poniedziałek, 29 lipca 2013

Tak, jak obiecałam.....CANDY

Nie ma żadnej szczególnej okazji, ale tak, jak Wam obiecałam tutaj ogłaszam CANDY. Taki jest blogowy zwyczaj, a ja w ten sposób chciałam Wam podziękować, że zaglądacie do mnie czytacie, opiniujecie, chwalicie. Bez Was nie byłoby sensu tego bloga pisać. Spędziłam tu z Wami wiele przyjemnych chwil, czasem uśmiałam się do łez, o co nawet w realu jest ostatnio trudno. Czytam też z przyjemnością Wasze blogi i cały czas się uczę, uczę, uczę, bo macie świetne pomysły, cudne wspomnienia i trafne spostrzeżenia. Z niektórymi nawiązała się nić wyjątkowej sympatii i nie poprzestajemy na blogowych kontatktach, na razie piszemy do siebie maile, ale z pewnością spotkamy się jeszcze w realu.

Ostatnio spodobały się Wam moje "ludy", więc nie bacząc na żar lejący się z nieba, rozłożyłam mój kaczorówkowy warsztat i zrobiłam z myślą o CANDY "luda". On nie ma jeszcze imienia, bo pomyślałam, że pomożecie mi je wybrać.....

Jakie będą zasady candy?

Ano standardowe:

  1. Wpis pod postem, wyrażający chęć wzięcia udziału w candy.
  2. Propozycja imienia dla "luda" - potem z nadesłanych propozycji wybierzemy jakieś metodą głosowania:)).
  3. Jeśli chcecie w komentarzu możecie wpisać, gdzie taki "lud" w razie wygranej u Was zamieszka.......
  4. Posiadających bloga poproszę o wstawienie banerka u siebie na blogu i podlinkowanie.
  5. Można też podlinkować na FB, jak ktoś ma.
  6. Osoby bez bloga wystarczy, jak spełnią puknty 1 i 2, ewentualnie 3 (proszę podać maila)
  7. Będzie miło, jak dołączycie do moich obserwatorów
Czas zgłoszeń do 15 sierpnia do 24:00. Ogłoszenie wyników najpóźniej 19 sierpnia do 24:00. Specjalnie robię taki zapas czasowy w ogłoszeniu wyników,bo w tym czasie będę w Kaczorówce, a tam wiadomo, może nie być prądu, albo wystapi jakaś inna przeszkoda. 
Losowanie odbędzie się jakąś dziwaczną metodą Kaczorówkową, wymyślę ją jeszcze....

To jest zdjęcie na banerek:

"Lud" wykonany jest z drewna sosnowego, postarzonego, innowacyjną metodą (prób i błędów) przypiekania w ognisku, dłogotrwale szczotkowany szczotkami stalowymi, miedzianymi i ryżowymi, nos i uszy wybielone pastą wybielającą. elementy metalowe to skarby znalezione na złomowisku. Całość zabezpieczona olejem do drewna i woskowana. Ładnie pachnie lasem (to przez te woski). Tworzeniu towarzyszyły dysputy nad pokrętnością zaintersowań. Okazuje się, że w każdym wieku można rozwijać swoje zaiteresowania i nabywać nowych umiejętności. Jestem tego żywym przykładem.  Jeszcze miesiąc temu nie potrafilam uruchomić wyrzynarki, szlifierki o wiertarce nie wspomnę. Wkrętarka "uciekała" mi z rąk. Dziś uruchamiam wszystkie urządzenia bez problemu i "zasuwam", aż jęk idzie po lesie. Do nagrody głównej dorzucę cukierasy i jakąś małą niespodziankę również własnoręcznie wykonaną.

A jak powstały "ludy" możecie poczytać TU, TU, TU, TU, TU i kto nie czytał może się jeszcze przy okazji pośmiać, bo moje Drogie Koleżanki Blogowe okrasiły ich życie barwną opowieścią....( podziekowania raz jeszcze)

A tak wygląda candowy ludek w kaczorówkowej scenerii


I zbliżenie na facjatę......


To zostało mi tylko zaprosić do zabawy:

  ZAPRASZAM SERDECZNIE:))

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie to..........

Czy to ptak? Czy to samolot?



Nie to jest..........a kuku, to wcale nie jest superman, choć, prawie,prawie.

