I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Wiosenny ruch na Waszych blogach, podwórkach i ogródkach obudził we mnie nieodpartą chęć zobaczenia Kaczorówki, więc mimo, że do sezonu daleko i do Kaczorówki też ( co tam tylko 200 km) jutro od raną pędzę. Przewietrzę chałupkę, wyczyszczę budki lęgowe, zobaczę co wymarzło, bo zima sroga na północy była, odwiedzę las i jezioro. Podobno leży jeszcze śnieg i jezioro skute jest lodem.
Wszystko potem Wam ładnie opiszę i pokażę.
A teraz parę ustrojstw, takich własnoręcznych, co to nie kosztują nic, bo jak już wspominałam, nabycie 2000 metrów ugoru i postawienie tam chałupki wykończyło nas finansowo, więc zagospodarowywanie terenu siłą wyższą musi być prawie darmo. I tak sprawia mi to i mojej drugiej połowie dużo frajdy i najlepiej się czujemy, jak tyramy cały dzień a po zmroku wczołgujemy się na "górkę" i stękając zalegamy w wyrku wspominając, co to przez cały dzień się wydarzyło. Ranki bywają trudne po takich harcach z łopatą, albo przewalaniu 6 ton kamieni ( trzeba było je zagospodarować), boli każda kosteczka, ale kubek kawy na tarasie o 5 albo 6 rano stawia na nogi i można znowu tyrać cały dzionek.
Jesień już w Kaczorówce, w trawie widać deski, które oczywiście są zdobyczne, znalezione przy jakiejś ruderze, zabezpieczone drewnochronem i ułożone w ogrodzie jako ścieżka.
Po prawej ( nie wiem czy to widać dobrze) "udziałany" kwietnik. A z czego? Ano z kory stareńkiej lipy, którą pewnego dnia burza powaliła na ziemię. Nie wiem jak to się stało, ale to chyba piorun obdarł tak lipę z kory, leżała taka ogromna jak skóra węża. Na drewno oczywiście znaleźli się chętni, ale ta kora została przy drodze. Postanowiliśmy ją przynieść i pomyśleć później po co ona będzie. Niesienie świeżej kory długości około 5 metrów to nie lada wyczyn, była ciążka jak diabli. Po wyschnięciu zwinęła się trochę w rulon i wtedy przyszło mi do głowy, żeby pociąć ją na kawałki, wsypać ziemi i posadzić kwiatki, co też zrobiłam. Rosną marnie bo w Kaczorówce nie ma wody i trzeba nosić, a deszczowej jest za mało. Dlatego w zeszłym roku oprócz mało wymagających kwiatków posadziłam też rojniki bo nie potrzebują prawie wcale wody.
Karmnik od początku do końca wykonany własnoręcznie, z kawałka schodków i pniaka z lasu. Fajansowa sosjerka znaleziona została na śmietniku "robi" za poidełko dla ptaków.Za karmnikiem widać murek prawda? Powstał z darni, nie było co z nią zrobić po budowie domku, więc została ułożona za domkiem tak, że odgradza część ogrodu od reszty lasu. Wejścia do tej rekreacyjnej części ogrodu powstały przez wkopanie zmurszałych pieńków w które powbijane na płasko są stare klucze. Na darniowym murku posadziłam rojniki i macierzankę, pod murkiem rózne krzaczki i kwiatki, co roku inne.
Skalnik, kamienie po części kupione, po części przytargane z okolicy. W donicy mięta sobie rośnie.
Z lewej na koziołku kolejny kwietnik z kory lipowej i skalnik, teraz jest już większy, sadzę w nim zioła na własnym kompoście. Rosną jak oszalałe, tu dopiero posiane.
Przy tarasie, beczka ze staroci a w niej ładnie wyglądający....zapomniałam nazwy:)
Wejście od lasu do części rekreacyjnej, wybrukowane polnymi kamieniami.
Ozdóbki ogrodowe, glany syna, a w nich rojniki i stare krzesło w którym rośnie lilak karłowy.
Budka lęgowa znaleziona w lesie dziurawa bez fasady. Przybiłam kawałek deski z dziurą po sęku bez większej wiary w to, że jakiś ptak tam zamieszka taka jest nieszczelna. Jednak zamieszkała tam pleszka, wyprowadziła nawet dwa lęgi.
Gliniane ptaszki na płotek jeszcze schną i nie są pomalowane.
A teraz zmykam bo późno, a jutro wyjazd.
Ciąg dalszy ustrojstw nastąpi.
Dobrej nocki dla wszystkich.
