niedziela, 30 czerwca 2013
Część druga oj dana, oj dana
No to druga część moich złotych myśli. Spisane ładnych kilkanaście lat temu, gdyby nie zapobiegliwość Wu zginęłyby w mrokach dziejów, ha, ha:))
Na wsi siedząc pod orzechem:
JA: O, gryząca biedronka!
ONA: No... grybry...brygry... gybry... rygry...
Przyglądając się zabawom dziecka z chomikiem:
ONA: Chomiki mogłyby być większe...
JA: No... takie jak psy.
ONA: I robiłyby boby jak telefon.
Ona: Jak będziesz chciał to dam ci od połowy.
Dobre śliwki - mają dużo mięsa.
W rozmowie telefonicznej z informacją PKP:
Po zgłoszeniu się informacji, wybuch śmiechu i takie oto zdanie:
- Przepraszam, ale strasznie długo czekałam i śmiać mi się zachciało z tego powodu.
Oglądając G.W. Busha w TV:
- On ma takie podniesione brwi... jak ten mniejszy z Chaplinów.
Opowiadając o pracy:
- Facet wyszedł ode mnie szczęśliwy jak pies po deszczu.
Ona: Popatrz jak to jest – tam w mózgu jest tyle różnych zwojów uzwijanych... i jak to potrafi człowieka udręczyć
A teraz idę zmyć kurz mazurski, zdrapać do reszty lakier z pazur, zgrać zdjęcia i wymoczyć się w gorącej kapieli. Ta mazurska pogoda to potrafi człowieka dobić. Wczoraj słoneczko kolacja na leżaczku z winkiem i zachądzącym słońcem, dziś wichura, czarne chmury, deszcz i przenikliwy ziąb. Ale zakomponowałam sobie kwiaty na dwóch ścianach altany tzn. w przestrzeni ogorowej za tymi ścianami. Wymyśliłam, że na jednej będą kwiaty w tonacji fioletu, macierzanka, lawenda, dzwonek brzoskwiniolistny, a na śamej ścianie fioletowa kobea i na końcu rabaty róża wejgela, czy jakoś tak, na drugiej będzie żółto, taki jakiś rozchodnik kwitnący na żółto i dwa rodzaje coraz wyższych żółtych kwiatów, trzecia będzie różowa, krzaki krzewuszki, kosmosy i żurawka. Czwarta będzie biała, kwitnące na biało skalniaczki i margerytki. Na piątą nie mam jeszcze konceptu. Nasadziłam dziś dwie, fioletowa i żółtą. Zdjątka może jutro.
A tu dla Was moje dwie rachityczne róże.
I Mopek w oczekiwaniu na wyjazd.
sobota, 29 czerwca 2013
Post z telefona
Trza isc z duchem czasu i wykorzystywac zdobycze techniki, co niniejszym czynie i z mojego zadupia Wam buziole serdeczne przesyłam za pomoca telefona.
Nie wiem co to cudo jeszcze potrafi, całkiem możliwe że krawaty wiąże usuwa ciąże i za pomocą rurki kisi ogórki......
przekonam się z czasem:)
Jak na pierwszy raz to i tak zrobił dużo.
Wasze zdrówko:)
piątek, 28 czerwca 2013
Oj dana, dana, czyli powiedzenia mojej żony.......
Natchniona nocną konwersacją na blogu Kretowatej i złożoną obietnicą publikuję moje autentyczne, przez lata zbierane, powiedzenia. Zapisywał je kiedyś, mój nadworny paparazzi, reżyser i rysownik w jednym.
Dobrze, że nie zapisał mojego gadania przez sen, bo tez potrafię:)
Dziś część pierwsza, bo jest ich troszku :))))
- A to pewnie Ciabata roznosi świeże powietrze.
- Synku nie chodź na bosaka – gacie jakieś załóż
- Lubię nakrycia głowy z kapturem.
- Kur z kogutem chodzi dla jaj.
- Rozmowa to najlepszy środek, a jak nie, to nóż i... wybebeszyć.
- W gruncie rzeczy, nie jest tak, że nie zgadzam się z negatywnymi opiniami o kobietach - martwi mnie tylko to, że też jestem do nich zaliczana.
JA: Kogo ty właściwie kochasz, mnie czy Basię?
ONA: ...yy.. Basię
JA: Od fryzury?
ONA: Żeby myśleć.
JA: Ale co?
ONA: No, że coś tam, coś tam, coś tam, coś tam i coś tam...
- Kijów leży nad Dnieprem. A nad Dnieprem dzieje się przecież akcja ”Nad Niemnem” Orzeszkowej.
- ona odchodząć od lodówki: przez ciebie najadłam się sera.
- Hola...,
Po chwili namysłu dodaje:
- To znaczy, halo...
- kobiety potrafią prowadzić samochód...
... po swojemu.
- No dobra, skoro już nie możesz mi nalać dużo, to nalej choć sprawiedliwie.
- Schowaj wannę pod fotel.
- Żeby pracować w kuchni trzeba mieć bardzo rozdwojoną koncentrację.
ONA: Jaki piękny wieczór... można by wyjść na spacer z psem.
JA: Ale ty przecież nie masz psa.
ONA: No tak... ale mam ciebie.
JA: Boże, kiedy ja ostatni raz grałem w tenisa...
ONA: A ja?
Po chwili namysłu dodaje:
- Chyba nigdy.
- O, wygniwa... wygniwowywywuje...
- Bardzo dobra herbata. Smakuje jak siano.
- jestem taka wściekła, że bucha ze mnie trawa!
I to byłoby na tyle.Spadam, jak jutro zaśpię do roboty poproszę Was Hana, Krecie, Miko, Kocie o usprawiedliwienie. Napiszecie co?
