niedziela, 27 lipca 2014

Mnemo - baba lekko sfiksowana......

Mnemo pojechała na targ staroci, ale nie tak raniutko, bo jej się ocząt otworzyć w ten ostatni dzień urlopu nie chciało.
W związku z powyższym pan od kredensików już się zwinął i pojechał do Orzysza, gdzieś koło 8 rano. Nawet nie  iem, czy miał one kredensiki, co to miał je przytaskać spod Kraśnika.
Trudno, co się odwlecze to nie ucieczem, ale po targu połazić mus, może, co innego wpadnie w oko.
Nic specjalnego nie było. Skrzynie te, co w zeszłym tygodniu, trochę szaf-landar, wiekszych niż moja chałupka. Przyiwtał nas, jak dobrych znajomych, właściel owej giełdy, czy targu, pokazując fajne stare bryczki i inne archaiczne pojazdy.
Był bardzo zmartwiony, że nie ma na te cacka kupców, a ceny przecież nie są wygórowane.
Racja, za takie cuś na płozach, trza zapłacić 6 setek z mozliwością targowania.
Gdybym miała dom, a nie chałupkę zrobiłabym sobie z takich sań łoże królewskie, a gdybym miała konia robiłabym zimą cudne sanny. Ale nie mam, ani konia ani domu. Mam tylko żal, że takie fajne sanie stoją, a ja ich mieć nie mogę......





Łaziła więc Mnemo, a za nią Wu zmęczony upałem, aż wypatrzyliśmy kaczkę. Akurat w sam raz do naszej kaczej kolekcji. Cena sensowna- nabyliśmy.
Kaczka jest jednocześnie schoweczkiem na bukwiejedenco.
Fajna, cynowa, na zdjęciu tego nie widać.



A potem Mnemo wpadło w oczy to...........
Bardzo leciwe, z korniczym miastem i historią zapewne bogatą.
Ciekawe ile chlebów zarobiono w tej dzieży? Ile lat służyła ludzom zanim dotarła na ten targ staroci?


Ubiwszy cenę, przystępną, ale w porównaniu z ceną sań to i tak wysoką, Mnemo odparadowała z dzieżą pozostawiając pana sprzedającego z miną mocno zdumioną, kiedy dowiedział się do czego ona będzie służyć.
Myślał też pewnie, że baba lekko sfiskowała, ale handel to handel, chciała to kupiła.......
Jak myślicie, co takiego Mnemo powiedziała człowiekowi?

Że dzieża będzie służyć do?????

Jutro będzie odpowiedź:)))

Miała być jutro ale jest dziś, bo Ewa rozpracowała zgadywankę błyskawicznie. Ona to wie, jakimi torami krażą moje pomysły.

Dzieża służyć będzie Mopciankowi za mazurskie łóżeczko.
Swoje szmaciane wyrko podrapał, a i tak w pluchę całe jest ubabrane błockiem i mokre to pomyślałam, że wywalę, a kupię jakiś koszyk na tych starociach, ale w oko wpadła mi dzieża.

Po przyjeździe zrobiłam na tarsie próbę generalną, wypadła pozytywnie.



Potem dzieża została wyszorowana, przygotowałam nowe posłanko i proszszsz.........






Mieści się akurat pod stołem i do niego pasuje:)))

Facet miał prawo myśleć, żem stuknięta, no nie????

A Ewa brawa wielkie:)))))



P.S.
Jak ktoś chce taki pojazd to na jednym ze zdjęć jest telefon na płocie do właściciela............


sobota, 26 lipca 2014

Kapliczki -moje własne.

Kto mnie trochę zna to wie, że mam atencję to różnego rodzaju staroci, które gromadzę po kątach bez ładu a składu. Lubię zwyczajnie je mieć. Mam malutką kolekcję kropielniczek, które od roku czekają na konkretną ekspozycję, mam też kolekcję kapliczek- na zdjęciach. Nie daje się kolekcjonować, niestety, kapliczek. Jednak, jeśli widzę jakowąś zawsze staram się zrobić jej zdjęcie. Marzyła mi się tutaj, w Kaczorówce własna kapliczka, wiecie, nie dlatego, że zamierzałam przy niej pacierze odmawiać, ale dlatego, że  kapliczka kojarzy mi się z taką sielskością z nawiązaniem do dawnych czasów, kiedy stawiono je w podzięce lub jakiejś intencji. A ja chcę podziękować Kaczorówce, że jest. . Widywałam czasem stareńkie drewniane na Kole, ale w życiu bym takiej nie kupiła,  bo pewnie kradziona. Nowe rodem z Cepelii  też mnie nie bardzo rajcują. Wymyśliłam, że zrobię kiedyś kapliczkę sama. Kiedy to kiedyś będzie nie miałam pojęcia. Do wczoraj.
Wczoraj bolał mnie żołądek, było mi niedobrze i snułam się, jak ćna jakaś. W pewnym momencie wlazła mi w ręce tarcica, którą oklejone było siedzisko krzesła, tego samego, które Wu naprawił. Wzięłam te kawałki, tak ładnie się w ręku łamały. Ułamałam kawałek i bezmyślnie gapiłam się na jego postrzępione brzegi. Na stole leżał ołówek, więc zaczęłam po tej tarcicy mazać, namazałam coś na kształt anioła. A dalej to już poszło...farby,potem kawałki desek, które przygotowałam na ludy, doktórych nijak atencji tym razem nie miałam. Do zmroku stukałam, pukałam, malowałam, poprawiałam, pasowałam, aż wyszo mi to.......



