czwartek, 27 lutego 2014

"Cuda -wianki na Tymianki" - Mnemo śle fanty

To hasło będzie nam przyświecało, razem ze sloganem "Pokochaj Tymianki, daj cosik u Hanki" pod koniec marca, kiedy to w Pastelowym Kurniku, będziemy licytować fanty na rzecz psich bidul w domu Tymianka. Dobrze Hana z Miką wymyśliły, żeby fanty już przysyłać, a kto będzie miał ochotę już teraz będzie mógł coś z galerii prac wybrać i tym samym zapełnić pustawe psie miseczki.

Ja obiecałam, zrobić serduszka. Na początku myślałam o takich kolorowych, zwykłych, które sobie i innym szyję, jednak potem przypomniał mi się transfer!!!! Przecież można zrobić transfer, na dodatek tematyczny, na tkaninie, a potem uszyć serduszka. Tak też uczyniłam i mam do zlicytowania ( na razie) trzy serduszka, na których umieściłam i hasło przewodnie i slogan. 

Jeśli już zostaniemy właścicielkami/lami  takiego serduszka, to zawsze będzie nam ono przypominało o Tymiankowych psiulach i Pastelowym Kurniku, którego gospodynie z dobroci swych serduszek uknuły tą akcję, za, co im chwała:))))

Niezwłocznie zdjęcia  wysyłam do Hany, która umieści je w zakładce swojego bloga Dom Aukcyjny Tymianek's. Tam też zostały opisane zasady zakupu/licytacji itd, itp.

Rewers albo awers, jak kto woli


 Awers lub rewers dla bardziej wymagających:)))


Tak sobie wyglądają dyndające na krześle........


A tak stojące na komodzie.....




No i jeszcze uwieszone tu i ówdzie......






Krótki opis techniczny: serduszka uszyłam na 100 letniej singerce, z bawełnianej tkaniny o dość grubym splocie, koloru ecru. Transfer to nic innego jak odbitka wydruku na materiale, a wypełnienie to standardowe wypełnienie do poduszek. Serduszka są ozdobione koronkami z bawełny, wstążeczkami i sznureczkami satynowymi  tudzież starymi guzikami lub nowocześniejszymi perełkami. Myślę, że wniosą troszkę radości do każdego domu, do którego trafią, a Tymiankowi podopieczni może dostaną za te pieniążki michę lub dwie.

Zapraszam więc do Pastelowego Kurnika........



P.S.

Dziękuję za Wasze wczorajsze i dzisiejsze słowa pod poprzednim postem:)))))

środa, 26 lutego 2014

O tym, jakie Mnemo ma rozterki....

Sama nie wiem, czy pisać o tym. Jednak mam pewien problem, który mnie męczy i wpędza w rozterki, bo dotyczy bliskiej mi osoby, bardzo kochanej zresztą.

W mojej hucie nudzić się nie można, przez cały dzień odpowiadam na pytania ( mądre i durne), słucham, tłumaczę, a najczęściej mówię, mówię, mówię. Podejmuję decyzje jedna za drugą, rozwiązuję konflikty mniejsze i większe, przepraszam, wyjaśniam, słucham narzekań,  podnoszę na duchu, dodaję energii, zachęcam, wydaję dyspozycje, zwracam uwagę, przy okazji zetrę kurze (bo sprzątaczka nie zauważyła, ale już poszła do domu), " naprawię jakiś mebel, bo się odkręciła śrubka i najlepiej to ślusarza wezwać, a roboty na 2 minuty "palcyma", pozbieram papierki, obsmarkane chustki do nosa, bo ludność nie zwykła używać kosza na śmieci. Oprócz tego mailuję, rozmawiam przez telefon i odpowiadam na pytania, które ktoś mi nagle zadaje nie zwracając uwagi na to, że już na ten przykład rozmawiam przez telefon. Jednocześnie wyliczam różne dane w różnych konfiguracjach, bo jeden chce dane z góry do dołu, a inny te same, ale policzone z prawej do lewej. Nieustannie też czegoś szukam, często też tego, czego być może nigdy nie było:)))To zaledwie kilka przykładów z jednego dnia w mojej hucie.