Dobrze, że nie zapisał mojego gadania przez sen, bo tez potrafię:)
Dziś część pierwsza, bo jest ich troszku :))))
- znajdując powieszone na klamce od drzwi wejściowych bułeczki w reklamowej torbie firmy CIABATA:
- A to pewnie Ciabata roznosi świeże powietrze.
- Do dziecka:
- Synku nie chodź na bosaka – gacie jakieś załóż
- W deszczowy dzień:
- Lubię nakrycia głowy z kapturem.
- Kiedyś tam:
- Kur z kogutem chodzi dla jaj.
- W dyskusji o metodach dyscyplinowania pracowników:
- Rozmowa to najlepszy środek, a jak nie, to nóż i... wybebeszyć.
- W związku z męskim szowinizmem:
- W gruncie rzeczy, nie jest tak, że nie zgadzam się z negatywnymi opiniami o kobietach - martwi mnie tylko to, że też jestem do nich zaliczana.
- Po trwającej kilkadziesiąt minut rozmowie telefonicznej z przyjaciółką:
JA: Kogo ty właściwie kochasz, mnie czy Basię?
ONA: ...yy.. Basię
- ONA: A od czego jest głowa?
JA: Od fryzury?
ONA: Żeby myśleć.
JA: Ale co?
ONA: No, że coś tam, coś tam, coś tam, coś tam i coś tam...
- W trakcie rozmowy na temat Ukrainy:
- Kijów leży nad Dnieprem. A nad Dnieprem dzieje się przecież akcja ”Nad Niemnem” Orzeszkowej.
- któregoś dnia o 23.00:
- ona odchodząć od lodówki: przez ciebie najadłam się sera.
- Ona odbiera telefon:
- Hola...,
Po chwili namysłu dodaje:
- To znaczy, halo...
- O kobietach za kierownicą:
- kobiety potrafią prowadzić samochód...
... po swojemu.
- O piwie:
- No dobra, skoro już nie możesz mi nalać dużo, to nalej choć sprawiedliwie.
- Ni stąd ni zowąd:
- Schowaj wannę pod fotel.
- Porada dla syna smażącego chleb:
- Żeby pracować w kuchni trzeba mieć bardzo rozdwojoną koncentrację.
- Wieczorem w samochodzie:
ONA: Jaki piękny wieczór... można by wyjść na spacer z psem.
JA: Ale ty przecież nie masz psa.
ONA: No tak... ale mam ciebie.
- O tenisie:
JA: Boże, kiedy ja ostatni raz grałem w tenisa...
ONA: A ja?
Po chwili namysłu dodaje:
- Chyba nigdy.
- Na widok spleśniałej mandarynki:
- O, wygniwa... wygniwowywywuje...
- W gościach:
- Bardzo dobra herbata. Smakuje jak siano.
- Przez telefon do kogoś:
- jestem taka wściekła, że bucha ze mnie trawa!
I to byłoby na tyle.Spadam, jak jutro zaśpię do roboty poproszę Was Hana, Krecie, Miko, Kocie o usprawiedliwienie. Napiszecie co?
wtorek, 25 czerwca 2013
Wyróżnienie i...dupczing po lubczingu na kocingu z Wiedźmą w tle.....
W zasadzie ten post miał się nie pojawić, tzn.to, co w dalszej części się pojawi. Ale ponieważ ta nominacja nadejszła to pomyślałam sobie, że tak tylko się wyróżnieniem chwalić nie wypada. Jednak na początek to proszę Państwa chwalić się będę. Wyróżnieniem oczywiście. A dostałam je od Ani.Mani z bloga Dom na ogrodowej. Właścicielka mnie nominowała, za dekupki, których jakoś u mnie od pewnego czasu , jak na lekarstwo ( to ten leń) i za sprawozdania z Mazur. No, jak przeczytacie dzisiejsze to nie wiem, czy tu jeszcze zajrzycie:)))
Ponieważ zasadą tej zabawy jest odpowiedź na pytania nominującego, to odpowiadam:
1. Książka z dzieciństwa, której nie zapomnę ... "Królowa śniegu" - to pierwsza książka, którą samodzielnie przeczytałam i o mało co, już w wielku 7 lat przez nią nie weszłam na drogę występku, ponieważ tak bardzo chciałam ją mieć na własność, że postanowiłam jej nie oddawć do biblioteki. Skończyło się na upomnieniu pisemnym z biblioteki i łajanek od matki, kiedy przyszło pisemne zawiadomienie, że jej już kilka miesięcy nie oddaję. Zdaje się, że wtedy nie wiedziałam, że takie zatrzymanie sobie książki to coś złego. Ale wtedy się dowiedziałam.
2. Pan Samochodzik czy Ania z Zielonego Wzgórza? - ta część mnie, która była chłopaczarą, czy inaczej "diabłem w galopie", jak mnie mama czasem nazywała, uwielbiała Pana Samochodzika, te tajemnice i przystojny Kapitan Klos w roli głównej ( w wersji filmowej), ale ta druga część, wiotka, słodka i romatyczna lubiła podczytywać Anię...tylko kolor włosów nijak mi nie pasował do tych moich.
3. Ulubiona postać z Kubusia Puchataka? Oj Tygrysek, też czasami mam ochotę poskakać na ogonku.......
4. Książka papierowa, audiobook cze e-book? - papierowa i na dodatek taka ze starych wydań, te nowoczesne, z okropną grafiką i złoconymi napisami mnie odrzucają.