Poszłam spać z głową pełną pomysłów, znowu budziłam się, co parę godzin......
A dziś od samego gorącego i parnego ranka zabrałam się ponownie za produkcję:)))
Dzisiejszy urobek, w skwarze niemiłosiernym, o głodzie, bo wtedy jeść się zapomina, wyprodukowałam taką...



Potem przeszłam do większych gabarytów, takich, co to już zawiesiwszy na drzewie może robić, za prawdziwą kapliczkę i nie zginie w listowiu....



I takim to oto sposebem mam swoją własną kapliczkę, na drzewie:))
A z zasobów zaprzyjaźnionej Lemurii przytachałam, stare deski, bo jeszcze by mi się chciało zrobić kolejne...
Ach, jak ja lubię takie dni, jak dzisiaj, totalne oderwanie od wszystkiego, zajęcie rąk i głowy tylko i wyłącznie tym, co tu i teraz.....kocham tak spędzać czas.........

P.S. U mnie dziś był cudny dzień, gorący, prawdziwie letni, nawet teraz noc dyszy uaplnym dniem, świerszcze dają koncerty, a psy gdzieś poszczekują w oddali......

piątek, 25 lipca 2014

Idąc za ciosem.....

Tak to już jest z nami, że kiedy urlop się kończy zaczynają się pojawiać kolejne pomysły. Nagle widzimy ile jeszcze rzeczy nie zostało zrobionych, które były w planach i ile jeszcze nowych rzeczy moglibyśmy zrobić, miejśc, które można odwiedzić, gdyby nie konieczność powrotu.
Koniec urlopu, tego najdłuższego w roku, zawsze napawa mnie smutkiem. Do kolejnego przecież trzeba czekać znowu cały rok.
W tych ostatnich niemalże godzinach, idąc za ciosem, podbudowany pozytywnie Wu (zadowolony ze stołu) naprawił jeszcze stare śmietnikowe krzesło, któremu zarwało się siedzenie. Krzesło ma dość ciekawy wygląd i szkoda go wyrzucić, choć w pierwszej wersji miało gdzieś stanąć w kącie ogrodu i robić za wystrój.
Po dokładnych oględzinach okazało się, że nogi i oparcie są jeszcze solidne, więc trzeba je koniecznie naprawić, dać mu szansę na kolejne życie.
Z sosnowej deski Wu dorobił mu siedzisko, a dalej, to już proste. Olejowanie, woskowanie, glancowanie.
Skutek jest ano taki.....


Doskonale pasuje do stołu, ale zarwanego siedziska nie wyrzuciłam, o nie. Nagle okazało się, że tarcica, którą było oklejone (bo reszta drewniana) bardzo mi się przydała:))
A do czego to pokażę kiedy indziej.
W temacie meblowym pozostaniemy i pokażę jeszcze taborecik, który Wu zrobił z brzozowego krążka i olchowych gałęzi.
Doskonale służy do posiadywania tu i tam. Lubię tą jego prostotę. Oczywiście wykończenie go to olejowanie i woskowanie. Standard:)))



Kolejny w podobnym stylu, tyle, że większy ( będzie robił za stolik) jest na warsztacie, tzn, stole w ogrodzie, bo tam odbywają się wszystkie prace. Jak nie ma pogody nie ma warsztatu:(((
A dziś pogoda była trudna. Od rana upał niemiłosierny. Pociłam się, jak oszalała, co przy doskwierającycm cały czas żołądku potegowało jeszcze złe samopoczucie.
Piłam miętę, leżałam na leżaku i czekałam, aż minie i skwar i dokuczanie żołądka, pilnowana przez inspektora nadzoru imć Pana Mopcianka. On też był jakiś smętny i chodził bardzo powoli.