Bywają dni, w których wydaje mi się, że niechybnie czekają mnie w najbliższym czasie wakacje w domu dla bardzo, bardzo, bardzo nerwowo chorych w Tworkach, albo jakimś innym Kościanie. Nie dziwcie się, więc, że kiedy przychodzę do domu to ostatnią rzeczą, której mi się chce to rozmawiać, odpowiadać na pytania, słuchać narzekań i relacji ze wszystkich dopołudniowych wiadomości telewizyjnych. Pragnę minimum godziny pełnej ciszy.
Wydawało mi się, że znalazłam ostatnio na to sposób, o 17:00 ( jak mi się uda do tej pory wrócić) zaczyna się taki jeden serial. Głupi, bo głupi, ale bywają w nim śmieszne teksty, zjadam więc pośpiesznie jakiś obiadek, uciekam do "panieńskiego pokoju" i na leżąco oglądam ów serial przez 50 minut. Tzn. próbuję oglądać. No i po tym przydługim wstępie dochodzę do meritum.

Bo niestety, kilka razy w tygodniu, równo o 17:05 ( no czasem 17:15) mam odwiedziny........ Nie chcąc być  niegościnną zwłóczę się z tego wyrka, ale już nici z godzinnego prawie bezmyślnego gapienia się na głupi bo głupi, ale czasem śmieszny serial, koniec mojej godzinki ciszy, której wyczekuję od ranka. Już sam ten fakt uruchamia we mnie jakiś agresor, takie coś w środku, co się trzęsie i drży ( kiedyś tego nie miałam)  bo wiem, że  podczas tych odwiedzin zawsze, ale to zawsze usłyszę:  kto i co powiedział dziś w telewizji, jakie to łobuzy ci politycy, usłyszę całą relację z Ukrainy ( albo dowolnie innego zakątka ziemi w zależności od sytuacji)  i własne przemyślenia na ten temat, nie zabraknie też o służbie zdrowia, zegarkach Nowaka, podatków Hoffmana, min Kaczyńskiego, wilczych oczu  Tuska.........  Odpowiadam też na różne pytania, bo głupio tak siedzieć i milczeć, choć w zasadzie tylko na to ma się ochotę. Ale mój agresor  wewnątrz rośnie i mam wrażenie, że mnie za chwilę rozerwie na strzępy. Dziś mnie prawie rozerwał, bo oprócz tematów wymienionych wyżej padł temat krzeseł za 10.000,zł i stole za 170.000 zł, które to rząd (?), gdzieś tam sobie kupił, " a  głupich ludzi to się oszukuje itd.itp." Wszystko świetnie, wszystko rozumiem, mnie też wkurza to, co się dzieje i w polityce i w gospodarce i w wielu jeszcze innych dziedzinach, ale kurza i motyla noga, czy dysputowanie o tym w każdym polskim domu, przez całe godziny i codziennie to zmieni? Czy te kupione już kiedyś krzesła nagle znikną i nie będą już kupione? Czy ja mam na boga na to jakiś wpływ, że tak się dzieje?  Dla mnie gadki o tym wszystkim to bezsensowne bicie piany i nie po to nie oglądam wiadomości w TV ( chyba, że podsłyszę, jak WU ogląda), żeby mnie raczono wbrew mojej woli opowieściami o tym wszystkim, dodatkowo z recenzjami własnymi osoby przekazującej. I choć zwykle jestem grzeczna to dziś nie wytrzymałam. Najpierw zamilkłam, co oczywiście zostało zauważone przez Wu, a kiedy doszło do tych nieszczęsnych krzeseł za 10.000 zł i  "rozbójnictwie w biały dzień polityków" to zduszonym głosem poprosiłam o zmianę tematu, na jakiś inny, może o nadchodzącej wiośnie na przykład............a potem dodałam, że naprawdę, bardzo proszę, ale nie chcę już słuchać ani o polityce, ani o krzesłach, ani o Ukrainie ani o niczym innym, chcę po prostu ciszy.......bo mam ostatnio trudne dni w pracy i też tylko słucham narzekań..........
Nastąpiła konsternacja, Wu się wkurzył i wymieniliśmy parę ostrych zdań, chyba za ostrych, kiedy gość w domu, gość........... zebrał się do wyjścia, bo stwierdził, że awantura jest przez niego.......... ja poczułam się  głupio...........................

