poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Zapomniałam już...

jak fajnie pobawić się fotografią.
Kiedyś bardziej przykładałam się do zdjęć, potrafiłam łazić godzinami i szukać obiektów, albo wprost odwrotnie nie szukałam, a one same wpadały w oko.
A potem oko jedno i drugie zepsuło się i jakoś tak wnerwia to cykanie w okularach. Zawadzają. Przez obiektyw widzę, że zdjęcie chyba fajne, a na kompie...tragedia i fe. Zniechęciłam się do zdjęć artystycznych.
Do okularów zaś nie mogę się przekonać, mimo, że bez nich ślepokura ze mnie okrutna.
Wu, widząc moją ekwilibrystykę podczas robienia fotek tudzież zmartwiony rodzajem słownika, który z ust pąkowia (jak mawia Hana) mi płynie, delikatnie mi ostatnio rzekł, " co ty się tak męczysz w tych okluarach? Nie możesz sobie ustawić obiektywu do wady wzroku?"
Tak? Mogę??
Ot, ja głupia blondynka!
Bo mogę, jest taka funkcja w aparacie, czego skutkiem są poniższe zdjęcia.
I co teraz lepiej wyszło?














Dla ambitnych zagadka.

Jakich kwiatów to nasiona?

P.S.
A ten efekt zamazanego tła, nazywa się głębia ostrości.
Ładnie prawda?

niedziela, 30 sierpnia 2015

Greckie żarcie


Dzisiaj lajcikowo -zdjęciowo, bo... siły nie mam.
Tak to jest, jak się z Mazur po ciemaku wraca, a tu trzeba się odgruzować i naszykować.
Tak się szykowałam, że pomalowane pazureiry obdarłam i jest gorzej niż było. Uff trza było maszynerię do hybrydy wyjąć. W upale zwykły lakier nie chce schnąć. Już się człowiekowi wydaje, że suchy,  delikatnie bierzesz coś w łapkę i ciach zdarty lakier, albo pomarszczony.
A na Mazurach ( kiedyś tam) podpatrywałam Mopecka, jak nurkował do wora na śmieci. Potem się okazało, czego szukał.
Zachciało mu się greckiego żarcia:)
No i po co ja mu takie drogie puchy kupuję, jak on po workach ze śmieciami i tak grasuje?
A potem oprawia te swoje tańce próbując dobrać się do "smakołyku"












A po jedzedniu trzeba pospać.
Zgadnijcie, gdzie ma piesek najwygodniej?


Zawsze tak robi, w domu na kanapie też.
Wygodny no nie?

niedziela, 23 sierpnia 2015

Stwórca i jego dzieło

O szafie wspominałam?
Nie?
A to dziwne, bo po szafce (klik) na tarasie, Wu  nabrał ochoty na zmajstrowanie szafy i zdaje się, że nawet narzekałam, że znowu chłop utknie mi przy deskach na wiele godzin. 
Utknął, a jakże na wiele godzin i kilka weekendów, bo taka szafa niby prosta, ale czasochłonna. Szczególnie to postarzanie desek, a czasem i kapryśna pogoda, przez którą następowało wstrzymywanie prac, bowiem nasz warsztat stolarski znajduje się pod sosnami.
Dzisiaj w końcu nastąpił upragniony moment zamknięcia szafy drzwiami, które skryły paskudny kąt z całym badziewiem ubraniowym i bucianym. Do całkowitego końca jeszcze troszkę zostało, czyli: trzeba jeszcze zrobić półki, wieszaki na kurtki i półkę na buty. Pewno pojawią się jeszcze jakieś ozdóbki.
Szafa jest pojemna. W przeliczeniu na dziecka to z pięcioro się zmieści, co nie jest bez znaczenia.
Jak zaczynają rozrabiać to czasami się zastanawiam, gdzie je w czortu pozamykać;)

Ostatecznie zmieści się tam ze dwóch kochanków, a jak na sztywno to trzech w miarę szczupłych.
Trzeba być przygotowaną na różne okoliczności:) Mazury to Mazury. Różne tu się dziwy dzieją:)
Ta szafa ma potencjał, mówię Wam.

Stwórca i jego dzieło.