Skwar  minał, bo przyszła burza i .....trzeba było zamknąć warszat:(( Z nudów, bo nic innego mi nie przychodziło do głowy, robiłam zdjęcia....motylkowi, który schronił się do chałupki przed deszczem.


Dopiero wieczorem odzyskałam jakąś chęć do działania i zabrałam, się za wykorzystanie tarcicy z zarwanego krzesła, co też musiałam przerwać, bo słońce postanowiło iść spać.



A żołądek, jak nękał tak nęka.....bleeeee.
Czyżby to zespół pourlopowy już mnie dopadł????
To teraz tylko przetrwać noc. Od jakiegoś czasu nie lubię nocy na Mazurach, są takie bezproduktywne. W tym czasie ile fajnych rzeczy mogłabym porobić:((( Pewnie dlatego budzę się, co parę godzin i wyczekuję świtu. To jest wkurzające, jak słyszysz obok smaczne posapywania reszty. Nawet inspektor nadzoru imć Pan Mopcianek smacznie pochrapuje i nie słyszy kotów, które nocą buszują po tarasie i wyjadają mu suche żarcie. Ja za to słyszę i koty i wszystkie inne stuknięcia i puknięcia, a świtem budzące się ptaki.
Bezsenność jest okropna, a dziwiłam się teściowej.........
Macie na nią jakiś niezawodny sposób???

czwartek, 24 lipca 2014

O stole, który dostał nowy dom......

Już, już pokazuję mój nowy najśliczniejszy stół pod słońcem. Od dziś najładniejszy mebel w Kaczorówce. Że przyjechał z mazurskiego Czacza TU, już wiecie. Musiał przejść renowację, bo był nadgryziony porządnie zębem czasu. Na tych starociach wyglądał dość biednie, szuflady w kawałkach, czarny cały, okopcony, prawdopodobnie stał zdegradowany w jakimś chlewiku, gdzie gotuje się żarcie dla żywiny, bo i pachniał jakoś tak.....oborą.
W takim stanie przyjechał.


Obejrzeliśmy go z Wu ze wszytskich stron, odkryliśmy na nim ślady krojenia nożem, a pod blatem widać ślady od przykręcania maszynki do mięsa. To te kółeczka, poznaję, bo w naszym domowym stole też takie ślady były.



Stół ma takie kopytka, pewno, żeby nogi nie gniły od jakieś wilgoci, w starych domach nie zawsze było sucho,najwyżej jak zgniją kopytka, to dorobi się nowe. Musieliśmy od razu dorobić dwa, bo jednego już nie było, a drugie zgniłe i spróchniałe ledwo się trzymało. W stole jest też sporo wbitych gwoździ, zardzewiałych oczywiście, dostał też kilka nowych, zardzewiałych gwoździ, bo dechy się kiwały na różne strony i trzeba to było jakoś umocować.

 Pierwotnie stół był łączony za pomocą drewnianych kołeczków, które widać w miejscu, gdzie są przymocowane nogi.


Stół przez lata z pewnością był pryzkrywany ceratą, bo na rogu znaleźliśmy wpiętą starą metalową, zardzewiałą pinezkę.
Mebel  jest dębowy, z pewnością, prawdopodobnie pokryty szelakiem, który został właściwie jedynie na nogach, na blacie praktycznie go już nie  było. Starł się podczas dziesięcioleci użytkowania.

Deski na blacie mają spękania, rysy, szramy. Postanowiliśmy z Wu tak go oczyścić, żeby nie stracił nic ze swoich historycznych ran. Nie było w użyciu, ani szlifierki, ani nawet papieru ścierniego.
Na początek stół został wyszorowany wodą z mydłem (szarym), szczotką, tą samą, którą w zeszłym roku czyściłam konie. To taka wielka szczotka do rąk. Nie za twarda, nie za miękka. Ze stołu leciała czarna breja, taki był brudny. Szorowanie zostało powtórzone, a potem umyłam go całego jeszcze raz czystą wodą. W miejscach, gdzie ta czarna sadza, mocno przywarła, Wu czyścił brud miedzianą szczoteczką. Ostatecznie po tych zabiegach stół zrobił się taki trochę łaciaty. Blat zszarzał, tam zostało tylko surowe dębowe drewno, a reszta była pokryta jeszcze tu i ówdzie szelakiem.




Uznaliśmy, że nie zdrapujemy tego szelaku, niech tak zostanie. Umyliśmy bidoka jeszcze raz denaturą, poczekaliśmy aż wyschnie i z drżeniem serca zaczęliśmy olejowanie. Z drżeniem serca i wstrzymanym oddechem, bo nie mamy zbyt dużego doświadczenia w tego rodzaju odnawianiu. Olej, którego użyliśmy był bezbarwny i po nałożeniu pierwszej warstwy stół nagle zaczał ładnieć.