5. Szkolna lektura, która była drogą przez mękę?- Sorki, ale "Dziady" no nie dałam rady w całości......
6. Poezja czy proza? Proza, poezja, zawsze była, kiedy mi było źle........
7. Gdybym miała polecić jedną książkę nieznajomej osobie byłaby to ...klasyki polecać nie będę bo to każdy czyta, ale polecę"Każdy żyje jak umie", dla rozrywki, uśmiechu i żeby zobaczyć, jak żyli Sami swoi zanim przybyli zza Buga na Ziemie Odzyskane.......
8. Kryminały lubię, nie lubię bo ...ani lubię ani nie lubię, kiedyś czytałam, dziś już nie, bo nie mam czasu.....
9. Ulubiona książka kucharska: a taka stara, dostałam od teściowej i kiedyś, kiedy umiałam jedynie przypalić wodę w garnku z niej korzystałam, teraz coraz mniej mi się chce gotować wystawnie.
10. Gazety/czasopisma kupuję/nie kupuję bo ...nie kupuję, w każdej jedna i ta sama sieczka. Życie gwiazd i celebrytów mam w nosie, a tam tylko to na każdej stronie, no albo polityka panie, a to też omijam łukiem szerokim.
11. Blogowy świat jest dla mnie ...nowością, chwilą oddechu, uśmiechu, inspiracji.
W bliżej nieokreślonej przyszłości sama jakieś pytnia wymyślę i zabawę przekażę dalej..........
Dziękuję Aniu.Maniu :))
A teraz o tym lubczingu i dupczingu na kocingu. O matko od czego tu zacząć i jak to podać w formie przystępnej, żebyście nie pomyśleli, że już mi całkiem na dekiel padło i żeby było krótko.
To może tak.
Ostatni weekend, jak ostatnich kilka, spędzałam na Mazurach. Miało być rycie w ziemi itd, itp.,ale szczerze powiedziawszy nie bardzo mi się chciało. Z opresji wybawił mnie telefon. Otóż nasi znajomi, którzy byli w sprawach rodzinnych 100 km od nas postanowili zboczyć z drogi i wypić z nami kawkę. Jak już przyjechali to zostali. Ich wizytowe ubrania, zległy na kupie, a oni sami zostali ubrani w naszą garderobę mazurską. Ona w moją seksowną piżamkę z czasów, kiedy "motylem" byłam w kolorze jasnego różu w białe paski, On do swojej wizytowej koszuli w prążki włożył pomarańczowe szorty Wu. Żeby jakoś zgrać nasz wygląd ja włożyłam uniform klauna, a Wu przywdział przykrótkie spodnie w panterkę. W takim to stroju ruszliśmy na krótki wieczorny spacer po lesie, który skończył się nad jeziorem. Gromadka młodych ludzi właśnie opuszczała po kąpieki cypelek patrząc się na nasze stroje rozbawionym wzrokiem, wielki księżyc w pełni świecił na taflę jeziora, było parno, duszno, nastrojowo, a woda mmmmm, była "pyszna". Jak tu nie skorzystać z takich nastrojowych klimatów, gorącej wręcz wody i po kilkuminutowej posiadówce na pomoście nie dać nurka w głębiny?
No ja to może w płyciny, ale chłopcy, a i owszem na głębszą wodę popłynęli. Tylko Ona wystrojona w moją seksowną bieliznę nocną skusić się nie dała twierdząc, że pod landrynkową piżamką ma różowe stringi i obciachu robić nie będzie.
Ja stwierdziłam, że skoro ciemna noc nastała to czarna bielizna różowością nie zaświeci i bez zbytniej krępacji po zrzuceniu stroju klauna dokonałam pierszy raz w tym roku kapieli w jeziorze.
A potem podrajcowani kąpielami, zapachami nocnego lasu udaliśmy się do ogniska, gdzie Ona przy lampce wiskhy poczęła snuć marzenia o mężczyźnie idealnym, który mniej więcej miałby wyglądać tak:
wysoki, ale nie tak bardzo
zadbany i gładki, ale trochę zarośnięty
macho, ale łagodny i delikatny
czysty i pachnący ale nie tak do końca
taki, który by ją rozumiał, ale nie do końca, bo lubi być trochę tajemnicza
żeby spełniał jej zachcianki, ale bez przesady, no nie może być pantoflarzem
żeby miał taki szybki samochód, ale żeby jeździł wolno, bo ona się boi tak szybko
żeby nie miał nałogów, a jak już to jakieś takie z wyższej półki....
no, wiecie.... pił cygara i palił wiskhy..........
Tak, tak ktoś z nas odpowiada na to i dodaje " i żeby najadł się lubczingu i zdrobił Ci od czasu do czasu dupczing na kocingu, żeby w tym łożu z baldachimem nudno nie było"
Dalszej treści naszych rozmów nie przytoczę ponieważ potoczyły się w kierunku ogólnie swawolnym, nie do publikowania, który powodował nasze głośne ryki śmiechu słyszalne niechybnie w bliższej i dalszej okolicy, a które zwabiły naszego sąsiada z zaprzyjaźnionej Lemurii, ponieważ w pewnym momencie wychynął z mroku w ręku trzymając tradycyjny napitek mazurski produkowany w upojne noce.
Jak widzicie po takiej dawce śmiechu jestem cała i zdrowa, a nawet zaraz dnia następnego robiłam makijaż takiej jednej Wiedźmie.
Jak oceniacie stylizacja dobra? Wygląda na Wiedźmę? Do tego będzie miała odpowiednią fryzurę, szatę, kości z kurczka na szyi i inne atrybyty wiedźmowe.