W zasadzie to była lipa, drzewo takie. Duże, no miała pewnie ze sto lat, a może nawet więcej... Rosła sobie w spokoju przy drodze nad jezioro, ale 5 lat temu przyszła burza, okropna, pustoszyła okoliczne lasy, łamała drzewa, jak zapałki i zrywała dachy z dmomów. Zmogła i struszkę lipę.




Ta zległa nieboże w poprzek drogi i tak sobie leżala czas jakiś, a że droga nad jeziora czasem jednak potrzebna to nowa droga została wydeptana i wyjeżdzona wokół tej biednej, leżącej lipy szybciutko.


Ale kto pozwoli aby się tyla opału zmarnowało? Powolutku ludzie pokroili lipię na kawałki i zabrali na opał, przez jakiś czas służyła jako rekwizyt do pozowanych zdjęć, sama mam na niej z kilkadziesiąt.



A potem zostały same nieudaczne kawałki, pokręcone z guzami wewnątrz,bo lipa w środku była pusta i miała guzowate narośla. Miała też w środku kilka wiader wspaniałego humusu, który dźwigałam wiaderkami do Kaczorówki.
Wracając kiedyś z lasu  przytachaliśmy do domu taki upośledzony, dziurawy kawałek. Leżał tak sobie w Kaczorówce i czekał.........
W zeszłym roku Wu zaczął czyścić, z nudów, bo lało, ten pokręcony i pozawijany kawałek lipy kombinując, co z tego można zrobić. Kombinował, kombinował, aż wykombinował.

Stolik, umownie nazwany " do kawy". Rano pijemy przy nim kawkę, po południu herbatkę, a wieczorem o zachodzie słonka winko.
I proszę mi nie mówić, że dziurawy. To, co się ma na nim zmieścić spokojnie się mieści, ba nawet więcej. Są bowiem w stoliku miejsca -schowki na dodatkowe piwko ( a nawet dwa) lub gazetę.....


Na specjalnym złomowym uchwycie można powiesić ściereczkę, ale głównie służy do przenoszenia stoliczka z miejsca w miejsce.....


Nogi owo cudo ma trzy, każda inna, słoniowe nieco, ale cały ten stolik mi się ze słoniem kojarzy, ciężki przynajmniej jest mniej więcej tak samo........


Kolorystyka została uzyskana metodą prób i błędów, począwszy od wypalania w ognisku, poprzez olejowanie, potem wybielanie, a potem smarowanie jeszcze jakimś szuwaksem, ale słowo ostatnie się jeszcze nie rzekło, ponoć ma być jeszcze woskowany i polerowany......


Grunt, że głowny ekspert go obwąchał dokładnie, a potem położył się w jego skąpym cieniu, bo skwar był dziś niemiłosierny. Czy go "skropił" swoim zwyczajem, bo robi to z każdą nowo napotkaną rzecza, nie wiem, nie widziałam, ale obawiam się, że niestety tak. Grunt, że wyżej nie poleciało niż na słoniowe nogi, bo ekspert to konus, jakich mało......


A z tej strony wygląda, jak? No właśnie, jak?


Dziwacznie? Nietypowo?

P.S.
A teraz zmykam spać, huta jutro czeka, ale jeszcze muszę na drugi boczek przewrócić serek typu korycińskiego, bo właśnie przywiozłam mleczko i wyrabiam po nocy serek.......


środa, 24 lipca 2013

Pić piwo

Jak lubicie pić piwo? Prosto z butelki, puszki, może wysokiej szklaneczki, czy z kufla?
Ja za piwem nie przepadam, ot taki jeden łyk porządnie schłodzonego w duży upał smakuje wybornie, ale wyturlanie już całej butelki powoduje u mnie zanik funkcji ruchowych. Robię się senna, ciężka i zaplanowana robota idzie w kąt, a ja na hamak, odbujać piwne procenty.

