Dalszy ciąg story z kotem i psem w tle.
Wojny nie będzie.
Kocisko czuje się, jak u siebie. Anektuje, fotele, półki, kolana. Gdzie ty, tam kot. Na spacerze kot, przy jedzeniu kot, przy robocie kot, na kolanach kot.
Dystans miedzy Mopem, a kotem, którego już przechrzciłam na Bandziora, coraz mniejszy.
Dlaczego Bandzior?
No bo zaczepia, atakuje zza krzaka. Idzie sobie człowiek, a tu nagle wyskakuje taka szara kula i skacze na łydki:)
Każdy na swoim fotelu, ale, jak widać kot czuje się, jak u siebie.
Na tarasowej półeczce, każdy na swoim piętrze,w środku siekiera na wszelki wypadek:) Nie była potrzebna...
Półka została zaanektowana, tam fajnie świeci słoneczko, można spać do wypęku (po obfitym jedzeniu najlepiej)
Tu ostrzegawczy mach łapką, ale Mop nie daje odporu, gdzie kot, tam on.
Na skrzynce widać pęczki pokrzywy. Będzie własny susz. Z listków brzozy też. I pąki sosny już zasypane cukrem. Na nalewkę od kaszlu.
W trawce też razem, choć w bezpiecznej odległości.
Na kolankach, przy porannej kawce. Nie trzeba go zapraszać, ładuje się sam.
A tak w ogóle to szkoda, że majówka już się skończyła. To były bardzo dobrze wykorzystane trzy dni.
Zresetowałam się totalnie. Same przyjemności przez trzy dni!
Nie muszę chyba mówić, że głównie pracowałam, wożąc taczki, sadząc, pieląc, podlewając, grabiąc igły. Jeszcze troszkę tej wiosennej pracy mi zostało, ale za to latem...będę tylko leżeć i odpoczywać.
Wu zbudował stacjonarną letnią myjnię. Trzeba ją jeszcze wykończyć, przyjechały dechy na płot. Ja dokończyłam porzuconego w zeszłym roku anioła, bo mi się nie podobał. Darowałam mu jego brzydotę, doprawiłam włosy i z podkładu słomianego od wianka zrobiłam aureolę. umieściłam nad podniesioną grządką na cukinie. Niech pilnuje, żeby nie zmarzły. Te wysadzone w zeszłym tygodniu niestety przymrozek wykończył. Za wcześnie wsadziłam. Trochę to wygląda, jak grota z Matką Boską, albo nagrobek, ale cukinie wyrosną, anioł się spatynuje i będzie ok.
W ogrodzie widać wiosnę, można byłoby już kosić trawę. Kwitnie ubiorek, cały na biało, białe tawuły, forsycja, hiacynty, tulipanki botaniczne, fiołki.
Mam dwa nowe nabytki. Białego i czerwonego rododendrona. Ten czerwony jest śliczny, jego pąki są wielkości kurzego jajka. Jak go zobaczyłam złamałam postanowienie "koniec z krzakami". Jest niesamowity.
Ten biały, zaczyna kwitnąć bladym różem, a potem bieleje, też ładny.
Moje "stare" rododendrony, jeszcze śpią. Pąki mają malutkie, jak paznokieć, ale mam nadzieję, że dają czadu pod koniec maja. Są różowe. Mam ich teraz sześć. Dwa różowe, bordowy, koralowy i dwa białe.
Wu ich nie lubi. Mówi, że to krzaki do pałacu, ale przecież Kaczorówka to mój pałac, to, co sobie będę żałować? Szczególnie, że bardzo je lubię.
A na malwy i słoneczniki też starczyło miejsca. W tym roku powinny znowu kwitnąć.
Na mojej małej jabłoneczce przysiadł taki śliczny motylek. Nigdy takiego nie widziałam.
Ledwo dał się zauważyć.
Pomyślałam, że chyba to jakiś bardzo rzadki gatunek, a okazało się, że to ....
zwykły bielinek!
Bielinek mimo,że zwykły to w Polsce jednak rzadki.
Co ciekawe, tylko samce mają na skrzydłach charakterystyczne pomarańczowe plamki.
No i rzut oka zoomem " na wieś", wycieczka konna. Szkoda, że nie umiem jeździć konno. Pod nosem mam tyyyyyle koni. (Słyszysz Krecie?)
I to chyba wszystko. Długi ten post, ale musiałam się podzielić tak uroczo spędzonym czasem.
Aaaa i jeszcze zaobserwowałam, że na Mazurach zaczynam się dziwnie zachowywać. Nie włączam lapcia, nie gadam przez telefon, idę spać o 22, budzę się kiedy jest jeszcze ciemno i nie mogę doczekać, kiedy się rozwidni. Żeby nie ziąb poranny to wstawałabym o 5, a tak leżę do 7, a potem bombarduję Wu, że czas wstawać.
Na tą kawkę na schodkach tarasowych. Słuchać ptaków. Co one teraz wyśpiewują!! Coś pięknego!!
Serdecznie pozdrawiam i pozostając w tym mazurskim uniesieniu idę doprowadzić się do kultury, bo z lustra spogląda na mnie jakaś rozczochrana baba.