P.S. No cóż i tak bywa czasem u nas na tych Mazurach, włos się na skroni bieli, a w głowach nam tańce, hulanki, swawole i pieprzenie od rzeczy:)
Ponieważ zasadą tej zabawy jest odpowiedź na pytania nominującego, to odpowiadam:
1. Książka z dzieciństwa, której nie zapomnę ... "Królowa śniegu" - to pierwsza książka, którą samodzielnie przeczytałam i o mało co, już w wielku 7 lat przez nią nie weszłam na drogę występku, ponieważ tak bardzo chciałam ją mieć na własność, że postanowiłam jej nie oddawć do biblioteki. Skończyło się na upomnieniu pisemnym z biblioteki i łajanek od matki, kiedy przyszło pisemne zawiadomienie, że jej już kilka miesięcy nie oddaję. Zdaje się, że wtedy nie wiedziałam, że takie zatrzymanie sobie książki to coś złego. Ale wtedy się dowiedziałam.
2. Pan Samochodzik czy Ania z Zielonego Wzgórza? - ta część mnie, która była chłopaczarą, czy inaczej "diabłem w galopie", jak mnie mama czasem nazywała, uwielbiała Pana Samochodzika, te tajemnice i przystojny Kapitan Klos w roli głównej ( w wersji filmowej), ale ta druga część, wiotka, słodka i romatyczna lubiła podczytywać Anię...tylko kolor włosów nijak mi nie pasował do tych moich.
3. Ulubiona postać z Kubusia Puchataka? Oj Tygrysek, też czasami mam ochotę poskakać na ogonku.......
4. Książka papierowa, audiobook cze e-book? - papierowa i na dodatek taka ze starych wydań, te nowoczesne, z okropną grafiką i złoconymi napisami mnie odrzucają.
5. Szkolna lektura, która była drogą przez mękę?- Sorki, ale "Dziady" no nie dałam rady w całości......
6. Poezja czy proza? Proza, poezja, zawsze była, kiedy mi było źle........
7. Gdybym miała polecić jedną książkę nieznajomej osobie byłaby to ...klasyki polecać nie będę bo to każdy czyta, ale polecę"Każdy żyje jak umie", dla rozrywki, uśmiechu i żeby zobaczyć, jak żyli Sami swoi zanim przybyli zza Buga na Ziemie Odzyskane.......
8. Kryminały lubię, nie lubię bo ...ani lubię ani nie lubię, kiedyś czytałam, dziś już nie, bo nie mam czasu.....
9. Ulubiona książka kucharska: a taka stara, dostałam od teściowej i kiedyś, kiedy umiałam jedynie przypalić wodę w garnku z niej korzystałam, teraz coraz mniej mi się chce gotować wystawnie.
10. Gazety/czasopisma kupuję/nie kupuję bo ...nie kupuję, w każdej jedna i ta sama sieczka. Życie gwiazd i celebrytów mam w nosie, a tam tylko to na każdej stronie, no albo polityka panie, a to też omijam łukiem szerokim.
11. Blogowy świat jest dla mnie ...nowością, chwilą oddechu, uśmiechu, inspiracji.
W bliżej nieokreślonej przyszłości sama jakieś pytnia wymyślę i zabawę przekażę dalej..........
Dziękuję Aniu.Maniu :))
A teraz o tym lubczingu i dupczingu na kocingu. O matko od czego tu zacząć i jak to podać w formie przystępnej, żebyście nie pomyśleli, że już mi całkiem na dekiel padło i żeby było krótko.
To może tak.
Ostatni weekend, jak ostatnich kilka, spędzałam na Mazurach. Miało być rycie w ziemi itd, itp.,ale szczerze powiedziawszy nie bardzo mi się chciało. Z opresji wybawił mnie telefon. Otóż nasi znajomi, którzy byli w sprawach rodzinnych 100 km od nas postanowili zboczyć z drogi i wypić z nami kawkę. Jak już przyjechali to zostali. Ich wizytowe ubrania, zległy na kupie, a oni sami zostali ubrani w naszą garderobę mazurską. Ona w moją seksowną piżamkę z czasów, kiedy "motylem" byłam w kolorze jasnego różu w białe paski, On do swojej wizytowej koszuli w prążki włożył pomarańczowe szorty Wu. Żeby jakoś zgrać nasz wygląd ja włożyłam uniform klauna, a Wu przywdział przykrótkie spodnie w panterkę. W takim to stroju ruszliśmy na krótki wieczorny spacer po lesie, który skończył się nad jeziorem. Gromadka młodych ludzi właśnie opuszczała po kąpieki cypelek patrząc się na nasze stroje rozbawionym wzrokiem, wielki księżyc w pełni świecił na taflę jeziora, było parno, duszno, nastrojowo, a woda mmmmm, była "pyszna". Jak tu nie skorzystać z takich nastrojowych klimatów, gorącej wręcz wody i po kilkuminutowej posiadówce na pomoście nie dać nurka w głębiny?
No ja to może w płyciny, ale chłopcy, a i owszem na głębszą wodę popłynęli. Tylko Ona wystrojona w moją seksowną bieliznę nocną skusić się nie dała twierdząc, że pod landrynkową piżamką ma różowe stringi i obciachu robić nie będzie.
Ja stwierdziłam, że skoro ciemna noc nastała to czarna bielizna różowością nie zaświeci i bez zbytniej krępacji po zrzuceniu stroju klauna dokonałam pierszy raz w tym roku kapieli w jeziorze.
A potem podrajcowani kąpielami, zapachami nocnego lasu udaliśmy się do ogniska, gdzie Ona przy lampce wiskhy poczęła snuć marzenia o mężczyźnie idealnym, który mniej więcej miałby wyglądać tak:
wysoki, ale nie tak bardzo
zadbany i gładki, ale trochę zarośnięty
macho, ale łagodny i delikatny
czysty i pachnący ale nie tak do końca
taki, który by ją rozumiał, ale nie do końca, bo lubi być trochę tajemnicza
żeby spełniał jej zachcianki, ale bez przesady, no nie może być pantoflarzem
żeby miał taki szybki samochód, ale żeby jeździł wolno, bo ona się boi tak szybko
żeby nie miał nałogów, a jak już to jakieś takie z wyższej półki....
no, wiecie.... pił cygara i palił wiskhy..........