 Potem tych warstw jeszcze nakładaliśmy kilka, a na blacie delikatnie, dla wyrównania koloru, Wu pciągnął olejem w kolorze dębu.

Wszystko to odbywało się pod czujnym nadzorem inspektora do spraw renowacji starych klamotów, pana Mopcianka.


Między jednym, a drugim olejowaniem, Wu naprawił szuflady, posklejał, załatał dziurę w jednej z desek, dorobił prowadnice do tych szuflad, bo nie było.Pomyśleliśmy też, że warto mu dorobić gałki, bo szuflady trudno jest wysunąć. Akurat miałam takie gałki, które idealnie do niego pasowały. Już zaczynało słonko zachodzić, kiedy zabraliśmy się za woskowanie. I to był bardzo dobry ruch, bo stół wyszlachetniał, zrobił się taki aksamitny w dotyku i na dodatek pięknie pachnie.
Wszystkie jego rany z przeszłości doskonale widać, i te rysy od noża i jakieś plamy i różnice klorów na deskach, pęknięcia. Myślę, że mimo braku fachowej wiedzy go nie zepsuliśmy, bo bardzo się tego bałam.
Wieczorem pogadałam sobie z tym stołem. Powiedziałam mu, że teraz ma nowe życie, i choć może to nie są salony to jednak jest teraz najładniejszym meblem i, że bardzo,  bardzo go lubimy. Obiecaliśmy mu, że dostanie nowych, równie wiekowych towarzyszy, aby mu tu w tej Kaczorówce samemu nie było nudno. Bo o czym ma gadać taki stół ze śmietnikowym towarzystwem, które tu przez lata zostało ściągnięte? Siedzilieśmy tak z Wu i gapiliśmy się na ten stary-nowy stół.

A dziś rano z myślą o Was zrobiłam mojemu najładniejszemu meblowi sesję zdjęciową.Mała pomocnica dzielnie mi asystowała i testowała po kolei wszystkie sprzęty, zadając rezolutne, jak na 3 - latkę pytania. Na przykład, "a twoja szczotka do zamiatania to, która jest"? Odpowiadam, "ta fioletowa", acha, odpowiada dziecię, " to w takim razie ta czerwona jest wujka"?
Na otoczenie proszę nie zwracać uwagi, bo po kolei zostanie cały ten śmietnikowy wystrój zmieniony:))
A moje dekupażowane mebelki......odjadą do lamusa......













Aw  kolejnym, którymś poście będzie......stare-nowe krzesło,uratowane przez Wu i całkiem nowy taborecik, który Wu zrobił z drewnianych odpadków........
Urlop się kończy, a ile jeszcze pomysłów się plącze po głowie........

No to szczerze, podoba się Wam, nasz stary-nowy stół???

środa, 23 lipca 2014

A kto ma taki carny nosek i takie łapecki malutkie i ocka sare???








P.S.
Stół ku ukończeniu, ja na wykończeniu. Jakby to w moich stronach pedzieli "Mnemo ty jezdeś pierolnięty hancpizder. Bo, kto mormalny na urlopie wstaje o 6 rano, leci bez las dwa kilosy ( zdrowotnie), potem olejuje 4 raz podłogie, potem jom trze, żeby błyszczała, potem zbiera nasiona z kwiatów ( mam orlików trochę, jak kto kce), potem zbiera pierdyliony szyszek, potem odchwasza zagonki, potem sieje zebrane nasionka kfiotów, ale wcześniej przekopuje miejsce pod nie, potem szykuje kosycek dla kotka i kołdereckę i zabaweckę, tak z niczego, bo przecież w Kaczorówce nie ma sklepu dla zwierzaków, potem brukuje ten paskudny nagle kawałek pod schodkami, wozi taczką  duże kamolce na bruk, a wywiozi te mnałe, bo szpetne były, potem z tych małych robi w drucianych koszykach "klombliki", ot na kamyki w drucianym koszyku sypie się troszkę ziemi i sadzi rozchodniki, potem zapierdzela z psem 3 kilosy lasem na spacer, potem jeszcze wnosi meble.....w przelocie zjada pajdę chleba ze smalcem i ogórem małosolnym......
Nie wiem ile razy Mnemo dziś kucła i powstała, ale parę setek, w tym wieku to już jest gimnastyka ekstremalna. Boszsz, jak mnie bolą nogi.....ała, ała, ała................
Za to stół jest cudny, patrzę i napatrzeć się nie mogę.........

Jutro sesja ostateczna, bo i ostatnie szlify będą.......