No i co ja mam zrobić?


Chyba i tak skasuję tego posta..........

piątek, 21 lutego 2014

Mnemo szykuje się do akcji......................

Mnemo przygotowuje si ę do akcji "Cuda- wianki na Tymianki", wspomagane sloganem  "Pokochaj Tymianki daj cosik u Hanki". W tym celu uruchomiła swoją ponad 100-letnią singerkę i  rozpoczęła produkcję fantów.






Wcześniej jednak zajęła się transferem. Bo te serduszka mają być unikatowe, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju. Czy będą? To się okaże. Zobaczymy ilu i za ile będzie na nie chętnych:)



Etap dzisiejszy zakończył się wypchaniem serduszek, jutro będzie etap wykończeniowy, a potem zdjęcia  serduszek powędrują do Pastelowego Kurnika, gdzie będą oczekiwać na AKCJĘ.  Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że "fanty" będzie można licytować, a pieniążki w całości będą przekazane dla Tymianków. Szczegóły będą dokładnie opisane na blogu Dzika Kura w pastelowym kurniku. 
W poprzedniej akcji, którą w Pastelowym kurniku rozbujały Hana i Mika zostało zebrane ponad 1000 złotych dla podopiecznych Ori.
Wiecie ile to misek z jedzeniem? Ja nie wiem, ale myślę, że choć troszkę, troszeczkę, ciutkę, czy ociupinkę wspomożemy te mordki, łapki, ogonki i brzuszki, którymi opiekuje się Ori.

P.S.
Pokażę serdusia w całości  po wykończeniu na tip-top.

wtorek, 18 lutego 2014

Mnemo lamusiara

Jak człowieka przygniata rzeczywistość to musi, bo inaczej się udusi, sprawić sobie jakąś przyjemność. Można sobie wstrzyknąć botoks w usta, zrobić liposukcję, albo chociażby doczepić włosy czy zagęścić rzęsy.
Mnemo zaczęła od prostszych sposobów, a mianowicie, przytargała ze śmietnika, zakurzoną starą walizę. Niejakim poświęceniem było jej odpajęczenie (fuj i ble), ale po wyszorowaniu i zaaplikowaniu do środka gwiazdek anyżowych ( celem pozbycia się piwnicznego zapachu) waliza stanęła na razie w przedpokoju i "robi" za durnostrojkę. Wzbudza zainteresowanie przybyłych, bo pytają czy gdzieś wyjeżdżam, czy co?
Chętnie bym wyjechała, ale niestety nie zanosi się, chyba, że na jakiś oddział, gdzie stawiają do pionu ludzi sfrustrowanych z mocno zaniżonym poczuciem sensu tego, co się wokół dzieje.


Kolejnym eksponatem zakupionym celem polepszenia sobie nastroju jest owa kropielniczka, którą wytargowałam na Kole, a przyszło mi to ze zdumiewającą łatwością. To znaczy targowanie się.
Takiej w swoich zbiorach nie mam i w końcu muszę je wszystkie powiesić, bo od jesieni czekają na ten moment w koszyku wiklinowym.


 A to cudeńko, wycyganiłam za 9 złotych, pan bardzo przepraszał, że taki obity, nawet miał zamalować obicia zieloną farbą olejną,ale nie zdążył. Zdążyłam mu za to powiedzieć, że wtedy z pewnością bym dzbanka nie kupiła, bo obite mnie bardziej kręcą.

Wyobrażacie sobie bukiet polnych kwiatów w tym dzbanie? Bo ja tak i wiem, że będzie wyglądał cudnie.....


Ten niebiski dzbanek u tego samego pana, wycyganiłam z drodze powrotnej, za taką samą cenę, jak poprzedni, choć chciał dwa razy więcej. Bo nie był obity!!!! Nie jest tak urokliwy, jak poprzedni, no i nie ma żadnych obić, ale przypomina mi dzbanek z dzieciństwa, w którym stała latem przyszykowana zimna kawa zbożowa. Będę taką serwować w Kaczorówce. Kto chętny na zbożówkę z dzbanka? Latem, w cieniu sosen? Na hamaczku leżąc?


