piątek, 29 listopada 2013

Porodówka, post wywołany wczorajszym.


Z samej porodówki nie mam prawie żadnych wspomnień, ot kilkanaście minut leżenia pod aparaturą, a potem wyjazd na blok operacyjny. A potem przyjazd na izolatkę i kilkugodzinne wracanie do żywych.
Po przebudzeniu w izolatce czuwał przy mnie anioł stróż w postaci młodego praktykanta -pielęgniarza. Chłopaka. Siedział przy mnie jakiś czas, mierzył ciśnienie, zwilżał usta wacikiem z wodą i wykonywał przy  mnie inne,bardzo krępujące czynności.  Byłam okrutnie zawstydzona.
Najgorsze było to, że dziecko na chwilunię tylko przynieśli wieczorem, kiedy doktory poszły do domu, pokazali kukiełkę zawiniętą w bet i tle go widziałam. Ale to było okropne uczucie. Płakałam cichutko w poduszkę.
 Następnego dnia poczłapałam, przytrzymując się ściany do szybki zza której można było podziwiać leżące pokotem w malutkich łóżeczkach dzieci. Kilkoro leżało w inkubatorach. Jak była fajna pielęgniarka to wpuściła na salę, żeby sobie popatrzeć na swojego maluszka z bliska, podtrzymać za rączkę. Mnie wpuszczały, ale tylko wieczorem. Po karmieniu. Dzieci wtedy spały.  Chyba dlatego, że miałam dwie znajome położne, które przetarły mi szlaki.  I tak trzy doby, bo na czwartą dobę przynieśli młodego, położyli na łóżko i "rób babo, co chcesz". Młody ryczał i ja ryczałam. Nie chciał pić z cyca, bo trzy dni karmili go z butli. Za to dzieciaczek sąsiadki nie miał oporów było mu obojętne, czy ciągnął cyca maminego, czy mojego. Bo, jak pisałam w poprzednim poście wyręczałam trochę sąsiadkę przy karmieniu jej dziecka.

 Kąpiel dzieciaków dla młodych niedoświadczonych matek to był koszmar. Przychodziła pielęgniarka i po kolei brała przygotowane już golaski do kąpieli, a kąpiel ta odbywała się pod bieżącą wodą w zlewozmywaku, któy był  na sali. Na lewej ręce wisiał taki golasek głową w dół, prawą go namydlała, potem było płukanie pod bieżącą wodą. Woda noworodkom lała się do oczu, uszu, nosa. niektóre płakały inne nie. Matki w kolejce czekały z rozcapierzonymi pieluchami w których lądowały dzieciątka. Takiego golasa trzeba było sobie naoliwkować, zasypać pupsko i paszki pudrem, a na koniec ubrać. Pierwszy raz (po znajomości) pielęgniarka mi młodego ubrała, ale w nocy niestety młody zabrudził sobie kaftaniki  i przeszłam chrzest bojowy. Jeszcze pamiętam, jak mi się trzęsły ten pierwszy raz ręce podczas przebierania. Nie miałam żadnego doświadczenia w pielęgnowaniu noworodków. Pielęgniarki były rubaszne, szybkie i nie cackały się z nami.

Szkoły rodzenia wtedy nie było, internetu nie było. Czytało się dr. Spocka ewentualnie wykorzystywało informacje przekazane przez mamę, siostry, koleżanki. I czekało dnia, kiedy wypuszczą do domu. Całe, długie 9 dób!!!!. Bez legalnych odwiedzin -nie wpuszczano na oddział. Ale od czego są znajomości, ja miałam, dlatego mąż przebrany w biały kitel był wpuszczany na kilka chwil. Wieczorami, przez piwnicę.

Ale czasy nie?

Po powrocie do domu pod czujnym okiem mamy, nabrało się wprawy w kapaniu, przebieraniu i karmieniu.
Młody był grzecznym dzieckiem, nie ryczał po nocach, nauczył się ciągnąć cyca, ale nie trawił czapeczki z daszkiem. A tak ładnie mu w niej było:))))


Nie wiem, jak jest dzisiaj w szpitalach położniczych. Ponoć różnie, choć od czasów, które tu dziś wspominam minęło ćwierć wieku.