Oczywiście nie posiadam kompletu szklaneczek, ani kufli, tylko, jeśli ktoś nie lubi z puszki czy butelki, leję piwko do jakichś soczkowych szklaneczek czy też ocalałych z wybicia szklanek do piwa. Zawsze się martwię o Wu, bo lubi pracować w Kaczorówce z piwkiem, żeby mu do puszki czy butelki nie wpadła osa albo pszczoła. Połknięcie takiej jeszcze żyjącej może się skończyć, wiecie jak. Do dziś pamiętam wypadek Ewy Sałackiej. Śledzę więc Wu podczas roboty i przytykam talerzykami albo folią aluminiową piwne otworki, żeby tej pszczoły czy osy nie połknął. Sama zanim łyknę z puszki zawsze nią majtam nasłuchując, czy coś nie bzyczy. Ot taki fioł, jeden z wielu. Jak wiecie lubię wpadać do SH. Na Mazurach, w mojej gminie, jest taki jeden. Wyjątkowy. Szczerze powiedziawszy na pierwszy rzut oka obraz nędzy i ropaczy. Na dodatek otwarty według uznania właściciela. Nikt tam chyba od wieków nie sprzatał, wszystko leży, wisi gdzie popadnie, bez ładu i składu pokryte zdrową wartstwą kurzu. Za to, jak już jest otwarty, atmosfera jest  tam przemiła, sprzedawca kapitalny, a asortyment zaczepisty. Można tam kupić kreacje rodem z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, mekka dla facynatów tych czasów. Jakieś meble z holenderskich wystawek, ale też piękne kredensy i szafy. Fotele, krzesła, maszyny do pisania, maszyny do szycia, w tym wiekowe singerki, no i zastawa. Głównie badziewiarska, ale czasem się coś zdarzy fajnego. W ten sposób nabyłam tam pojedyncze filiżanki do kawy, dzbanek na miętę i ostatnio piękne talerze. Dwa z angielskiej porcelany i osiem (płytkie i deserowe) bodaj z Malezji. Ciężkie, wielkie, takie jak chciałam. Nie zrobiłam im niestety zdjęć, ale nadrobię. Można też nabyć u milego pana jaja kurze, wiejskie, co również uczyniłam. Łażąc tak po SH i przeglądając zastawę, wśród dzisiątek, bibelotów natknęłam się na to:

i na to:


Kufle do piwa. W rzeczywistości są dużo ładniejsze. I to jest to!!!  Są duże, solidne, dobrze wykonane.  Nie wiem dlaczego kojarzą mi się z imć Panem Zagłobą, szczególnie ten przezroczysty.Od razu nabyłam oba, a że zabrałam jeszcze gliniany dzbanek i dzbanek do mięty dostałam rabat, bo tam oczywiście można się targować. I tak lubię. Wydałam parę groszy a nabytki ładne prawda?
Teraz Wu do pracy ogrodowo-altanowej nie chodzi już z puszką, ale z paradnym kuflem. Przydzieliłam mu ten szklany, sobie zostawiłam niebieski. Osy, pszczoły i inni latający wielbiciecie zupy chmielowej nie mają już do niej dostępu. Z takiego kufla z wieczkiem trzeba jednak umieć pić, najlepiej tak żeby wieczko po otwarciu było na policzku, wtedy jest jeszcze jedna korzyść. Zasłania mianowicie profil, więc jeśli się komuś swój profil lewy czy prawy nie podoba to może go sobie pijąc piwko wieczkiem przystłaniać.

P.S.
Uzmysłowiłam sobie, że choć tego bloga już troszkę prowadzę,nie robiłam jeszcze nigdy CANDY. To zapowiadam, że będzie. Wkrótce. Takie bez okazji, dla Was, za to, że zaglądacie, piszecie, jesteście..............

niedziela, 21 lipca 2013

Sklepowa Janina vel Nina


Witam w realu, co oznacza dla mnie koniec urlopu. Koniec, urlop był i "se ne vrati", w tym roku oczywiście. Nie tracę jednak optymizmu, jeszcze trochę lata zostało i parę weekendów, w tym ten dłuższy w sierpniu.
Odpoczełam, nawet się opaliłam choć pogoda była "taka se", pogościłam, pokajakowałam, porowerowałam, "ludy" porobiłam i wyspałam.  Pomniejszych czynności nie wspomnę, a było ich bez liku, np. karmienie koni, łapanie koni, karmienie ptaków i bezpańskiego pieska, ktory nagle zniknął, buszowanie po złomowisku i odwiedzanie jednej z mrągowskich cukierni w celu nabycia "słodkich skurwysynów", pożeranie sandacza i diabelsko ostrej pizzy nie darmo zwanej Diabolo w Mazurskiej Chacie również w Mrągowie. Tam też podkarmiałam kota, bo tam zwykle jakiś czeka na dobry kąsek, rybkę zjadł, pizzy nie chciał. Wybredny, nie?

