Pokazywanie postów oznaczonych etykietą renowcja krzesła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą renowcja krzesła. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lipca 2014

Idąc za ciosem.....

Tak to już jest z nami, że kiedy urlop się kończy zaczynają się pojawiać kolejne pomysły. Nagle widzimy ile jeszcze rzeczy nie zostało zrobionych, które były w planach i ile jeszcze nowych rzeczy moglibyśmy zrobić, miejśc, które można odwiedzić, gdyby nie konieczność powrotu.
Koniec urlopu, tego najdłuższego w roku, zawsze napawa mnie smutkiem. Do kolejnego przecież trzeba czekać znowu cały rok.
W tych ostatnich niemalże godzinach, idąc za ciosem, podbudowany pozytywnie Wu (zadowolony ze stołu) naprawił jeszcze stare śmietnikowe krzesło, któremu zarwało się siedzenie. Krzesło ma dość ciekawy wygląd i szkoda go wyrzucić, choć w pierwszej wersji miało gdzieś stanąć w kącie ogrodu i robić za wystrój.
Po dokładnych oględzinach okazało się, że nogi i oparcie są jeszcze solidne, więc trzeba je koniecznie naprawić, dać mu szansę na kolejne życie.
Z sosnowej deski Wu dorobił mu siedzisko, a dalej, to już proste. Olejowanie, woskowanie, glancowanie.
Skutek jest ano taki.....


Doskonale pasuje do stołu, ale zarwanego siedziska nie wyrzuciłam, o nie. Nagle okazało się, że tarcica, którą było oklejone (bo reszta drewniana) bardzo mi się przydała:))
A do czego to pokażę kiedy indziej.
W temacie meblowym pozostaniemy i pokażę jeszcze taborecik, który Wu zrobił z brzozowego krążka i olchowych gałęzi.
Doskonale służy do posiadywania tu i tam. Lubię tą jego prostotę. Oczywiście wykończenie go to olejowanie i woskowanie. Standard:)))



Kolejny w podobnym stylu, tyle, że większy ( będzie robił za stolik) jest na warsztacie, tzn, stole w ogrodzie, bo tam odbywają się wszystkie prace. Jak nie ma pogody nie ma warsztatu:(((
A dziś pogoda była trudna. Od rana upał niemiłosierny. Pociłam się, jak oszalała, co przy doskwierającycm cały czas żołądku potegowało jeszcze złe samopoczucie.
Piłam miętę, leżałam na leżaku i czekałam, aż minie i skwar i dokuczanie żołądka, pilnowana przez inspektora nadzoru imć Pana Mopcianka. On też był jakiś smętny i chodził bardzo powoli.


Skwar  minał, bo przyszła burza i .....trzeba było zamknąć warszat:(( Z nudów, bo nic innego mi nie przychodziło do głowy, robiłam zdjęcia....motylkowi, który schronił się do chałupki przed deszczem.


Dopiero wieczorem odzyskałam jakąś chęć do działania i zabrałam, się za wykorzystanie tarcicy z zarwanego krzesła, co też musiałam przerwać, bo słońce postanowiło iść spać.



A żołądek, jak nękał tak nęka.....bleeeee.
Czyżby to zespół pourlopowy już mnie dopadł????
To teraz tylko przetrwać noc. Od jakiegoś czasu nie lubię nocy na Mazurach, są takie bezproduktywne. W tym czasie ile fajnych rzeczy mogłabym porobić:((( Pewnie dlatego budzę się, co parę godzin i wyczekuję świtu. To jest wkurzające, jak słyszysz obok smaczne posapywania reszty. Nawet inspektor nadzoru imć Pan Mopcianek smacznie pochrapuje i nie słyszy kotów, które nocą buszują po tarasie i wyjadają mu suche żarcie. Ja za to słyszę i koty i wszystkie inne stuknięcia i puknięcia, a świtem budzące się ptaki.
Bezsenność jest okropna, a dziwiłam się teściowej.........
Macie na nią jakiś niezawodny sposób???