpieniach, każdy zajął swoje miejsce w łóżku (aby, co kilka minut i tak startować pędem do WC).
A na górze coraz głośniej. Już słychać nie tylko buc, buc, buc z sufitu, ale sufit zaczyna drżeć, wydawało mi się, że nawet łóżko podryguje. Do tego doszło gremialne podskakiwanie fanów tańca, przy wtórze pisków kobiecych i stukocie szpilek. Towarzystwo widać rozgrzane tańcami i pewno innymi wspomagaczami, otworzyło okna i dalej wrzeszczeć na pół osiedla. Dowiedziałam się z tych wrzasków, że „kurwa lepiej było jechać do Zakopca”…….nożesz, lepiej było!!!!!
W jednym momencie (taki przychodzi), ja, tolerancyjna osoba, która rozumie potrzebę zabawy i radości, nie tylko w czas świąteczny, zamieniłam się w chodzącą furię. No szlag mnie trafił!!!
Tu mi chłopy jęczą, tam wyją, a po suficie stado kucyków biega, no oszaleję!!!!! Patrzę na zegar, piąta godzina. Dość tego.
Złapałam za telefon, wykręciłam 997……doniosłam!!! Miły( o dziwo), dyżurny policji, uznał, że wyjątkowo byłam cierpliwa zgłaszając zakłócenie ciszy nocnej dopiero o 5 rano i obiecał, że wyśle patrol. Przyjechali za 15 minut. Wiem, bo słyszałam, jak kolejne kilka minut dobijali się do drzwi –dzwonka pewno i tak by nikt nie usłyszał. Potem zapanowała cisza, która trwała……15 minut??? A potem znowu puszczono muzykę, którą raz puszczano ciszej, raz głośniej, ale już bez wrzasków i tupania.
Zaczynało świtać, kiedy w końcu zasnęłam.
Obudziłam się z wielkim postanowieniem, że już nigdy nie będę czekać tak długo z interwencją. Następnym razem interwencja będzie o 22:10!!!!!
Darowałam już kilka takich imprez, inni sąsiedzi też interweniowali, ale widać, młody człowiek……przepraszam, cham jeden, gbur jeden, prostak, nie zasługuje na wyrozumiałość. Jak go matka nie nauczyła, trudno musi sąsiadka.
Jego dziadek, nasz wieloletni sąsiad w grobie się chyba przewraca ze wstydu za swojego wnuka.
Wnuczuś w dupie ma, że obok sami starsi ludzie, schorowani. Nie potrafi skończyć imprezy o przyzwoitej godzinie, a przynajmniej na tyle ją uciszyć, żeby inni mogli w swoich mieszkaniach spać.
Mieszkam tu kilkanaście lat i do tej pory nigdy nikt nie zakłócał tu porządku i ciszy, a wystarczy taki jeden cham, gbur, prostak i koniec spokoju.
Kiedyś w dobrym tonie było uprzedzać sąsiadów jeśli robiło się przyjęcie, które mogło przeciągnąć się na późniejsze godziny. Dziś nikomu to do głowy nie przyjdzie.
Dodatkową niespodzianką po nocnej imprezie był jeszcze utrudniony odpływ wody z WC. Podejrzewam, że imprezowiczki, to, co z reguły każda kobieta wyrzuca szczelnie zawinięte do kosza, wyrzuciły do WC. A odpływ mamy wspólny... Na szczęście mam otwarty kiosk na dole i mogłam kupić kreta, którym udało się w końcu przetkać odpływ.
Po tych ekscesach nocnych, wymęczona męska część rodu spała do popołudnia, ja wyrwałam się na chwilkę do Saskiego, zobaczyć „kawałek świata” i odetchnąć świeżym powietrzem.
Reszcie rodziny nic nie było. Dowiedziałam się tylko, że wcześniej kilka dni przechodzili również podobne sensacje i też wybiórczo, bo dotknęły tylko mamę i starsze dziecko, a reszcie nic nie było. Widać zaraza przywędrowała z nimi do nas:)
Tym samym podejrzany przestał być susz owocowy i uszka-gotowce z paczki.
A ja w drugi dzień świąteczny, zamiast odpoczywać, przebierałam pościele, odkażałam łazienkę, żeby francę utłuc.
Jakoś nie mam ochoty na chorowanie. Szczególnie takie z częstym pobytem w łazience.
Oooooo, takie miałam fajne święta.