Mam też swój udział w budowie szafy.
Po pierwsze to kształt, to ja uznałam, że narożna będzie lepsza ( i jest). Po drugie doradzałam z kolorem, po trzecie zawyrokowałam o kształcie uchwytów, a po czwarte wymyśliłam, że mają być z jałowca. U nas w lesie mnóstwo jest wyschniętych jałowców i pozyskać dwa patyki to nie problem. Jak się okazało to nadają się świetnie na uchwyty, mają bardzo oryginalną fakturę, no i pięknie pachną.


Technologia wykonania szafy była prosta.
Zakup najgorszych desek ( bo najtańsze) z sinicą (bo to dodatkowy efekt) przycięcie do wymaganych wymiarów, postarzanie ( najupierdliwszy etap, bo czasochłonny), olejwanie, montowanie.
Teraz nas czeka już najfajniejszy etap.
Ozdabianie.
Tylko nie wiem, czy to będzie w tym czy w przyszłym roku.

Bo naszykowałam Wu kolejną robotę.
Czterech chłopa go wkładało do Madzi. A kupiłam to w drodze do sklepu...


środa, 19 sierpnia 2015

Tylko w Kaczorówce przy robocie można się też bawić

Wakacje tego roku spędziłam w Kaczorówce, żadne tam Włochy czy Hiszpania. Byłam widziałam, na razie dość. Kaczorówki mi się chciało na dłużej. Takiego zwykłego tuptania i dziubania, jak to wokół domu. W mieście cały czas jestem w biegu i na tuptanie domowe ani czasu, ani siły w zasadzie nie mam.
No więc tuptalam tak sobie w tej Kaczorówce, aż nabrudziłam tyle ciuchów, że szok. Trzeba było prać. Ale w ręku tyle szmat? Nie da rady. W ręku można majtki wyprać. 
Zorganizowałam sobie prawdziwe, wiejskie pranie. Taki powrót do lat dawnych, kiedy to pranie trwało kilka godzin i człowiek sobie jakoś z tym radził. Dziś trudno sobie to wyobrazić, żeby stać przy pralce wirnikowej, płukać pranie w balii, a potem wieszać na linkach w ogrodzie. Wrzucamy do automatu i kawę pijemy.
Wyniuchałam zabytkową, czechosłowacką pralkę Romo, która na dodatek pogrzewa wodę. Stała sobie u Wieśniaka, całkiem zbyteczna.
Wywlokłam majdan na trawkę, a potem już poszłooooo. Prałam, co w rękę wlazło, ciuchy, pościel, narzuty i co tam jeszcze znalazłam zdatnego. Tak mi się spodobało, że zawiesiłam praniem kilka linek, tak coś 1/4 lasu:) A pranie, łacznie z zabawą trwało kilka godzin. Zupełnie niewykonalne w mieście.
Mopkowi też się podobało, wygodnie było w ciuszkach rozłożonych na trawie, bo pańcia blisko w zasięgu wzroku.



A potem z prania zrobiła się zabawa, bo Wu uznał, że można sobie zrobić na tym wiszącym praniu teatr cieni. A w zsadzie mojego cienia. I kazał mi stać za prześcieradełkami, narzutami i robić rożne dziwne pozy. 
No to stałam i robiłam. Jeszcze zniosę takie fotki, gdzie paszczy i nadmiaru kilogramów aż tak nie widać.
A, co z tego wyszło można zobaczyć niżej.









Ot i tak to wyszło.
Przy robocie też można się dobrze bawić:)
I nie trzeba wozić worów prania do miasta.

piątek, 14 sierpnia 2015

U mnie na gumnie

 w przeciwieństwie do gumna Hany, jest ...zielono:))
Spory udział w zieloności gumna ma Sokołowa, która ze swoją komuną siedzi od dwóch tygodni  za siatką, tzn. za płotem i w podzięce za różne takie mi gumno zlewa, jak twierdzi, dwa a nawet trzy razy dziennie. Tak w zasadzie to zagania do tych czynnści cześć męską, albo dziatwę, bo ma z czego wybierać. Stacjonuje u niej wymiennie coś około nastu osób. Jedni odjeżdżają inni przyjeżdżają, a Ta siedzi w garach i twierdzi, że tak lubi wypoczywać. Niech jej będzie. Dziś, oprócz swojej komuny, nakarmiła i nas, podając przez płot talerze pełne pysznego pene z truflami :) A w tak zwanym miedzyczasie, prasowała pierdylion koszulek od dziatwy na rozstawionej wśród sosen desce. Ona tak ma i to jest choroba nieuleczalna.

Ale miało być o gumnie.