Niedługo się jednak dowiem, bo już za chwilę za chwileczkę urodzi się taka mała jedna dziewuszynka:)))
I wiecie, co? Cieszę się. Zostanę po raz kolejny ciotką:))

52 komentarze:

  1. kiedy ja sie rodziłam moja mama miała ful serwis....praktykantki skakały z nudów koło niej...mama była jedyna na porodówce....były święta:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się rodziłam kilka dni później, miałam się rodzić w domu, ale nie pozwolili, to też jest niezła historia....

      Usuń
    2. Opiszesz ją kiedyś??

      Usuń
    3. Już trochę opisałam jest tu: http://de-kupa-ge.blogspot.com/2012/12/jak-to-byo-pewnej-nocy-sylwestrowej.html

      Usuń
  2. ćwierć wieku, powiadasz. mój najstarszy skończył właśnie 44 lata. stary on....a wtedy przynosili dzieci tylko do karmienia. i chodzić kazali ze zszywkami....i miałam ropę w cycu. i nie karmiłam. i mi ją wycisnęli. o matko moja myślałam,że umrę z bólu....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Barbarzyństwo.... na szczęście, macierzyństwo zaciera te wszystkie traumy, bo, co tu dużo mówić to przecież trauma.

      Usuń
    2. Weź mi Mnemo nie przypominaj. Poród to pikuś, ta cała reszta to dopiero jazda była!
      Ewo z Mazur, z jakim zszywkami? Ja chodziłam bez majtków i w przydziałowej koszuli do pępka z dekoltem do tegoż. Tydzień mnie trzymali. Po 2 dniach chłop w jakimś żarciu (można było przekazywać paczki) przemycił mi majtki. Od razu zaczęłam dochodzić do siebie.

      Usuń
    3. ja też bez majtek chodziłam. i nie wolno było dawać żadnych podarunków położnicy.no z klamerkami chodziłam, którymi mi zszyli to co rozcięli. ze stali rdzewnej....

      Usuń
    4. chodziłyśmy jak gejsze drobnymi krokami zeby nie wypadlo to co powinno byc w majtkach

      Usuń
    5. chodziłyśmy jak gejsze drobnymi krokami zeby nie wypadlo to co powinno byc w majtkach

      Usuń
    6. A, tak myślałam! Takie zszywki to i ja miałam!

      Usuń
    7. Ja nie miałam, za to cery na brzuchu takie, że pytano mnie potem przez kilka lat, kto mnie tak ładnie zszył. Ordynator odpowiadałam. Haftować to on nie umiał, niestety.

      Usuń
  3. To były czasy! Zainspirowałaś mnie do napisania swoich wspomnień.
    Nie wypominam miło obsługi lekarskiej, a to zabieranie dzieci to prawdziwy koszmar dla nich i dla nas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsze to zabranie dziecka, chrzanić tam nieczułe pielęgniarki, ale tych pierwszych chwil z dzieckiem na brzuchu nikt nam nie odda..........

      Usuń
    2. Ani naszym dzieciom, którym to było potrzebne aż do bólu. Wstrętne czasy :(

      Usuń
  4. Ja już pisałam, jaką byłam okropna pacjentką... Galotki nosiłam, choc nie było wolno, z dzieckiem spałam w jednym łóżku - choć nie było wolno, zagroziłam, że jak po trzeciej dobie głodówki nie dostane nic do jedzenia, to opróżnię CAŁĄ szufladę słodkości. I na dowód że nie blefuję - pokazałam szufladę wypełnioną łakociami. Zeżarłabym, jak babcię kocham, bo miałam już mroczki przed oczami, inne dostawały, a ja nie...I dostałam: suchary z kawą zbożową...pychotka:) Nie miałam problemów ani z myciem, ani z przewijaniem...jakos samo, intuicyjnie się zrobiło. Wietrzyłam, ale miałam za sobą położne - wyzywały na zaduch i jakby co same otwierały okna, a dzieciom pieluchy na buźki zakładały. Tylko z pokarmem miałam kłopot, nie pozwalano odciągać, ani dawać mleka modyfikowanego, więc te trzy doby (miałam zapalenie piersi) mleko do zlewu, a Młody tylko glukozę dostawał... zamiast tyć, to chudł. Później zaczęłam karmić (zatory ustąpiły) i dostał żółtaczki pokarmowej. Wypuścili nas do domu, ale musiałam znów zrezygnowac z cyca. Po dwóch tygodniach wszystko wróciło do normy, ale z karmieniem był problem - dawałam na zmianę jeszcze do 3 m-ca. Potem pokarm zanikał i skończyło się co dobre:) Wkurzało mnie to co zawsze w szpitalnym życiu, że budzą kiedy chce się spać, a do spania wysyłają jak się nie chce... pobudki o 5 nad ranem były najbardziej wkurzające. Teraz maja laserowe termometry, kiedyś budziły i trzeba było pod pachę włożyć nawiązując kontakt wzrokowy i językowy. Teraz budzi Cie tylko PIPIPI i tempka zmierzona:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajna byłaś, dziś bym zrobiła tak samo. Budziły po ćmoku tupiąc drewniakami.......

