jak choremu po rycynie????
Ach, jak mi się przypomniały te wyjazdy letnie do nadmorskich kurortów, żeby sobie troszkę pieniążków zarobić...........
Bo począwszy od 17 roku życia, przynajmniej miesiąc wakacji spędzałam zarobkowo w nadmorskich ośrodkach, biegając z tacą.
To były jakieś zakładowe ośrodki wypoczynkowe, gdzie całe rodzinki przyjeżdżały na wczasy. Nazy chyba żadnego nie pamiętam.
Jednego roku byłam w Pobierowie, innego w Jarosławcu, a potem jeszcze był OHP zagraniczny. Do NRD!!!! Na kolejny, który miał byc na Węgrzech nie pojechałam......za karę.......
Najowocniejszy był ten zagraniczny, w NRD, bo przywiozłam sobie z niego .......męża:))
W tym NRD pracowałam w zakładzie przetwórstwa owocowo-warzywnego i nudniejszej roboty niż
przebieranie zgniłych czereśni na taśmie w życiu nie widziałam.
Ponieważ zarywałam regularnie nocki, na romantycznych randkach z Wu, nauczyłam się nawet przysypiać na tej taśmie. Ba, z dosypianiem zarwanych nocek doszłam do takiej perfekcji, że potrafiłam, kawałek przerwy obiadowej przespać w wielkim kartonie po słoikach, albo na podłodze w szatni. A jak już przenieśli nas do magazynu z właśnie, co zapasteryzowanymi ogórkami to był luksus. Pędzikiem układałyśmy cieplutkie słoiki, warstawmi przekładanymi kartonami, aż po sufity magazynu i do następnej dostawy można było na tych ciepłych słoiczkach pospać..........
Może o innych przygodach kiedyś więcej napiszę, np. o tym, jak to założyliśmy się, że pójdziemy na miejscowy cmentarz o północy, albo o karnym dancingu, na który nas zabrał wychowawca, albo o uciekaniu oknem, albo o tym, jak ukradli nam suszące się majtki ze sznurków.......
Ogólnie było śmiesznie, cwaniakowate chłopaki z Warsiawy, nieustannie robiły psikusy bardzo porządnym i zdyscyplinownym niemieckim pracownikom.
A ja wróciłam z tego OHP okrutnie zakochana i płakałam, ryczałam, jak bóbr 3 dni, a potem przyszedł list.....
No, ale wcześniej byłam w Jarosławcu, tam się nie zakochałam, choć zakochał się we mnie chłopak ( z Kalisza) ze dwa lata młodszy, był z rodzicami na wczasach. Traktowałam go trochę z góry, dla mnie to był dzieciak, choć był urodziwy, zanosił się na takiego Brada Pita i był bardzo oddany. Łaził za mną wszędzie i słuchał się we wszystkim. Nie no, nie dla mnie, za nianię miałam robić?
Ciekawe, co teraz porabia, ów Krzyś (chyba) .......
W Jarosławcu mogłam się przekonać, jakie zazdrosne żony są okropne.
Jakoś tak mi się trafiało, że na tych nadmorskich OHApach zawsze kelnerowałam, były też fuchy na zmywaku, albo w kuchni do wydawania dań, ale mnie zawsze brali do kelnerowania.
To kelnerowałam, po pierwszym dniu już latałam, jak fryga i potrafiłam kilka talerzy z drugim daniem zabierać na jeden raz. Już nie pamiętam, jak to się wszystko układało na rękach, ale był jakiś sposób.
Obsługiwałam całe rodzinki i samotnych ludzi, którzy dobierali się w czwórki do stolika.
Po kilku dniach kelnerowania zauważyłam, że jakiś brodaty facet, który przy stoliku siedział z dwojgiem małych dzieci i żoną, lampi się na mnie cały czas. Już od wyjścia z kuchni tak mnie świdrował tymi czarnymi ślepiami. Dla mnie to był jakiś stary dziad, pewno miał ze 30 lat:))))
Obsługiwałam grzecznie i tyle, ale facet zagadywał, co rusz o coś prosił, choć zawsze przy żonie. A ta marszczyła czoło i fukała.
I wiecie, co ta pinda zrobiła? Poszła na skargę do kierownika ośrodka, żeby zmienili kelnerkę, bo nosi za krótkie spódniczki i męża rozprasza!!!!!!!
Ale kierownik tylko się śmiał i wcale mnie z tego rewiru nie zabrał.
Pewnie też nie lubił zazdrosnych bab:))))
Mam jedno, jedyne zdjęcie z tego Jarosławca.