Tak, tak ktoś z nas odpowiada na to i dodaje " i żeby najadł się lubczingu i zdrobił Ci od czasu do czasu dupczing na kocingu, żeby w tym łożu z baldachimem nudno nie było"
Dalszej treści naszych rozmów nie przytoczę ponieważ potoczyły się w kierunku ogólnie swawolnym, nie do publikowania, który powodował nasze głośne ryki śmiechu słyszalne niechybnie w bliższej i dalszej okolicy, a które zwabiły naszego sąsiada z zaprzyjaźnionej Lemurii, ponieważ w pewnym momencie wychynął z mroku w ręku trzymając tradycyjny napitek mazurski produkowany w upojne noce.
Jak widzicie po takiej dawce śmiechu jestem cała i zdrowa, a nawet zaraz dnia następnego robiłam makijaż takiej jednej Wiedźmie.
Jak oceniacie stylizacja dobra? Wygląda na Wiedźmę? Do tego będzie miała odpowiednią fryzurę, szatę, kości z kurczka na szyi i inne atrybyty wiedźmowe.
P.S. No cóż i tak bywa czasem u nas na tych Mazurach, włos się na skroni bieli, a w głowach nam tańce, hulanki, swawole i pieprzenie od rzeczy:)
czwartek, 20 czerwca 2013
Głos Mopka w sprawie zabiegów pielęgnacyjnych.
Moja Pańcia twierdzi, że czystość to podstawa. Dzięki niej już nauczyłem się nazw dni tygodnia. Najbardziej zapamiętałem sobotę. To taki dzień, kiedy moja Pańcia słodkim głosikiem woła do mnie "Mopciu? chodź do mnie piesku, no chodź kochanie......". Ja już wiem, co to znaczy, więc zaszywam się głęboko pod łóżko, ale Pańcia i tak mnie stamtąd wyciąga, bierze z uśmiechem na ręce i ciach, wsadza do wanny w wodą.
To jeszcze bym przeżył, w końcu w jeziorze też pływam z chęcią, ale ona wylewa mi coś śmierdzącego na futro (mówi, że to szampon), a potem robi z tego obrzydliwe,białe bąble........Potem drapie, skrobie i miętosi mnie po futrze. Czekam cierpliwie, bo jestem malutki i tak z nią nie wygram. Jak zaczęła to chyba kiedyś skończy no nie? Ale trwa to za długo jak na mój gust. Po obrzydliwych bąblach i całkiem miłym skrobaniu przychodzi czas na płukanie mojego futerka prysznicem. Jestem cały czas cierpliwy. Już wiem, że do końca zostało jeszcze trochę, bo jak pod strumieniem wody zniknie piana to moja Pańcia wysmaruje mi futro zieloną mazią.
Jak robiła to pierwszy raz to myślałem, że przerobić mnie chce na Shreka, ale Pańcia do Pana, który asystował przy tych torturach powiedziała, " dam odżywkę na futerko, żeby pięknie błyszczało". Nie wiem, co to znaczy "pięknie błyszczało", ale jak Pańcia mówi, że będzie ładnie to nie mam wyjścia, muszę jej wierzyć. Tak mówiąc po cichu, to mam własną receptę na piękne futro. Wystarczy wytarzać się w jakieś zdechłej myszy, to nie dość, że skręt włosa lepszy, a i zapachu nabieram niepowtarzalnego. Nie wiem jednak, jak moją Pańcię przekonać, że moje zabiegi pielęgnacyjne są lepsze. Ta odżywka to jednak nie koniec, niestety. Pańcia jeszcze raz płucze moje loki prysznicem, a potem zawija mnie szczelnie w ręczniki. Pomyślałby ktoś ufffff to już koniec, ale skąd, wcale nie. Bo teraz moja Pańcia wyciąga narzędzie tortur nazywane SUSZARKĄ.
Chcę czy nie, owiewa mnie przez dłuższy czas ciepłym strumieniem powietrza przemawiając do mnie, czule co chwila: "stój Mopciu grzecznie, Pańcia wysuszy futerko, żeby nie zgniło". No to stoję! A mam inne wyjście? Nie, bo drzwi od łazienki też zamknęła. Ma też specjalny grzebień do moich loków, które koniecznie, ale to koniecznie po suszeniu musi uczesać. Perfekcjonistka jedna, no!
Na koniec mycie zębów, ostatnio to wymyśliła, bo, jak twierdzi "wali mi z mordki". Nie wiem, co sobie myślała, że niby czym ma walić, fiołkami? Potem wszyscy domownicy, goście i starsze panie na spacerze zachwycają się moim wyglądem, ale ja ich i tak nie rozumiem. Zdecydowanie wolę sfilcowane futerko pachnące zdechłą myszą, ale ludzie tego jednak nigdy nie pojmą..........
Jedyna korzyść z tych zabiegów pielęgnacyjnych to bezkarne tarzanie się po kanapach,
fotelach.....
i jeszcze jedna, najważniejsza, możliwość spania z Państwem w jednym łóżku:))
P.S.
Podszczekuję serdecznie do Wszystkich, dziękuję za troskę o moją dupkę. Jest już lepiej i nawet upiekła mi się kolejna wizyta u weta. Nagle zrobił sobie urlop:))
Wasz Mopek
wtorek, 18 czerwca 2013
Historia naszych psów
Odkąd pamiętam w naszym domu były psy i koty, nie jeden pies i nie jeden kot. Zawsze było ich kilka, małe pieski mieszkały w domu, duży stróżował przy budzie. Koty też zasiedlały nasze małe, rodzinne gospodarstwo w liczbie mnogiej.
