Bo grzyby się pojawiły i jeśli jeszcze nie masowo to w całkiem przyzwoitej ilości. Musiały pojawić się dopiero co, bo w lesie jeszcze niewielu grzybiarzy, ot tyle, co miejscowi i tacy zapóźnieni działkowiecze jak my. Ogólnie Mazury już opustoszały, turystów już malutko, jezioro puste i ciche, a droga powrotna to była bajka, ruch niewielki i dało się przelecieć w trzy godzinki.
Na grzyby z reguły chodzę tak przy okazji spacerów, czyli wzdłuż drogi. Pazerna nie jestem, to tyle, co znajdę przy drodze też mi wystarczy. W końcu nie samym grzybem człowiek żyje.
Tym razem jednak coś mnie goniło do lasu, na przełaj, po krzakach, rana doczekać nie mogłam, żeby już lecieć.
Uzbrojona w wiadro, okulary na dal i buty gumowe ruszyłam, a za mną z miną cierpiętnika Wu ciągnący Mopa na smyczy. Z psem to żadne zbieranie grzybów, szczególnie z moim psem. Ten osioł spuszczony ze smyczy gna przed siebie głuchnąc na wołanie, zaś wisząc na smyczy potrafi się zawiesić z nosem wciśniętym w jakieś trawy i tak niuchać z 10 minut, czym wyprowadza z równowagi prowadzącego go na smyczy. Tym razem był to Wu, bo ja miałam zbierać grzyby.
Zaraz za chałupą na wejściu do lasu, przy samiuśkiej drodze bęc........
sześciopak, ślicznych czerwonych koźlaków.....
Już nie było siły mnie powstrzymać, przed skokiem w krzaczory, taka zachęta!!! Jeszcze tylko zdążyłam na drodze wnerwić sąsiadów wracających z lasu z dwoma wiadrami podgrzybków, ale nie mieli takich ślicznych czerwonych....
I borowików takowych, później znalezionych też nie......
Krążenia po lesie nie będę opisywać, bo było dość chaotyczne i musiałabym słów brzydkich używać powtarzając Wu strofującego bez przerwy naszego głupiutkiego psa. Bo nasz piesek jest kanapowym słodziakiem, zaś na spacerze bywa upierdliwy do bółu. Że zawiesza się nad byle trawką, już pisałałam, za to, jak człowiek chce chwilę postać, ( a Wu musiał czasem na mnie czekać) to ta mała pierdołka piszczy, jęczy i ciągnie do przodu.
Koniec końców zbiory były pierwszego dnia takie:
Dzisiejszych już nie sfociłam, bo dziś udaliśmy się już bez psiego towarzystwa i nazbieraliśmy na tyle dużo, że należało się śpieszyć z obieraniem, żeby na czas w drogę powrotną wyruszyć. Właśnie teraz grzyby się suszą w suszarce.
Przy okazji spotkałam takiego witrażowego grzybka, jadalny to on raczej nie jest, ale że ciekawie wyglądał to go sfociłam i ostawiłam w spokoju, szczególnie, że wyrastał z jakiejś kupy.
Jagodowa nalewka prawie, że "doszła", ma cudny kolor i ciekawy smak, dziwne, że z posmakiem czekoladowym, tak ocenił Wu. Rozlanie do butelek dopiero nastąpi, to zaś pokażę. Rozochocona tym jagodowym eksperymentem nabyłam pół litra czystej, nazbierałam dojrzałych i ostanich już borówek i nastawiłam nalewkę borówkową. Jestem ciekawa, co z tego wyjdzie, ale przecież jest wódka o smaku żurawinowym to borówkowa nalewka nie powinna być gorsza.
Na koniec pokażę, jaki kącik sypialniany zrobiłam moim dzieciakom. Górka to jedno pomieszczenie, ale żeby było intymniej każdemu to tak ulokowałam miejsca do spania, że każdy ma swój kącik.
W glinianym garnku, których mam kilka i które bardzo lubię włożyłam moje własne hortensje, takie mi w tym roku wielkie wyrosły, za co im jestem bezgranicznie wdzięczna. Drugi buket już innego gatunku przyjechał zdobić "czerwony październik".
A teraz spadam, odgruzować się i mentalnie przygotować na poniedziałek. A kto ma w rodzinie Stefana lub Stefanię niech nie zapomni, że dziś świętują.
