poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Co znalazłam na drodze, czyli chłopaku na drodze się nie śpi, a Lali do domu.


Wiem, że czekacie. Zbierałam się od szóstej, ale uwierzcie, nie byłam zdolna ruszyć się po powrocie z huty do czegokolwiek. Nie wiem, co zacz, paduam bez sił i tak leżałam, leżałam, leżałam...aż się w końcu dźwigłam...
Na mazurskiej drodze różne znaleziska już mi się trafiały.
W sobotę znalazłam na ten przykład, młodego, ładnego chłopaka. Jechałam do sklepu po coś, już nie pamiętam po co. Patrzę, a tu na poboczu jakiś pakunek podłużny leży, zbliżam się, a to człowiek. Zatrzymałam autko i ostrożnie podchodzę, dycha...chrapie. Wołam, szturcham...nic. Między kolanami piwko w zaciśniętej dłoni się grzeje. Tułów na poboczu, nogi na dordze. Twarz wtulona w młodziutką trawkę. Pojedzie jakiś wariat,albo gapa i nogi przejedzie. Nie zostawię tak dzieciaka. Szturchanie i wołanie nic nie dało, dopiero solidny klap w policzek otrzeźwił. Postawiłam na nogi i skierowałam we właściwy kierunek z przykazaniem brońbuk kłaść się znowu na pobocze.
Kilka aut wcześniej nawet się nie zatrzymało.

Dzień później, wyjeżdżając już do domu, na leśnej drodze zamajczyło mi coś jasnego, z daleka wyglądało na białego, opasłego psa.
Ale to nie był pies tylko...świnia! Na leśnej drodze, szła sobie statecznie, obwąchując trawki. Pijak leżący na poboczu mniej tu dziwi niż świnia. Tu chyba nikt nie trzyma świń. Ale, ale trzyma! W pobliskiej fundacji jest trochę dziwnych zwierzątek, między innymi takie właśnie świnki wietnamskie. I to jedna z nich wyruszyła w podróż. Jak wyszła? Nie wiem, one siedzą w zagrodzie, nawet spory kawałek od drogi na której ją spotkałam. Nie zostawię biduli, bo jak wejdzie w las to po niej. Widać, że stara i zniedołężniała. Zamiast jechać do domu wylazłam z samochodu i dalej zaganiać świnię do domu. Zdaje się, że ona ma na imię Lali. Nawet się słuchała i wędrowała, gdzie kazałam.
Zagoniłam w bezpieczne miejsce, powiadomiłam właścicielkę przez sąsiadkę i dopiero odjechałam w kierunku, w którym wcale mi się jechać nie chciało.
I takim to sposobem mam nową pozycję do CV -  świnipas.
Kto wie, może się przyda?








A Wam dziękuję za zgadywankę, blisko była Grażynka, celując w coś egzotycznego. Jednak pająka, ani węża bym nie zaganiała nazad do domu, czuję niepokój na samo wspomnienie onych.
A teraz idę chyba znowu poleżeć, nie wiem, co ja taka bez sił, koszmar jakiś. Może będę chora?


niedziela, 17 kwietnia 2016

Co znalazłam na drodze?

Poniewusz nie mam siły napisać, nie mówiąc o zgraniu filmu i zdjęć, to tylko dam Wam zagadkę, co takiego  znalazłam na mazurskiej drodze? Można zgadywać do woli, ciekawam, kto trafi. Napiszę tylko, że to jest żywe ...
A teraz muszę  paść, tak się ztytrałam, tak się urobiłam, że bolą mnie wszystkie kosteczki, ścięgna i mięśnie i powieki nawet.  Huk roboty odwalonej zostało.
I było tak pięknie mimo bolących członków, ptaki darły się od świtu, wczoraj słonko grzało, dziś deszczyk kropił...idealnie to ciężkiej pracy...

Jutro Wam puszczę filmik z jednego znaleziska, bo były dwa, ale przy tym pierwszym nie miałam telefonu...

niedziela, 10 kwietnia 2016

Może to nie był przypadek?

Może to nie był przypadek, że ja Gołuchów odwiedziłam w niedzielę świąteczną, a Kret zaraz we wtorek po świętach? Może to była taka zapowiedź? Bo w Gołuchowie się minęłyśmy, ale w Warszawie już nie!
Sobotni wieczór spedziłyśmy najpierw w Antrakcie, a potem u mnie i gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy, aż zrobiła się prawie północ. Jeszcze gadałyśmy w drodze do hotelu wędrując w słabym deszczyku. A hotel dwa przystanki od mojej chałupy.
Myślałam o jakimś konkursie dla Was, w stylu, który but, której, albo, czyj to szalik, ale z tego gadania zapomniałam o zrobieniu zdjęć, mam tylko to jedno cyknięte w oczekiwaniu na Kreta. Te kilka minut na ławce uzmysłowiło mi, że pędzę ciągle i nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak sobie siedziałam i spoglądałam na przechodzącyh ludzi, drzewa...