Imiona psów pamiętam wszystkie, począwszy od Żaby, która stróżowała już przy moim dziecięcym wózku.
Potem był Czarek, rasowy kundel i Lala, która zapoczątkowała erę naszych miniaturowych psiaków domowych. Lala była tłuściutką prawie ratlerką, co widać na poniższym zdjęciu.
Lala, prawie ratlerek, znajda, przyniesiona przez ojca z fabryki, gdzie się przybłąkała miała dzieci: Kubę, Tobiego i Berka, który chorował na padaczkę. Na nich skończył się ród Lalczynych dzieci, ale tak przyzwyczailiśmy się do małych psiaków w domu, że brat przyniósł od swojej dziewczyny kolejny nabytek, Salinę, która wydała na świat Sinioritę, w skrócie Sinię, na której zakończył się ród małych hałaśliwych piesków.
(Sinia to ta czarna)
Kiedy Sinia była już wiekową i bardzo chorą damą, siostra postanowiła przygarnąć jednego ze szczeniaków suczki mojego brata. Takiego "niedojamnika". I tak zjawiła się Mela, która króluje na włościach do dziś, jako stateczna już matrona, a jej brat jest oczkiem w głowie mojej drugiej siostry. Pikuś jest tak brzydki, że aż piękny, ale to pies, który ma serce większe niż Ocean Atlantycki i chyba należy mu się osobny post.
Mela jest straszną lizawką, liże wszystko i wszystkich wokół, swoją minę na tym zdjęciu specjalnie przycięłam, bo jest okropna, ale zdjęcie zrobiono dosłownie w chwilę potem , jak Mela potraktowała mnie jęzorem od czoła po brodę:)
Po Czarku, psie podwórzowym nastał Rolf, owczarek niemiecki, który o mało, co nie doprowadził do rodzinnej tragedii. Z racji swojej niezwykłej agresywności w stosunku do małych dzieci i "mundurowych", nie mógł pozostać w obejściu. Kiedy zabrakło Rolfa przyniosłam od koleżanki szkolnej małą, rudą kuleczkę, to był Reksio, piękny, puchaty, słusznych rozmiarów mieszaniec. Kiedy i Reks przeniósł się za TM ojciec przywiózł od mojego chrzestnego kolejnego dużego psa, to był Tinto. Swoje imię zawdzięcza pewnej butelce wina. Tinto był chorowitym psem, żył tylko 8 lat. W tym czasie już byłam dorosła i miałam własną rodzinę, a w zlikwidowanym gospodarstwie rodziców przestał być potrzebny duży pies. Małe, szczekające potworki w domu w zupełności wystarczały i do robienia hałasu na każdy ruch i do pieszczot. Jednak pewnego dnia do stojącego z sąsiadem na drodze ojca podeszła psia bida, która od kilku dni błąkała się po wiosce. Bida wyglądała okropnie, tysiące pcheł jadło jej ciałko, sierść była zlepiona, a boki głęboko zapadnięte. Jak tu takiej nie zabrać, szczególnie, że buda pusta.....
Z tej znalezionej na ulicy bidy wyrósł najpiękniejszy z naszych psów, najukochańszy i najmądrzejszy. To był Pepo.
Wtedy już mieszkałam w wielkim mieście i podczas przyjazdów do rodziców godzinami wędrowaliśmy z Pepem ucząc go różnych sztuczek. Był bardzo inteligentny i szybko się uczył. Bardzo żałowałam, że nie mogę go ze sobą zabrać, ale nie nadawał się do miejskiego życia.
W wielkim mieście tęskniłam za zwierzakami, moje dziecko też, dlatego na początku tę tęsknotę zastępowały kolejne chomiki
jednak, kiedy pewnego mroźnego dnia na chwilę zawitał do nas Mopek został na stałe i do dziś rządzi nami, jak chce..........
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Dzień świra
Jak to dobrze, że ten dzień świra ma się ku końcowi. Wczoraj łono natury, a dzisiaj od samego rana, eeeeeeeeee, szkoda gadać. Tu miał być wywód, co mi tak dopiekło, ale się powstrzymam. Tak będzie lepiej.
To tylko w hucie od rana jakiś armagedon ( a nie było mnie tylko jeden dzień w piątek), potem powrót w tłoku, a po drodze, wiadomo, zakupy itd, itp. i ciag dalszy historii pt. "mój pies ma chory odbyt". Wizyta u weta na zastrzyk, zabiegi pielegnacyjne ( mycie dupki wywarem z kory dębu). No po co mi ten pies był? Wasze też tak ciągle chore?
I tylko jak w tym dowcipie o facecie, który wyleciał z 50 piętra i lecąc tak sobie powtarza dodając sobie odwagi " na razie jest dobrze, na razie jest dobrze", powtarzam od rana " na razie jest dobrze, na razie jest dobrze".
Słonko już zachodzi to popatrzę sobie z okna, jak ładnie. W parku nie daje się spacerować, komary wcinają żywcem, wiałam czym prędzej, choć tak pięknie lipy teraz pachną.
P.S.
A to jeszcze taki kawałek na dobranoc zapodam:
To tylko w hucie od rana jakiś armagedon ( a nie było mnie tylko jeden dzień w piątek), potem powrót w tłoku, a po drodze, wiadomo, zakupy itd, itp. i ciag dalszy historii pt. "mój pies ma chory odbyt". Wizyta u weta na zastrzyk, zabiegi pielegnacyjne ( mycie dupki wywarem z kory dębu). No po co mi ten pies był? Wasze też tak ciągle chore?
