Mój mąż twierdzi, że chcąc dać dobitny wyraz swojej determinacji, w zamiarze dumania w ciągu najbliższych dni wyłącznie o niebieskich migdałach, zajęłam się ostatnio przemalowywaniem rzeczywistości na niebiesko. No niby tak, bo co robić jak za oknem kalendarzowo wiosna, a odczuwalnie listopad? Dumać można sporo, ale czy bez końca? Tak, więc w zamiarze kontynuowania zniebieszczania otoczenia wytarmosiłam z kąta łubiankę na truskawki, jak również pozostałość anty komarowej świecy w postaci sporej wielkości glinianej miski i słoik po ogórkach z Lidla. W sumie graty nikomu i do niczego niepotrzebne, ale zostawione jak wiele innych gratów, bo a nóż się do czegoś przydadzą. No i się przydały, bo zainspirowania cudeńkami oglądanymi na różnych blogach stwierdziłam, że do mojego, nomen omen niebieskiego tarasu, przydałyby się jeszcze jakieś ozdobne detale. Nie mogłoby to być nic dużego, bo małżonek mógłby kolejnej dużej dawki niebieskości nie zdzierżyć, o czym mnie lojalnie uprzedził. Pojawiające się niebieskie elementy na moich wytworkach skwitował tylko głębokim westchnieniem, co uznałam za akceptację. Dlatego też, niby po drodze na zakupy, udałam się do zaprzyjaźnionego sklepiku za grosze i grzebiąc w koszach w poszukiwaniu "czegoś" nie oparłam się błękitnej serwetce i podusi w kolorze niebieskim (a jakże). Kolejne niebieskie detale przywleczone do domu mąż skwitował miną, która nic mi nie powiedziała, ale skoro głośno nie neguje to może w duchu mu się podoba:)))))
Wykończeniem tych niebieskości będą niebieskie lobelie, które jak wydumałam, będą pięknie wyglądać, ot choćby w wylansowanej przeze mnie łubiance, a może jakimś koszyczku? Żeby się więcej nie narażać szanownemu małżonkowi uznałam, że niebieskości chwilowo wystarczy , ale przyznam, że jestem z tej akcji zniebieszcznia zadowolona, bowiem przełamałam wewnętrzny opór przed zmianami. Nabrałam odwagi do machania pędzlem na większych powierzchniach (taras) i uwierzyłam, że nie zawsze wszystko trzeba sknocić przy przeróbkach.
A teraz mi tylko zostało przetransportować wszystko do Kaczorówki, poukładać i zasiąść z kawką na tarasie, bo przecież tyrania miało być już dość. Ale, ale, zapomniałam, że przecież za oknem w sporym wiadrze czekają do posadzenia kwiatki, które przytargałam od sióstr i to o dziwo w przewadze w kolorze niebieskim. Przysięgam, że nie były specjalnie wybierane, ot takie właśnie kwitły w ich ogródkach:)))
Kurczę nie wiem, co jest z tym niebieskim. Prześladuje mnie czy jak?
P.S.
I jeszcze stary rozklekotany stolik, który jakiś czas temu znalazłam wiadomo, gdzie. Stał w kącie, bo nie wiedziałam, co z nim zrobić. Do dziś, bo w ramach zniebieszczania rzeczywistości stwierdziłam, że raz kozie śmierć, zniebieszczę i stolik. I tak po cichutku zaczęłam zniebieszczanie, ale takie zakamuflowane między szarościami i kremową farbą. Nie jest jeszcze skończony, ale ponieważ kilka dni spędzę w Kaczorówce to pokazuję go w wersji "po pierwszej warstwie lakieru". Dojdą jeszcze koronki wokół obrazka, albo coś innego, to się dopiero okaże.