A spotkanie było przesympatczne i szkoda, że te kilka godzin upłynęło tak szybko. Żal mi tylko Kreta, która o 5 rano miała bidula pociąg powrotny. Ja za to spałam do wypęku z małymi przerwami cały dzień.
W Gołuchowie oglądałyśmy to samo, sądząc po zdjęciach.
Szukający żołędzi dzik, takie same na Tarchominie ryją trawniiki na osiedlach. Żaden problem spotkać takiego.


Żubry leniwe jakiś, odpoczywały w słoneczku.



Razem jest ich dziesięć- dla ciekawych, Imiona, miejsce i data urodzin. Wszystkie imiona na "P".



Konik polski, Agniecha, taki, jak Twoje??


Gdyby ktoś chciał, proszę przepis na budkę legową dla sowy:)

 I ona sama:)

Specjalnie dla Hany, żeby wiedziała, jak stołują się bażanty zrobiłam fotkę "posypu dla bażantów"



No to Hana, jak wybrukujesz, wiesz, co robić? Stefan wróci z wojaży i będzie się cieszył...

Kreciku, dziękuję Ci bardzo, że się odezwałaś i spotkałaś ze mną. Bardzo było miło i czuję niedosyt...pamiętaj, jak kolejny raz Cię tu przygna...

piątek, 8 kwietnia 2016

Ło jesssu...

Żeby ten blog mchem nie zarósł, bo może zła karma się odwróci, coś powinnam napisać. Tylko, co? Wszystko się wydaje bez sensu. Oszczędzę szczegółów. Na froncie huta - kicha, na froncie wena-kicha, na froncie Mazury- chwilowo kicha.
Wyszłam dziś z domu, nadać PITa na poczcie i tak mnie walnęło po oczach zielenią i białym kwieciem na drzewach. Rany, kiedy się TO zrobiło?
Wiosna, wiosenka, piękny czas, a tu człek w czarnej dupie. Może ja jestem jakaś popaprana, a może świat jest popaprany? Bo, jak to wytłumaczyć? Rano huta, czasem do wieczora, świat widzę zza okien smochodu, a po powrocie ekran komputera. Marysia nie kupiła mydła- to nie ma. Dwa dni w chałupie mydła nie było, płyn do kąpieli też się skończył. Dobrze, że płyn do higieny tej, no wiecie, jeszcze był. Nic się nie stało po umyciu innych części ciała. Dziś nie ma pieczywa, Marysia nie kupiła, dziecię - zapomniało. No to nie ma- sałata lodowa, zagryziona serem też dobra. Mówię Wam, tylko za Hemarem chce się zaśpiewać:

Kochać nie warto, lubić nie warto,
Znaleźć nie warto i zgubić nie warto.
Przysiąc nie warto, wierzyć nie warto,
Chodzić nie warto i leżeć nie warto.
Pieścić nie warto, łowić nie warto,
Stracić nie warto, zarobić nie warto.
Jedno co warto, to upić się warto.
Siedzieć i płakać, i śpiewać to warto.


No i tak to wygląda.

Ale, ale w święta, kiedy inni podstawili pod nos paszę i nie trzeba było stawić się w hucie, Mnemo zaliczyła Gołuchów!!!!







Jeżu, jak tam pięknie. i ja się pytam dlaczego ja nie jestem jakąś tam Czartoryską, w głębi duszy wydaje mi się, że idealnie bym się nadawała, jako Pani takich włości. Nawet podjęłabym się karmienia osobiście tych żubrów, danieli, nawet świń dzikich. O nich będzie następnym razem. Z dokumentacją fotograficzną.

A ponieważ Wy wszystko wiecie, to mi pomóżcie rozszyfrowac, co to takiego, co rosło tam w Gołuchowie, nie wiem, co to jest, a ciekawość mnie zjada.



Ponieważ od jakiegoś czasu dokucza mi Prostata, to pozwólcie, że się oddalę w zacisze, schowam za ekran i będę sobie tak do Was zerkała i odzywała od czasu do czasu.
Buziaki.