No i już ostatnim rzutem na taśmę "wyprodukowałam" Janinę vel Ninę postać z napisanej przez moje koleżanki blogowe opowieści o poplątanych losach Eustachego, Czarnego Zenona, Eulali, z przymróżeniem oka oczywiście. Dziewczyny, Hana, Pacjanie-Owieczko, Miko ( i reszta) dziękuję Wam raz jeszcze. Mam nadzieję, że też bawiłyście się dobrze. Ja zarykiwałam się ze śmiechu podczytując tu i ówdzie, bo nie miałam stałego łącza i uczestniczyć w pisaniu nie mogłam na bieżąco. Drzemie w Was dziewczyny wielki potencjał, który koniecznie trzeba jeszcze wykorzystać:)))

Janina po przemianie na Ninę ( w opowieści jest wszytsko dokładnie opisane, jak to się stało) wygląda właśnie tak. Zdjęcie jest kiepskie, bo słonko mi już zachodziło i tak latałm po polu, żeby ją złapać w jakąś plamę słoneczną.




A to już cała obsada, tzn. bez Emila, którego dziewczyny wymyśliły zbyt późno i listonosza Władka Szybkiego, bo nie straczyło mi mocy przerobowych.





Wszystkie osoby z "Domu na bagniskiem" znalazły sobie już miejsce. Eustachy zamieszka w " czerwonym październiku", czyli miastowym przedpokoju, Eulalka, zawisła nad jednym kaczorówkowym łóżkiem, Janinka nad drugim, Zenon zawiśnie nad trzecim. Wołoducha pilnuje wejścia na górkę. Można się przestraszyć, kiedy u szczytu schodków nagle wyłania się taki stwór:)))


A jeśli ktoś chce zobaczyć/poczytać to tutaj:  Eustachy, Czarny Zenon, Żona Zenona 

sobota, 20 lipca 2013

Mówcie sobie, co tam chcecie Wołoduchy są na świecie......

Między zabawianiem moich dziatek, rowerki, kajaczki, spacerki, trzasnęłam Wołoduchę, która to zrodziła się dzięki piszącym na moim blogu powieść. Hana, Mika, Pacjanie-Owieczko ( i inni) Wołoduchę starałam się zrobić tak, żeby wpasowała się do opowieści. Czeka na skończenienie Janina vel Nina. Jak mazurska pogoda pozwoli to skończę, bo znowu wylazły szare chmury i wieje, że łeb urywa. Oj nie rozpieszcza nas tu lato niestety!!!!

Wołoducha

Wołoducha powiodła zaćmionego Czarnrgo Zenona w ciemny las. W takie chaszcze to już nikt się nie zapuszcza, chyba, że jakiś głupi tutysta, co to drogi nie zna. Ale niebezpiecznie tu, z bagniska wystają upiorne kikuty drzew, na ziemi wszędzie oznaki żerowania dzików, puszczyki co chwila hukają złowieszczo z wysokich konarów. To tu Wołoducha, na bagnisko w lesie przychodzi łapać ropuchy i jaszczurki z których potem sporządza tajemnicze mikstury. To tu rośnie wilcza jagoda i pinderynda, którą miastowi ludzie nazywają bieluniem i sadzą sobie w ogródkach. A to jest bardzo niebezpieczne ziele.....


Po drodze Wołoducha, co rusz podtykała przed oczy Zenonowi, jakąś jagódkę, albo listeczek i objaśniała jego moc.  Mikstura, którą napoiła go wcześniej Wołoducha wyzwoliła w nim szczerość, której nigdy wcześniej w sobie nie miał. I taki zdjęty tą szczerością, wśród bagien ciemnego lasu zagadnął Wołoduchę.
- Wołoducho.....umisz Ty czary czyninić nie?
- Ano umiem, umiem.....
- A nie mogłabyś być znowu piękną i młoda?
-Wszystko mogę Zeniu, wszystko ino, co mi po młodości, jak człek bidny, roboty ni  ma teroz ani po wsiach ani w mieście, a mój fach na wyginięciu nie ma konkurencji  i daje mi tyle zarobku, że przeżyję sobie tu spokojnie.........
- Wołoducho, jakem już skazany na Ciebie to odczyń czary i stań się znowu młoda i piękna, a bogactwo to ja już nam załatwię. Chciałem zachować to wszystko, com w mafii proszkowej i na złodziejskiej robocie zarobił, dla siebie, ale widzisz, co się porobiło. Mam ja w starym bunkrze schowane złoto i piniądze, możemy żyć dostanio, ale tylko w Nowym Jorku, nie tutaj......