Ta śliczna blondynka z lewej strony to żona naszego nauczyciela od PO, również bardzo przystojnego i fajnego Jaśka - nazwiska nie pamiętam. Była naszą opiekunką, wszak OHP organizowany był przez szkołę.
A ten mały berbeć to ich synek.
No i szef kuchni przesympatyczny facet, ale nie pamiętam imienia.
Dobra, o Pobierowie będzie zaś, bo za dużo chyba tych atrakcji......

Super opowieści :) Czekam na ciąg dalszy :)
OdpowiedzUsuńMuszę je odkopać w tej masie wspomnień wakacyjnych...
UsuńOj, Mnemo:) jakże sympatyczne masz wspomnienia;))) Też byłam na OHP-ie w NRD:))) pamiętam buty - salamandry:)))) No i niekończące się rządki marchwi - pracowałam w polu:)))
OdpowiedzUsuńJa kupiłam sobie w NRD wełnę na swetry, wielkiego misia Bulbę, którego mam do dziś i czajnik.....dla mamy.
UsuńNo i oczywiście dezodoranty Fa i czekolady....
No tak, zapomniałam o wełnie (szetland) - do dziś mam sweterek zrobiony w tamtych czasach:)
UsuńCzyżby ten zaprezentowany w zabawie na największy kicz?
UsuńTy na zdjęciu to ta laska z tacą na pierwszym planie?
OdpowiedzUsuńZ Ohapu w NRD moja kuzynka od tortu i beczki też przywiozła sobie męża. A na ten OHap ja ją wysłałam w zastępstwie! Może to ten sam Ohap?
Ja robiłam przy żniwach i też się zakochałam! Aleśmy kochliwe były!
Ale ja się tak porządnie ino raz zakochałam, właśnie w tym NRD....
UsuńNa wcześniejszych OHApach jakoś nic ....
Z tego wyjazdu wróciły 4 pary, dziwczyny wielkopolskie, chłopaki-warsiawiaki. Pierwsze dwie pary spotkały się raz, czy dwa, trzecia para jakoś rok chyba się woziła ze sobą, no a my 4 lata, a potem to już była legalizacja. No to chyba nie byłam z Twoją kuzynką na tym samym. Ostatnio szukałam tej miescowości w necie, znalazłam... Gellingen, gdzieś w Turyngii, chyba......ciekawe, czy ten zakład jeszcze stoi, z pewnością nie....
Napisz o żniwach, proszszsz i o tym, jak się zakochałaś........
No mówiłam, że kelnerowałam......
UsuńFajne są takie wspomnienia :)
OdpowiedzUsuńU mnie ich mniej, bo jakoś nie lubiłam za bardzo wyjeżdżać na spędy ;) jak je nazywałam. Teraz to bym sobie pojechała :)
Ja nie żałuję i dziś też bym pojechała. To byłyu bardzo fajne wakacje:)))
UsuńJa też tak umiem dosypiać nocki:) Fajne wspomnienia, historia z Wu bardzo romantyczna:)
OdpowiedzUsuńFakt, nie jechałam po męża do tego NRD, a tu taka niespodzianka:)
UsuńUśmiałam się, żałuję, że nie mam takich wspomnień.
OdpowiedzUsuńNo, no, mąż zagraniczny, pozazdrościć.
Dobrej nocy.
PS. Wczoraj sąsiadka pokazała mi prace Wu, dość mroczne, szokujące wręcz niektóre, ale wspaniałe. Kojarzę Cię Mnemo z jakiegoś banerka, jak Cię widzi Wu.
Mąż krajowy przecież, ino za granicą poznany:))
UsuńWu takie skrobie, mnie tam nie szokują, pewno kwestia przyzwyczajenia. A Twojej sąsiadki prace to wręcz kocham, ach jak chciałabym tak umieć. Ją też kojarzę od WU z jakiegoś Variata albo Digarta........
Buziaki:)
A Ty ktora?
OdpowiedzUsuńJa mam tak do dzisiaj, ze jesli mi sie chce spac, to spie wszedzie i w kazdej mozliwej pozycji, na stojaco tez. Nic mi nie straszne. A juz w podrozy wysypiam sie do wypeku i kiedy inni po przyjezdzie na miejsce szukaja lozka, zeby zalegnac i odrobic deficyty snu, ja jestem jak nowonarodzona, czujna, zwarta i gotowa na wyzwania. :)))
A zgadnij która:)))
UsuńW autokarze, pociągu śpię, jak suseł, w aucie czasami, wszak ja kierowca muszę drugiego kierowcy pilnować:))
Nawet, jak w zeszłym roku jechaliśmy do Włoch to ludzie narzekali, że strasznie długo, a ja przespałam całą Polskę. Czech trochę Austrii, jak zrobiło się ładnie za oknami (widki) to już byłam wyspana i się gapiłam........