I tylko jak w tym dowcipie o facecie, który wyleciał z 50 piętra i lecąc tak sobie powtarza dodając sobie odwagi " na razie jest dobrze, na razie jest dobrze", powtarzam od rana " na razie jest dobrze, na razie jest dobrze".
Słonko już zachodzi to popatrzę sobie z okna, jak ładnie. W parku nie daje się spacerować, komary wcinają żywcem, wiałam czym prędzej, choć tak pięknie lipy teraz pachną.
P.S.
A to jeszcze taki kawałek na dobranoc zapodam:
niedziela, 16 czerwca 2013
W telegraficznym skrócie
Właśnie wróciłam, ale późno!!! Po drodze trza było szukać weta, bo "dupka" mojego brytana znowu zaszwankowała, a w takim przypadku bez weta i antybiotyku się nie obejdzie. Weta, znalezionego w necie, zaliczyłam dokładnie w połowie drogi do domu i całe szczęście, bo bieganie po stolycy nocą w poszukiwaniu pomocy dla psa do przyjemnych nie należy. Wiem, bo już to przerabiałam.
A teraz tak szybciuchno, bo trza się odgruzować i zlec, żeby jutro do huty mieć siłę wstać.
Dzięki Hanie nabrałam wielkiej ochoty na zlustrowanie złomowiska. Udało mi się to w sobotę, kiedy wyruszyłam do przemiłej ogrodniczki w pobliskiej gminie na poszukiwanie odpowiednich krzaków do zaaranżowania przestrzeni wokół altany. Co prawda zarzekałam się, jak żaba wody, że krzaczorów więcej sadzić nie będę, ale........
Krzaki kupiłam i w drodze powrotnej udało mi się znaleźć owe miejsce polecane przez Hanę, które od teraz nazywać będę złomową mekką.... Ponoć grzebałam w resztkach, bo zdecydowana większość złomu odjechała sobie do huty dzień wcześniej, ale w tych resztkach i tak znalałam:
- dwie metalowe konewki
- kanę na mleko, która sądząc ze śladów okopcenia dna pewnikiem służyła do pędzenia....... no wiadomo czego:)
Były jeszcze balie cynkowe i inne rupiecie, ale paradować po złomowisku w balerinach niebezpiecznie, a i miejsca w bagażniku już nie było. Wrócę tam z posiłkami za tydzień!!!!
Natychmiast zrobiłam prowizoryczny wystrój w altanie i obok.
Powstał zaczątek drewnianej dróżki obok altany, to posadzone wzdłóż ścieżynki to macierzanka. Można po niej chodzić i wtedy pięknie pachnie.
Znalałam też na rabatce takiego pierzastego orlika.
I niebieskiego klematisa, którego też tym gówienkiem potraktowałam, bo wydanie na świat dwóch kwiatów to zbyt mało, jak dla mnie.
Nawet nastrurcje poszalały w korytku z kory, w którym nigdy nic rosnąć nie chciało.
A wiklina od Hany ? Proszę takie ma przyrosty......
Mam też sześć jabłuszek na patyku- jabłonce. Ciekawe, czy choć jedno dojrzeje.......
I jedną amatorkę patyka-jabłonki. Ta to się wystroiła no nie? Nie dość, że cała w moherach to jeszcze jakie kolorki:)))
A na koniec, moje zbiory. Tak, tak proszę Państwa, już możemy iść na grzybki. Szału nie było, bo tylko kilkanaście minut chciało mi się szukać grzybów, ale do niedzielnej jajecznicy starczyło.
I biegusiem lecę do wanny, wydłubać brud zza paznokci i opatrzyć pupę mojemu brytanowi. Ja to się mam z tym psem, kurczę tyle razy był już chory, że prawie weterynarzem mogłabym zostać. Od jutra będzie aplikowanie czopków, dziś dam mu spokój tylko zrobię okłady z kory dębu na chore pupsko.
Buziaczki
A teraz tak szybciuchno, bo trza się odgruzować i zlec, żeby jutro do huty mieć siłę wstać.
Dzięki Hanie nabrałam wielkiej ochoty na zlustrowanie złomowiska. Udało mi się to w sobotę, kiedy wyruszyłam do przemiłej ogrodniczki w pobliskiej gminie na poszukiwanie odpowiednich krzaków do zaaranżowania przestrzeni wokół altany. Co prawda zarzekałam się, jak żaba wody, że krzaczorów więcej sadzić nie będę, ale........
Krzaki kupiłam i w drodze powrotnej udało mi się znaleźć owe miejsce polecane przez Hanę, które od teraz nazywać będę złomową mekką.... Ponoć grzebałam w resztkach, bo zdecydowana większość złomu odjechała sobie do huty dzień wcześniej, ale w tych resztkach i tak znalałam:
- dwie metalowe konewki
- kanę na mleko, która sądząc ze śladów okopcenia dna pewnikiem służyła do pędzenia....... no wiadomo czego:)
Były jeszcze balie cynkowe i inne rupiecie, ale paradować po złomowisku w balerinach niebezpiecznie, a i miejsca w bagażniku już nie było. Wrócę tam z posiłkami za tydzień!!!!
Natychmiast zrobiłam prowizoryczny wystrój w altanie i obok.
Powstał zaczątek drewnianej dróżki obok altany, to posadzone wzdłóż ścieżynki to macierzanka. Można po niej chodzić i wtedy pięknie pachnie.
