Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stolik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stolik. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lipca 2013

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie to..........

Czy to ptak? Czy to samolot?



Nie to jest..........a kuku, to wcale nie jest superman, choć, prawie,prawie.

W zasadzie to była lipa, drzewo takie. Duże, no miała pewnie ze sto lat, a może nawet więcej... Rosła sobie w spokoju przy drodze nad jezioro, ale 5 lat temu przyszła burza, okropna, pustoszyła okoliczne lasy, łamała drzewa, jak zapałki i zrywała dachy z dmomów. Zmogła i struszkę lipę.




Ta zległa nieboże w poprzek drogi i tak sobie leżala czas jakiś, a że droga nad jeziora czasem jednak potrzebna to nowa droga została wydeptana i wyjeżdzona wokół tej biednej, leżącej lipy szybciutko.


Ale kto pozwoli aby się tyla opału zmarnowało? Powolutku ludzie pokroili lipię na kawałki i zabrali na opał, przez jakiś czas służyła jako rekwizyt do pozowanych zdjęć, sama mam na niej z kilkadziesiąt.



A potem zostały same nieudaczne kawałki, pokręcone z guzami wewnątrz,bo lipa w środku była pusta i miała guzowate narośla. Miała też w środku kilka wiader wspaniałego humusu, który dźwigałam wiaderkami do Kaczorówki.
Wracając kiedyś z lasu  przytachaliśmy do domu taki upośledzony, dziurawy kawałek. Leżał tak sobie w Kaczorówce i czekał.........
W zeszłym roku Wu zaczął czyścić, z nudów, bo lało, ten pokręcony i pozawijany kawałek lipy kombinując, co z tego można zrobić. Kombinował, kombinował, aż wykombinował.

Stolik, umownie nazwany " do kawy". Rano pijemy przy nim kawkę, po południu herbatkę, a wieczorem o zachodzie słonka winko.
I proszę mi nie mówić, że dziurawy. To, co się ma na nim zmieścić spokojnie się mieści, ba nawet więcej. Są bowiem w stoliku miejsca -schowki na dodatkowe piwko ( a nawet dwa) lub gazetę.....


Na specjalnym złomowym uchwycie można powiesić ściereczkę, ale głównie służy do przenoszenia stoliczka z miejsca w miejsce.....


Nogi owo cudo ma trzy, każda inna, słoniowe nieco, ale cały ten stolik mi się ze słoniem kojarzy, ciężki przynajmniej jest mniej więcej tak samo........


Kolorystyka została uzyskana metodą prób i błędów, począwszy od wypalania w ognisku, poprzez olejowanie, potem wybielanie, a potem smarowanie jeszcze jakimś szuwaksem, ale słowo ostatnie się jeszcze nie rzekło, ponoć ma być jeszcze woskowany i polerowany......


Grunt, że głowny ekspert go obwąchał dokładnie, a potem położył się w jego skąpym cieniu, bo skwar był dziś niemiłosierny. Czy go "skropił" swoim zwyczajem, bo robi to z każdą nowo napotkaną rzecza, nie wiem, nie widziałam, ale obawiam się, że niestety tak. Grunt, że wyżej nie poleciało niż na słoniowe nogi, bo ekspert to konus, jakich mało......


A z tej strony wygląda, jak? No właśnie, jak?


Dziwacznie? Nietypowo?

P.S.
A teraz zmykam spać, huta jutro czeka, ale jeszcze muszę na drugi boczek przewrócić serek typu korycińskiego, bo właśnie przywiozłam mleczko i wyrabiam po nocy serek.......


czwartek, 17 maja 2012

Zniebieszczania rzeczywistości ciąg dalszy

Mój mąż twierdzi, że  chcąc dać dobitny wyraz swojej determinacji, w zamiarze dumania w ciągu najbliższych dni wyłącznie o niebieskich migdałach, zajęłam się ostatnio przemalowywaniem rzeczywistości na niebiesko. No niby tak, bo co robić jak za oknem kalendarzowo wiosna, a odczuwalnie listopad? Dumać można sporo, ale czy bez końca? Tak, więc w zamiarze kontynuowania zniebieszczania otoczenia wytarmosiłam z kąta łubiankę na truskawki, jak również pozostałość anty komarowej świecy w postaci sporej wielkości glinianej miski i słoik po ogórkach z Lidla. W sumie graty nikomu i do niczego niepotrzebne, ale zostawione jak wiele innych gratów, bo a nóż się do czegoś przydadzą. No i się przydały, bo zainspirowania cudeńkami oglądanymi na różnych blogach stwierdziłam, że  do mojego, nomen omen niebieskiego tarasu, przydałyby się jeszcze jakieś ozdobne detale. Nie mogłoby to być nic dużego, bo małżonek mógłby kolejnej dużej dawki niebieskości nie zdzierżyć, o czym mnie lojalnie uprzedził. Pojawiające się niebieskie elementy na moich wytworkach skwitował tylko głębokim westchnieniem, co uznałam za akceptację. Dlatego też, niby po drodze   na zakupy, udałam się do zaprzyjaźnionego sklepiku za grosze i grzebiąc w koszach w poszukiwaniu "czegoś" nie oparłam się błękitnej serwetce i podusi w kolorze niebieskim (a jakże). Kolejne niebieskie detale przywleczone do domu mąż skwitował miną, która nic mi nie powiedziała, ale skoro głośno nie neguje to może w duchu mu się podoba:)))))
Wykończeniem tych niebieskości będą niebieskie lobelie, które jak wydumałam, będą pięknie wyglądać, ot choćby w wylansowanej przeze mnie łubiance, a może jakimś koszyczku? Żeby się więcej nie narażać szanownemu małżonkowi uznałam, że niebieskości chwilowo wystarczy , ale przyznam, że jestem z tej akcji zniebieszcznia zadowolona, bowiem przełamałam wewnętrzny opór przed zmianami. Nabrałam odwagi do machania pędzlem na większych powierzchniach (taras) i uwierzyłam, że nie zawsze wszystko trzeba sknocić przy przeróbkach. 
A teraz mi tylko zostało przetransportować wszystko do Kaczorówki, poukładać i zasiąść z kawką na tarasie, bo przecież tyrania miało być już  dość. Ale, ale, zapomniałam, że przecież za oknem w sporym wiadrze czekają do posadzenia kwiatki, które przytargałam od sióstr i to o dziwo w przewadze w kolorze niebieskim. Przysięgam, że nie były specjalnie wybierane, ot takie właśnie kwitły w ich ogródkach:)))
Kurczę nie wiem, co jest z tym niebieskim.  Prześladuje mnie czy jak?






P.S.


I jeszcze stary rozklekotany stolik, który jakiś czas temu znalazłam wiadomo, gdzie. Stał w kącie, bo nie wiedziałam, co z nim zrobić. Do dziś, bo w  ramach zniebieszczania rzeczywistości stwierdziłam, że raz kozie śmierć, zniebieszczę i stolik. I tak po cichutku zaczęłam zniebieszczanie, ale takie zakamuflowane między szarościami i kremową farbą. Nie jest jeszcze skończony, ale ponieważ kilka dni spędzę w Kaczorówce to pokazuję go w wersji "po pierwszej warstwie lakieru". Dojdą jeszcze koronki wokół obrazka, albo coś innego, to się dopiero okaże.