Więc gumno jest zielone ( wiem, nie zaczyna się zdania od więc, ale ja lubię), trawka zielona, w donicach zielono, klapek pnie się się, jak oszalały, hortensje w pełnym rozkwicie.
Ostrzegam będą zdjęcia. Kiepskie bo ze srajfona. Znowu nie naładowałam baterii w aparacie a Wu, nie chce mi dać swoich bo twierdzi, że już przegiełąm. To enty raz.
















Dawno nie zdawałam relacji z gumna, nawet wakacyjnych relacji nie było, bo jakoś tak mi było smętnawo. Nic to, będzie czas jesienią, w słoty przypomnieć sobie letni czas.
Tylko jednym się chciałam podzielić z Wami. Takim przeżyciem, które w zasadzie powinnam przeżyć te dzieści lat temu, bo to wtedy przychodzą człekwi do głowy takie pomysły. Widać jestem opóźniona w rozwoju bo wpadłam na to tydzień temu.
A było to tak.
Tydzień temu na Mazurach było bardzo gorąco, na tyle gorąco, że trzeba było siedzieć do późnej nocy pod sosnami i czekać, aż się ochłodzi i zejdzie gorąc z górki, żeby móc się położyć spać.
Siedzielim tak pod tymi sosnami, sączyli każdy swoje ulubione, Wu jakiś chmiel, a Mnemo jakiś wiskacz, kiedy nagle Mnemo strzelił pomysł do blond  łba. Może z nadmiaru wiskacza, a może dlatego, że Mnemo czasem takie pomysły do łba strzelają.
Kotek... ( jakie to trywialne, ale tak mówię do Wu), śpijmy dziś pod głym niebem. Na trawce...
Nie trzeba było dwa razy powtarzać, Wu kicnął, jak dzierlatek na górkę, zwalił dwa materace i zrobił nam łoże na trawce przed domkiem. Zlegliśmy mając nad sobą rozgwieżdżone niebo, cykady cykały tuż w trawach, na wsi poszczekiwały psy. Za siatką, tzn. za płotem krzatała się komuna szykując się do snu.
Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Raczej natychmiast, jak tylko popatrzyłam w rozgwieżdżone niebo,  usłyszałam cykady i poszczekujące psy.





Spało się błogo, przez sen słyszałam, jak Mopek poszczekuje, obudził się w nim brytan pilnujący stada śpiącego pod gołym niebem. Gumno to jego teren.

O 6 rano obudziło mnie uczucie delikatnego dotykania na twarzy. Dotykał mnie maleńki deszczyk, który zaczął sobie kropić, ot tak po mazursku, czyli ni z gruchy ni z pietruchy. Cyknęłam zdjęcie zaspanemu Wu, a potem zwinęliśmy piernaty i zlegliśmy na podłodze chałupki. Na górkę nie chciało się nam już włazić. a potem przyszyła burza, którą podziwaliśmy leżąc na podłodze i obserwując przez otwarte drzwi.



Sokołowa, która cierpi na bezsenność spowodowaną chyba brakiem możliwości stania po nocy przy garach (bo komuna wtedy śpi) stwierdziła, że oniemiała, kiedy to o 5 rano wyszła przed swoją chałupę i zobaczyła nas śpiących błogo na trawie. Nawet pomyślała, że trzeba to uwiecznić jakąś fotką, ale się wycofała, że niby w ten sposób by nam się do łożka nieproszona wpakowała.

Jeśli ktoś ma gumno, a jeszcze nie przeżył takiej nocy pod gwiazdami polecam. Zdaje się, że już kończą się nam upały, a  lato w zasadzie też. To ostatni dzwonek na takie ekscesy:))

**************************************************************************

Z innej beczki.

Dziś rano taki malec zza siatki, dziecko z komuny, woła do mnie trzymając w ręku jakąś rurę, że niby karabin...

XYZ ( tu pada moje imię) nooooo...odpowiadam zachęcająco,
wies...zabiłem wilka...
naprawdę?... udaję zdziwienie...
noooo, ale już posedł... odpowiada malec...


P.S.
Zebrałam nasiona goździka brodatego, różne kolory, jeśli ktoś chciały, pewno starczy dla 5 osób to proszę info na maila. Wyślę.

P.S.2

Na gumnie nie robię NIC, bo mi się już nie chce. Ino uwiłam pokraczny wianek, z tych nooo, zapomniałam jak się zwą.
Miał być w kształcie serduszka, tak dla wyjasnienia.