A to już moje ostatnie serduszkowe kreacje. Szkoda, że nie można się utrzymywać z produkcji takich serduszek, bo to zajęcie miłe i rozluźniające, co w moim przypadku jest nader pożądane:)))


O i tyle na dziś o Mnemo lamusiarze, która nie nadąża za rzeczywistością i marzy o dostatnim życiu,które zapewni jej produkcja szmacianych serduszek:))) To taki żart, bo, co innego mi pozostało..........


niedziela, 16 lutego 2014

Kacza opowieść

Czasami dostaję aluzyjne prezenty. Jakoś tak niektórych prowokuje ku temu pewien fakt, który to w odległej przeszłości zaistniał i istnieje do dnia dzisiejszego.  Bywało, że fakt ów czasami pomagał, czasami prowokował dość osobiste pytania, a czasami bywałam obdarzana spojrzeniami, które delikatnie mówiąc były pogardliwe. Przywykłam. W końcu nie jednemu psu Burek.

Jakiś czas temu od koleżanki, która dziś szczęśliwie cieszy się uciechami wcześniejszej emerytury, dostałam taki oto prezent.


Owa kaczusia miała jeszcze zawiązaną amarantową kokardkę na szyi, co ponoć miało wzmocnić łudzące podobieństwo do mnie, bo w amarantach mi ponoć ładnie. Kokardka gdzieś się zapodziała, a kaczusia, stała do dzisiejszego dnia samotnie na półce.
Niechętnego zwykle Wu na takie eskapady z samego rana w niedzielę (zimno), namówiłam do wypadu na Koło. Ja uwielbiam takie miejsca, Wu też, ale ewentualnie, gdyby takie Koło na przykład lub inny pchli targ przyjechał do niego. Bez zbędnego jednak marudzenia pojechał ze mną, mrucząc pod nosem jedynie, po kiego grzyba mi serwis kawowy czy też herbaciany na 12 osób. Bo w  zasadzie pojechaliśmy jedynie sfinalizować zakup pięknego angielskiego serwisu w różyczki, który wczoraj w samotnej eskapadzie na Koło wypatrzyłam. Niestety cena była dla mnie zbyt wysoka, ale jakoś tak poprowadziłam rozmowę z bardzo miłym panem (wielokrotnie kupowałam u niego kropielniczki), że, jak nie uda mu się sprzedać za cenę, którą on chce, to sprzeda mi za taką, jaką ja proponuję. Wymieniliśmy się telefonami. Jednak dziś z samego rana uznałam, że lepiej jednak pojechać osobiście. No i pojechaliśmy. Niestety jeśli chodzi o serwis to wyszły nici, bo człowieka dziś na Kole nie zastałam. Trudno, choć żal pozostał, że taki piękniutki serwis poszedł mi koło nosa, choć szansa jeszcze jest tylko muszę zadzwonić.

Raczej się nie zdarza, żebym z Koła wróciła z pustymi rękoma i choć kieszeń pusta, ( żeby mieć serwis muszę z pewnej rzeczy zrezygnować) to za parę groszy zawsze coś przywlokę. Tak było i tym razem.
Wypatrzył go Wu i zdecydowanie oświadczył "chcę kaczora". Jak mogłam odmówić, w końcu zdobył się na takie poświęcenie jadąc ze mną na to Koło. Po krótkich targach cenowych Kaczor był nasz.




W końcu moja kaczuszka ma swojego chłopaka, a jakiego wypasionego!!!!
Ładna z nich teraz para, prawda?