Co Ty na to?
Wołoducha słuchała z otwartą gębą...... Wiesz Zeniu przemyślę to sobie, ale tymczasem nałapmy ropuszek do tej kany, jak będzie pełna dam Ci odpowiedź......



A kto chciałby wiedzieć jakie są losy wcześniejsze głównych bohaterów to są  tu; Eustachy, Czarny Zenon, Żona Zenona 

A to większość bohaterów powieści:)


Wszystkich zapraszam do pisania dalszych ich losów:))

P.S.

Muszę lecieć mam gości.........

czwartek, 18 lipca 2013

Żona Zenona

Dziewczyny jesteście WIELKIE!!!! Mnemo ze swojego zadupia Wam serdecznie dziękuję za podjęcie rękawicy i cudowne włączenie się do zabawy. Nie mam tu stałego łącza i jadę na limitowanym transferze, więc nie daję rady na bieżąco pisać z Wami powieści, ale jedziecie nieźle. Wczoraj przy ognisku czytałam dzieciom (dorosłe) Waszą powieść w odcinkach. Sikaliśmy ze śmiechu. I zapytano mnie, "a Wy się znacie"? To znaczy ja i piszący, no pewnie, że się znamy no, nie? Inaczej, jak by ta powieść wyglądała?


Ale, ale obiecałam żonę Zenona, którą już od "a" do "z" stworzyłam sama. Przyszykowałam drewno, obrobiłam wyrzynarką i szlifierką, trochę poddłubałam wiertarką. Zaolejowałam sukienkę i wybieliłam twarz woskiem wybielającym. Nawet samiusieńka przymocowałam złomek, który udaje oczy, ręce, włosy itd.itp. Tworzenie takiego luda to nieasmowita frajda. Teraz by się przydało stworzyć, jakieś dziecię, bo, jak wiecie Zenon nie zrobił swojej żonie żadnego. Ale akcja się toczy, dramaturgia wrasta, dziecię musi się pojawić na świecie........


Część druga. Żona Zenona

Eulalia z ciężkim sercem zbliżała się do domu Eustachego.

















 Jeszcze w oczach miała swój ogród, który tak nieoczekiwanie musiała porzucić. Nie zobaczy, jak jej piękne hortensje będą nabierać szmaragdowych barw, tak się cieszyła tym nowym okazem, który dopiero w tym roku pięknie się rozrósł....


 Nie będzie podziwiać lilii, która zakwitła na rabacie. Jaka szkoda, że resztę cebul zeżarła ryjówka.......

 Nie przysiądzie już na swoich ulubionych schodkach, mając za plecami kobaltową lobelię, której kwiaty od samego rana przyciągają trzmiele i pszczółki.


Co ja głupia narobiłam......Czy Eustachy będzie chciał na mnie jeszcze spojrzeć? Czy będę się mu jeszcze podobała? Życie z Czarnym Zenonem to było jedno pasmo udręk. Sielanka skończyła się szybko, a Zenon bardzo szybko pokazał swoje prawdziwe oblicze. Zostawiał mnie samą na całe dnie i nie tylko, bo przepadał gdzieś na całe noce. Wracał nerwowy i drażliwy. Do torby, którą ze sobą zawsze prznosił nie wolno jej było zaglądać. Mówił tylko, że kiedyś będzie żył "jak król". Nie pozwalał jej nikogo zapraszać do domu, ani wychodzić poza ogród, na który przelała całą swoją miłość. Bo o dziecku Zenon nawet nie chciał słuchać.Nawet nie mogła wyjść do fryzjera dlatego od lat nie ścinała włosów i nosiła staroświeckie warkocze. Jej twarz zbladła a usta od ciągłego smutku przybrały kształt podkówki.

Ja i Zenon!!! Ale to była pomyłka. Przecież my nawet urodą do siebie nie pasujemy. On jakiś taki mały, chudy i ten sowi nos!!!!!


Nie to, co Eustachy!!!! Postawny, wysoki i takiego łagodnego usposobienia.