Pojecia nie mam, ktora. Gadaj szybko! :)))
UsuńDopasuj mnie do atrybutu kelnerskiego:)))
UsuńRaz w lesie,
OdpowiedzUsuńraz w kołchozie który produkawał TYLKO kapustę i robił z niej kiszoną
i raz w zieleni miejskiej.
Wtedy marudziło się okrutnie, że taka ciężka praca, ale teraz wspominam mile.
Salamandry też nabyłam. I potem jakoś nie nosiłam, bo smak mi się zmienił.
O , a teraz ucięło mi z przodu komentarza. Że niby w NRD byłam na trzech Ohapach.
UsuńWidzę, że popularne było to NRD, to mimo wszystko był fajny pomysł z taką ;letnią pracą, wsio na legalu i w miarę bezpiecznie, bo odpowiadała szkoła.
UsuńJa w NRD byłam tylko na tzw. wymianie, ale to były lata siedemdziesiąte. Potem mieszkałam w Dreźnie chyba miesiąc albo sześć tygodni i zajmowałam się tylko zwiedzaniem i zakupami. W ramach OHP pracowałam od 16. roku życia. We Wrozamecie, w fabryce leków, jako listonosz no i rysowniczka na wykopaliskach archeo (parę lat). Bardzo mile wspominam wszystkie te prace.
OdpowiedzUsuńO o tej rysowniczce to ciekawe, napisz coś kiedyś..... no chyba nie każdy może być rysowniczką, prawda???
UsuńKiedyś, oprócz jeszcze innych zajęc, bardzo chciałam zostać archeologiem........
Ja też chciałam w podstawówce, a został mój brat, nie ja. Rysowałam dla pewnego Profesora podczas Jego badań. No i zostałam żoną archeologa, z tychże wykopalisk.
UsuńJejku, lae fajnie. A mąz lubi opowiadać o wykopaliskach??? Bo ja żyłam od małego bąka tymi wykopaliskami. Jak miałam 3-4 lata przyjechali do wsi i na polach prowadzili wykopaliska. Byłam za smarkata, żeby coś zrozumieć, ale ojciec opowiadał, że to tam na tym polu nigdy nic nie chciało rosnąć, bo tam było cmentarzysko. Faktycznie, potem przyjechali i kopali, były tam spinki z brązu i szpile. A kawałek dalej jest grodzisko, dziś ledwo widoczne, lekki wał w większości spalntowany, głęboko wśród łąk, za to blisko Baryczy. W różnych książkach natrafiałam na wspominki o nim, zresztą o tych wykopaliskach też. Tak jak o "skarbie" z Czekanowa i innych podobnych z tego terenu.
UsuńCiekawe czy nie spotkalas moich kolezanek z Medyka, w tym Pobierowie..;)
OdpowiedzUsuńA kto wie??? Różnych ludzi się pzonawało. A z Medyka, którego?? Bo u nas też był.....
UsuńMnemo - super wspomnienia! Dwaj dalej, a nie szczedz!
OdpowiedzUsuńTa blondyneczka z frontu z taca to Ty?
Nie jezdzilam na Ohapy...nie wiem dlaczego. Kasy nigdy nie mialam to by sie byla przydala....pewnie Tata mnien nei puszczal...
Jak to kelnerka, z tacą:)))
UsuńMnie chyba nie bronili, byłam na trzech, a na 4 nie pojechałam za karę......
Blondynka z tacą na pierwszym planie na bank! Strasznie fajne wspomnienia, proszę o ciąg dalszy:)) U nas w ogóle jeżdżenie na OHPy nie było popularne, jedynie praktyki robotnicze przed studiami. Nie wiedziałam, że Wu trofiejny!
OdpowiedzUsuńEeeee, Mika dla Ciebie to nie było trudno, po głowie mnie choćbyś poznała, wszak już wtedy biały łebek nosiłam.....
UsuńTrofiejny??? Hmmm, różnie to znaczy, ale nie wiem, co u Was:)) U nas to ukradziony, a u Was?
Do NRD się jeździło jak do przedsionka prawdziwego Zachodu - ot i cała tajemnica.