W domu wyjmując kaczora z torby zapytałam Wu, jak mu damy na imię? Bo jakoś tak wszystko, co nabywamy musi zostać zaraz ochrzczone. Bez zastanowienia odpowiedział "Jacuś"i dodał, Ty masz tyle kolekcji to ja też chcę mieć "będę zbierał kaczki"................
Myślę sobie, że chyba powinien zbierać na nowe lokum, bo za chwilę nie będzie gdzie upychać tych wszystkich kolekcji:)))

A co jeszcze przywlokłam z Koła to już następnym razem:))) Najważniejsze, że kosztowało mnie to tle, co dwa obiady u "Chińczyka", a radochy zdecydowanie więcej, po chińczyku mam z reguły wzdęcia:)))

czwartek, 13 lutego 2014

Czas serduszkowy

Krótko i na temat, serduszek naszyłam.Takich, oooooooo








I choć chciałoby się poszyć więcej, to niestety mus najpierw odrobić zadaną pracę domową z innej dziedziny. Przesyłam Wam serduszkowe pozdrowienia i ucałowania:)) Na Walentynki i nie tylko:)))

wtorek, 11 lutego 2014

Panieński pokoik

Niby nie taki duży, wydawało się, że jeden dzień i będzie po remociku. Guzik prawda, trzy bite dni zajęło nam doprowadzenie pokoju do użyteczności i jeszcze pewnie troche czasu zajmie zanim pojawi się w nim wszystko, co pojawić się ma. Ściany krzywe, wwiercenie się w ścianę nośną wymagało wiertła udarowego i wielkiej cierpliwości Wu. Nie przytoczę epitetów, którymi owa ściana została obrzucona, ale koniec końców nowe listwy zostały zamontowane, parapecik też, a ściany, choć nie mają koloru, który mieć powinny nie bez trudu zostały pomalowane warstwami dwiema, bo uporczywie poprzedni kolor wyłaził i wyłaził spod spodu. Pokoik zyskał nazwę "panieńskiego", bo który chłop chciałby zamieszkać w otoczeniu tych wszytskich babskich durnostrojek, narzutek patchworkowych i innych przydasi.





Upakowałam tu swój zbiór lalek, walizek, maszyny 100-letniej, dzbanków przwleczonych z pchlich targów i obśrupanego krzesła, które po wstępnym odarciu z farby pozostało w stanie takim, jak widać, ale mnie ten stan się podoba.






Pozostały jeszcze do zawieszenia obrazki, pastele Hanczyne i te śliczne grafiki, które kiedyś zjawiły się jako prazent od zaprzyjaźnionego internetowo Papcia Chmiela. Mają bardzo dziwne wymiary i nijak nie pasują do statdardowych ramek ze sklepu.
 Tylko jedną udało się wpasowć w gotowca.


Ruszyłam też dziś na poszukiwania "czegoś", co dodatkowo pozwoli mi na dokomponowanie wystroju. A co upolowałam? Fajny kawałek materiału, pasujący kolorystycznie do pokoju, powstanie z niego "coś", może poduchy? Może serducha?

 Dwie piękne zazdrostki, haftowane na cieniusienikim batyście, zawisną pewnie w kuchni.


W czasie, kiedy ja zmagałam się z remontem i nie miałam nawet czasu do Was zajrzeć w Pastelowym Kurniku działy się rzeczy bardzo ważne. Wiecie takiego zrywu dobrych dusz i dobrych serc to ze świecą szukać. Mokro mi w oczach na samą myśl. Dziewczyny planują akcję powtórzyć w marcu, z pewnością będę Was gorąco zachęcać do wzięcia w niej udziału. Już w głowie mi się roją pomysły na fanty, które będzie można licytować, a wszystko to na rzecz zwierzyńca u Ori. Ktoś nie zna Ori? Koniecznie musi poznać i zobaczyć, co ta dziewczyna robi dla potrzebujących zwierzaków. Opisuje też na blogu bezmiar okrucieństwa, które dotyka te biedne stworzenia.

Kiedy patrzę na mojego gluta, rozpieszczonego i kochanego, nie mogę zrozumieć,dlaczego stworzenie ludzkie potrafi tak strasznie, tak okrutnie traktować zwierzęta, ajk to Ori opisuje. A pomysł Hany i Miki pozwoli choć na jakiś czas zapełnić ich puste miseczki, albo podać konieczne leki.