A teraz tam zaraz dojdę i jak my tak.....we troje......boże, boże niech już w końcu się coś stanie, niech ta moja niedola się skończy...........




I có,ż liczę na Was moje drogie:)))) Od Was zależy, jak się ta historia zakończy........

A ja gorąco pozdrawiam wciąż z Mazur :)))


Dla wszystkich tych, którzy nie czytali pierwszej części :JEST TUTAJ TUTAJ

wtorek, 16 lipca 2013

Czarny Zenon

Eustachy tak mi się spodobał, że opanowała mnie żądza stworzenia własnoręcznie takiego "luda". I tak powstał Czarny Zenon, najpierw wypalany był w ognisku, szlifowany szlifierką, która co rusz wyrywała mi się z rąk, jak jakiś gad przebrzydły, drapany szczotką drucianą, nacierany olejkami dla lepszego efektu i pucowany szmatką do połysku.
W części montażowej troszkę pomagał mi Wu, bo to i wkrętarkę trza umieć obsłużyć i palucha gwoździem nie przybić. Powiem tylko, że tak się dokładnie przyglądałam, że kolejny "lud", który powstał dzisiejszego popołudnia wykonałam własnoręcznie od "a" do "z". Już mi nie straszna wyrzynarka, szlifierka, wkrętarka tudzież młotki, piłki i cęgi. Tadam!!!! Znowu coś nowego. Czarnego Zenona zaraz Wam pokażę, ale żonę Zenona to już jutro, bo to ją wykonałam samodzielnie.

Nie mam co prawda stałego łącza na moim zadupiu, i nie mogę być online, ale mając już trzy osoby dramatu, tzn Eustachego, Czarnego Zenona i jego żonę chciałam Was namówić na napisanie opowieści krew w żyłach mrożącej,(albo romansu, jak wolicie), która (jeśli nie przesadzicie) może mi być inspiracją do tworzenia dalszych "ludów". A mam jeszcze kilka dni urlopu i powstać coś jeszcze może.

Zaczynam.

"Dom nad bagniskiem"

Eustachy od wielu już lat mieszkał w maleńkiej  mazurskiej wiosce, tuż na skraju wsi, koło bagniska. Nikt dokładnie nie wiedział skąd przybył i nigdy nkit nie widział, aby do Eustachego zaglądali goście. On sam był mężczyzną przystojnym, słusznej postury z bujną blond czupryną i miłym wyrazem twarzy, na której widniała pokaźnych rozmiarów szrama. Na pytania o jej pochodznie machał tylko lekceważącą ręką i zmieniał temat. Mimo, że był odludkiem to ludzie we wsi lubili Eustachego, bo był cichy i spokojny. Nie spędzał całych bożych dni pod sklepem pociagając z butelki jak inni, ale z troską zajmował się swoimi zwierzakami a w ogrodzie uprawiał piękne i egzotyczne tutaj warzywa i kwiaty. Ludzie gadali, że rozmawia z owcami, szczególnie z baranem Franciszkiem, a jego piękny pies imieniem Frodo nie odstępował go na krok. Czasem ludzie widywali Eustachego siedzącego w bujanym fotelu w ogrodzie z kotem na kolanach, psem u stóp i Franciszkiem pasącym się w pobliżu. Dziwowali się, jak można kota nazwać Grażynką, bo tak właśnie kot miał na imię.
Eustachy podobał się miejscowym kobietom. Rozwódka Ramona wodziła za nim wzrokiem i na jesieni zanosiła grzybki w occie, wdowa Józefa też potajemnie wzdychała do Eustachego, bo tak jawnie jeszcze nie wypadało, chłop dopiero pół roku, jak zmarł z przepicia, nawet Joanna troszkę starszawa już panna o okrągłych biodrach i bujnym biuście, która za nic miała zaczepki innych miejscowych chłopaków łaskawym okiem zerkała na Eustachego.

Ale Eustachy udawał, że nie widzidzi tych wszytkich oznak zaintersowania. Za grzybki uprzejmie dziękował i odwdzięczał się piękną skorzonerą z ogródka, którą Ramona wyrzucała kurom, bo nie wiedziała, co z takim dziwactwem ma zrobić. Na Józefę nie zwracał uwagi, bo nie wiedział, że ta potajemnie do niego wzdycha, a wypiętego biustu i kołysania bioder Joanny zdawał się nie dostrzegać, gdy ta mijała go a to na drodze, a to w sklepie.