OdpowiedzUsuńA jak się już dotarło do Berlina Zachodniego - to dopiero był Zachód;))))
UsuńJak jechalam z Tata do Anglii to jechalismy pociagiem. Z Poznania. Na granicy onwachiwali kazdy przedzial. I pod wagonami tez. Potem dojezdzalo sie do Berlina Wsch - normalnie, troche jakichs w mondurach ze strzelabmi na peronach, ale malo....po 15 minutach stop. wyjaz ze Wsch i wjazd do Zach. kontrola paszportow i poszukiwania uciekinierow - na peronie z OBU STRON tacy sami w mundurach ze strzelbami , oczka wpatrzone we wagony, tez zagladanie wszedzie (za siedzenia, pod siedzenia, we walizach, pod wagonami). po 15 minutach wyjazd z B. Zach - kontrola paszportow, wjazd do Wsch - apiac tego samego....No i potem troche spania i wyjazd z NRD do RFN (wtedy NRF). I to samo. Nikt nie pyskowal, kazdy sie poddawal temu. moze dlatego, ze byla polnoc i kazdy byl rozbudzony i chcial spac. Jak w koncu dojechalismy do Anglii to pies z kulawa noga sie nie interesowal nami .
UsuńJesu, strasznie, to musiało rozbić wrażenie. Ja już nie pamiętam tych przejazdów. Pamiętam, co innego w drodze do NRD i nazad też, co innego. W tamtą stronę się wściekałam, bo trochę się bez sensu ubrałam i chłopaki się gapiły, a nazad to już chlipałam, bo rozstanie było bliskie.......
UsuńJa z Wroclawia raz pojechalam do Bautzen na dzien - dosc okropne to bylo. wrocilam z jakimis cukierkami i welna na sweter. Grzyla. Szetland staromodny. A tak to do Ahlbecku sie chodzilo? Jezdzilo? ze Swinoujscia (jedne wakacje) i raz z kolezanka pojechalysmy gdzies dalej pociagiem. fajne to bylo. a nasi koledzy z klasy to jezdzili do jakiejs fabryki pracowac , wmieiscowosci o pieknej nazwie Schwartze Pumpe. No i w tym czasie pojechalam bylam z Mama do BU-DA-PESZ-TU! Dla mnie przediosnka Zachodu w sumie nie bylo, bo JUZ w 1969 roku z Tata do Anglii pojechalam na 2 miesiace! no i mielismy paczki od Wujka Stasia, wiec chodzilam wystrojona w zachdonie ciuchy po kuzynce o 5 lat starszej, wiec czesc do przerobienia a czesc do tapczanu wywlekane co 6 miesiecy zeby zobaczyc co sie da przerobic a na co jeszcze poczekam. Teraz to ja od tej kuzynki to jestem o przynajmniej rozmiar wieksza. a 5 lat mlodsza jak bylam tak jestem ;P Korzyscia tego bylo to, ze ssie nauczylam szyc przerabiajac ciuchy.
OdpowiedzUsuńNie byłam na Węgrzech, ani w Berlinie, z większych NRDowskich maist dotarłam do Lipska i pomniejszych w Turyngii. Za to w latach 70- 80- tych z RFN przyjeżdżał ojca kolega z dziecięcych lat,sąsiad. W czasie wojny wywieźli go na roboty i tam został, ożenił się z Niemką. Potem przyjeżdżał do rodziny, nas też odwiedział i przywoził rajstopy.....kolorowe, w kropkim, cętki, kolorowe. Szpanowałam tymi rajstopami.....
Usuńja niestety starsza od ciebie jestem, nie było ohapów. a może i były ale ja nigdy w wakacje do pracy nie jeździłam. moi rodzice mieli ambicje, żebym wyjeżdżała na obozy, wcześniej kolonie, nad morze i w góry. odkładali na te wakacje cały rok ( tylko tata pracował). między innymi byłam na koloniach w łukęcinie , niedaleko pobierowa. wtedy to była dziura zabita dechami....
OdpowiedzUsuńW moich czasach też nie było kurortem wielkim, latem tłum turystów, zimą paru stałych mieszkańców.
UsuńI puste ośrodki, których ktoś tam pilnował.Swoją drogą fajna fuchha takie pilnowanie ośrodka, zaraz mi się Lśnienie przypomina z Nicholsonem......
Cudowne wspomnienia :-) na mnie juz OHP nie czekał, chyba mi szkoda :-)
OdpowiedzUsuńWidzisz, tak to jest, ja mam we wspomnieniach OHP, Ty masz w metryce lepiej:)))
Usuń