Pozdrawiam Was serdecznie, witam nowych obserwatorów i udaję się do .......chyba dziś maszyna pójdzie w ruch. Będą się serca tworzć. Wiecie, jakie to przyjemne uczucie, kiedy calutki dzień macie dla siebie? U mnie to bardzo rzadkie zjawisko, więc dziś chce się tym czasem nasycić. Buziaczki dla Wszystkich:))

niedziela, 9 lutego 2014

Musicie, musicie tam zajrzeć.......

Po trzech dniach, kucania, wstawania, włażenia na drabinę i złażenia, machania pędzlem, wałkiem,szczotką, odkurzaczem....uffff można powiedzieć, że skończyłam. Ledwo żywam, więc nic więcej gadać nie będę, tylko tyle, że koniecznie trzeba lecieć do Pastelowego Kurnika, tam się dziwy dzieją, tam się cuda dzieją i to w jakim szczytnem celu.........a jakie skarby można nabyć, a jakie fanty cudne.......

Mój malutki ludek też jest, może ktoś będzie miał ochotę.......




Zdjęcie cyknięte, jak widać w przerwie remontowej, na tle zagipsowanej ściany, ale nawet nie było, gdzie bidoka postawić.........

środa, 5 lutego 2014

Co by tu zmalować?

Lody stopniały, mróz zelżał. Ponoć kwitną (gdzieś tam) krokusy i przebiśniegi. Nie wiem, czy to oznaki ustępującej zimy, czy jakiś inny bies przekorny judzi mnie i podszeptuje, żeby .......malować. Nie będą to niestety obrazy żadne, ba nawet pastelki to nie będą. Będę robić malowanie, małego. Pokoju znaczy się. Tak dłużej nie może być, młodzi dwa miesiące temu poszli na swoje, zostawiając na ścianach skutki zgubnego nałogu,który to przejawia się zbrunatnieniem ścian w miejscach, gdzie nie przykrywają go obrazki, czy inne wiszące durnowiśki. Pod nimi ściana ma zgoła inny kolor niż cała reszta. Lekko kremowy taki, podczas, gdy reszta jakaś taka w burą wpadająca.
Pomysł baby nie znalazł aprobaty w oczach drugiej połówki, która to tkwi jeszcze w letargu zimowym i nie odczuwa przemożnej potrzeby pomachania wałkiem. Generalnie cierpi na to samo, co ja do dzisiaj, czyli ( jak z cytowanej tu już książki) "leń-go-tropi" i uprawia codzienne leżenie do góry kołami na kanapie.
Nie, to nie, nie takie rzeczy się już robiło. Nie darmo się mówi, gdzie diabeł nie może babę pośle.
Baba na dobry początek zaczęła porządkować graty zbędne i przeszkadzające w malowaniu. I co ona takiego odkryła? Ano to.....
















Ocalałe resztki pokaźnego kiedyś zbioru płyt, słuchanych na początku na adapterze Bambino, a potem na gramofonie nowszej generacji, który miał jakieś swoje humory, więc do łask znowu wrócił adapter. Nie wiem, co się stało z resztą płyt, kiedy się przeprowadzałam zdeponowałam je u rodziców, ale kiedy sobie po latach o nich przypomniałam w warsztacie ojca znalazłam te smętne resztki. Zabrałam ze sobą choć już nie mam ani adaptera Bambino ani gramofonu. Zostały troszkę na pamiątkę czasów, kiedy, żeby posłuchać muzyki nie wystarczyło kliknąć na jutuba. Po niektóre z nich brat mój jeździł aż do Gdańska, żeby je kupić od marynarzy, niektóre to prezenty. Zostawię, je sobie na pamiątkę:))

A od jutra zabieram się za przygotowania do machania wałkiem. Nie wiem, jak to pójdzie, bo pomocnicy na na razie woli bożej nie czują, jeden, ten, co gadać potrafi, twierdzi, że uprawiam terror i zamordyzm malarski, drugi......no sami zobaczcie, co mi z takiego pomocnika.


Nie szuraj kobieto, śpię przecież........

Możesz tak stukać i pukać, tak się nie ruszę.........


Nie, no!!!! Zwariowała ta moja pańcia, ona naprawdę będzie malować.........



P.S. Żeby było śmieszniej na przekór chyba wiosennemu zacięciu, kolor farby nosi nazwę "Pejzaż zimowy".