Mam takie wrażnie, że w moim ogrodzie w końcu coś drgnęło. Po tygodniu nieobecności stwerdziłam, że wszytsko ładnie urosło. To zasługa nawożenia od poczatków wiosny, taka prawda, bez gówienek i zasilania nic nie chce samo rosnąć. Do kompletu kupiłam jeszcze nawóz z kurzych kup, zwiozłam taczkę końskich kupek i mam nadzieję, że w tym sezonie w końcu przestanę z lupą wypatrywać przyrostów. Moja łączka jest w pełnym rozkiwcie, teraz króluje tam kolor żółty i biały.
Znalałam też na rabatce takiego pierzastego orlika.
I niebieskiego klematisa, którego też tym gówienkiem potraktowałam, bo wydanie na świat dwóch kwiatów to zbyt mało, jak dla mnie.
Nawet nastrurcje poszalały w korytku z kory, w którym nigdy nic rosnąć nie chciało.
A wiklina od Hany ? Proszę takie ma przyrosty......
Mam też sześć jabłuszek na patyku- jabłonce. Ciekawe, czy choć jedno dojrzeje.......
I jedną amatorkę patyka-jabłonki. Ta to się wystroiła no nie? Nie dość, że cała w moherach to jeszcze jakie kolorki:)))
A na koniec, moje zbiory. Tak, tak proszę Państwa, już możemy iść na grzybki. Szału nie było, bo tylko kilkanaście minut chciało mi się szukać grzybów, ale do niedzielnej jajecznicy starczyło.
I biegusiem lecę do wanny, wydłubać brud zza paznokci i opatrzyć pupę mojemu brytanowi. Ja to się mam z tym psem, kurczę tyle razy był już chory, że prawie weterynarzem mogłabym zostać. Od jutra będzie aplikowanie czopków, dziś dam mu spokój tylko zrobię okłady z kory dębu na chore pupsko.
Buziaczki
czwartek, 13 czerwca 2013
Fotel teściowej i inne takie egzotyczne
Lubicie tropiki? A może klimat pustynny? Jeśli tak to, żeby sobie nie zawracać głowy pakowaniem walizki, kupowaniem biletów lotniczych i tłuczeniem się przez pół świata, żeby to wszystko zobaczyć możecie ( kto mieszka blisko) wsiąść do autobusu i pojechać do Powsina. Za całe 8 zł (tyle kosztuje bilet wstępu) zaznacie klimatu tropikalnego, zobaczycie roślinność rodem z dżungli, albo nawet z jakiejś pustyni. I wszystko to mieści się w dwóch sporych oranżeriach. Można wąchąć, oglądać, pstrykać fotki, dotykać się nie odważyłam, bo tych śliczności pilnują miłe panie, a pamiętam, że jak lata temu dotknęłam mimozy ( żeby dziecku pokazać, jak się zwija) to mi zwrócono uwagę, słusznie, bo jakby tak każdy tykał, to roślina by zdechła pewnikiem. Ta mimoza to pewnie zdechła od tego tykania ( każdy ją ukradkiem szturchał), bo tym razem jej nigdzie nie widziałam.
Na początek "fotel teściowej", jak kto ma taką, co to jej nie lubi, to może ją na wycieczkę zabrać,pokazać kaktusa i zapowiedzieć, że jak "mamusia będzie dokazywać to taki jej fotel kupimy".
Poważnie, kaktusy, są takiej wielkości, że spokojnie na nich można byłoby usiąść, żeby nie te kolce.........
Różne, agawy i inne kaktusy......
Powykręcane jak węże jakieś.......
Strzeliste do samego sufitu......
Były nawet kolczaste choinki.....
A potem w innej części oranżerii zrobiło się kolorowo. Już sobie wyobrażam ogrody tam gdzie kwitną te krzewy, kwiaty w naturze, to musi być rajski widok:))
Piękny koloroway szpaler......
A to kwitnąca kawa arabska a poniżej już zawiązane grona kawowe.
Jeśli ktoś jeszcze nie poczuł się zachęcony do odwiedzin Powsina to mogę pozachęcać dalej, ale już nastepnym razem, bo długie notki na blogu są nudne, a ja nie chcę żeby Mili Zaglądacze i Czytacze się nudzili:)))
Dobrej nocki wszyskim Nocnym Markom życzę:)))
Na początek "fotel teściowej", jak kto ma taką, co to jej nie lubi, to może ją na wycieczkę zabrać,pokazać kaktusa i zapowiedzieć, że jak "mamusia będzie dokazywać to taki jej fotel kupimy".
Poważnie, kaktusy, są takiej wielkości, że spokojnie na nich można byłoby usiąść, żeby nie te kolce.........
Potem były różne inne cudaczne i dziwne rośliny. Takie drzewo z kolczastymi wypustkami na pniu.....
Różne, agawy i inne kaktusy......
Powykręcane jak węże jakieś.......
Strzeliste do samego sufitu......
Były nawet kolczaste choinki.....
A potem w innej części oranżerii zrobiło się kolorowo. Już sobie wyobrażam ogrody tam gdzie kwitną te krzewy, kwiaty w naturze, to musi być rajski widok:))
"Łosiowe rogi" te same, co lat temu naście, ale o ile większe!!!!
Piękny koloroway szpaler......
A to kwitnąca kawa arabska a poniżej już zawiązane grona kawowe.
Teraz będzie coś do jedzenia, proszę tak kwitną cytrusy
A tak sobie dojrzewają różne grejfruty, limony, mandarynki, i coś na kształt pamelo, ale bardziej gruszkowatego.......
Jeśli ktoś jeszcze nie poczuł się zachęcony do odwiedzin Powsina to mogę pozachęcać dalej, ale już nastepnym razem, bo długie notki na blogu są nudne, a ja nie chcę żeby Mili Zaglądacze i Czytacze się nudzili:)))
Dobrej nocki wszyskim Nocnym Markom życzę:)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)