Nagle pewnego dnia gruchnęła wieść na wsi, że do Eustachego przyjeżdża dawny znajomy. Nie żeby Eustachy o tym opowiadał, ale stary listonosz Mieczysław Szybki zanim doręczył telegram do adresata, którym był nie kto inny, jak Eustachy, przeczytał jego treść i w wielkiej tajemnicy powtórzył  sklepowej Janinie. Pewnie by nie powiedział, boć to tajemnica służbowa, ale tak go zaintrygowała treść, że zwyczajnie nie wytrzymał. A napisane tam było tak:

" Eustachy nie mam wyboru STOP
 Muszę się u Ciebie na jakiś czas zatrzymać STOP
 Moja żona dojedzie wkrótce STOP"
Podpisano
Czarny Zenon





Zanim telegram dotarł do Eustachego już praktycznie cała wieś wiedziała, że Eustachy będzie miał nieoczekiwanych i tajemniczych gości, bo Janina takiej sensacji nie potrafiła zatrzymać w tajemnicy.............

niedziela, 14 lipca 2013

Eustachy

Urlop mija błyskawicznie. Gdbym miała tak chronologiocznie zacząć musiałabym zacząć od innych zdarzeń, ale to może potem, kiedyś, jak już będę pod stałym łączem....
A dziś o Eustachym.
 Mieliśmy taki zamiar, aby na jednej ze ścian altany zamontować "ludy". Miały powstać ze starych, dech, złomu ( dzięki Ci Hanuś za inspirację) i innych rzeczy, które do niczego się więcej nie przydadzą.
Dziś powstał pierwszy "lud" ochrzczony Eustachym i który jednak nie zawiśnie w altanie ino pojedzie do miasta zawisnąć na ścianie zwanej " czerwonym październikiem", ponieważ zapałałam do Eustachego miłością gwałtowną, nagłą i chcę mieć go blisko siebie, czyli na ścianie przedpokoju. Kolejne "ludy" będą produkowane w nadchodzącym tygodniu. stare dechy już się smalą w ognisku, są wyżerane przez woski trawiące na biało itd, itp. Wykonanie "Eustachych" to sprawka Wu, ja czasem tylko podpowidam różne rozwiąznia, które o dziwo znajdują zastosowanie.......



P.S.

Szukam starych, brzydkich dech? Ktoś ma takie na zbyciu?


I buziavczki Wam mazurskie przesyłam, trochę deszczowe, trochę słoneczne, jak to na Mazurach.......

piątek, 5 lipca 2013

Zdolne łapki Hany i......ruszam na wakacje.

Zdolne łapki Hany potrafią uszyć takie śliczne maskotki. Pojechały do Zuzi, bo Zuzia nie może przyjechać do nich.
A ja już pakuję walizki, bo tadam, tadam, od 3 godzin jestem na urlopie!!!
Śmigam jutro z samego rana. Co ja będę robić na tym urlopie? Zamierzam leżeć odłogiem, pławić się w lenistwie, leżeć do góry kołami. No taki mam zamysł, a jak to będzie najstarsi górale nawet nie wiedzą.


Łączność ze światem zabieram ze sobą, ale spokojnie nie będę Was nękać codziennymi postami, niech odwiedzający też mają trochę wakacji:))

Buziaczki wakcyjne dla Wszystkich ślę i tym, co również na urlop się udają, życzę samych słonecznych dni, beztroski i odpoczynku po kokardki.

Życzę też słodkich wakacyjnych snów i załączam wakcyjny sennik:

Rozsypała się sól - będzie kłótnia. 
Rozsypał się cukier - na zgodę. 
Rozsypała się kokaina - będą wizje. 
Upadł widelec - ktoś przyjdzie. 
Upadło mydło - oczekuj nieoczekiwanego. 
Jaskółki nisko latają - będzie deszcz. 
Krowy nisko latają - rozsypała się kokaina. 
Pękło lustro - będzie nieszczęście. 
Pękł rozporek - będzie wstyd. Mniejszy lub większy... 
Pękła prezerwatywa - lepiej, żeby pękło lustro. 
Swędzi nos - będzie pijaństwo. 
Swędzi dupa - mydło upadło...