      Usuń
  5. Ćwierć wieku temu to był koszmar, nawet jeśli się rodziło w wielkim krakowskim szpitalu( starszy syn), po prostu koszmar..., już chyba w małym miasteczku było ciut lepiej( młodszy syn).
    Dobrze, że czasy są inne...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. potwierdzam, rodziłam w Narutowicza w 1984 r, koszmar i trauma

      Usuń
  6. dziewczyny, nie bądźmy na siebie złe, że pozwalałyśmy na to wszystko bo po pierwsze bałyśmy się o dzieci (i słusznie) a po drugie o siebie też, bo w tamtych czasach wszyscy, łącznie z salową, koniecznie musieli pokazać, kto tu rządzi. wiele razy zastanawiam się, czemu ludzie byli tacy podli i nie wiem. Od razy sobie przypomniałam wrzask położnej, popękane, zaropiałe sutki, olej rycynowy, leżenie w krwi i własnych odchodach wynikłe właśnie z braku majtek i podkładów, brak kontaktu ze światem zewnętrznym, upokorzenie, ech, było, minęło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mezowie stali pod oknami z zadartymi głowami bo to było na piętrze i oglądali swoje dzieci przez szybkę.....

      Usuń
    2. Taaa, na oddział nie można było wchodzić, bo bakterie, ale jeden zapchany kibel i nieczynny prysznic to zwykła rzecz. I dwaj panowie hydraulicy w kaloszach, którzy leźli przez calutki oddział z jakimiś rurami i innymi kanałowymi akcesoriami, żeby ten kibel raz dziennie przepchać. Matuchno, jakby mi to ktoś opowiedział, nie uwierzyłabym.

      Usuń
    3. Ukrywałyśmy zdobyte (za czekolady i kawę) butelki z mlekiem między szybami okiennymi zawinięte w mokry ręcznik, żeby nie skwaśniało. Ani lekarz, ani pielęgniarki nie potrafiły młodego nauczyć pić z cyca. Męczył się biedak płakał, ja płakałam, a lekarz zapisał mleko z butli na dokarmienie raz dziennie.
      W domu mama szybko znalazła sposób, zagotowała wody z cukrem posmarowała cyca i młody zassał. Dziwne nie? Na słodkość poszedł od razu:)))

      Usuń
  7. 7 lat temu to nie tak dawno;) Dzieciaki zabierali co prawda na noworodki, ale przynosili na każde życzenie i do karmienia kiedy się chciało. Koszule były długie za tyłek i codziennie świeże, pościel - codziennie świeża przed obchodem, rumianek w termosie skolko ugodno, wskazówki i uśmiechy. Położne na ogół miłe i wspierające, chociaż rutyniary i fachury niemożliwe;) Pamiętam, jak cały oddział drżał przed oddziałową w czarnych rajtuzach, która szła przez korytarz i wskazując palcem mówiła gromko: "Pani na lewatywę";))) Poznań, Szpital Świętej Rodziny. Byłam jednak trochę "vipem", zarezerwowałam sobie separatkę z własną łazienką!!! - wspaniała rzecz! Trzeba trochę dopłacić, ale warto;) Książę siedział przy mnie całymi dniami, malutka w tym samym pokoiku - było "świetnie". To bardzo dobry szpital i wspominam wszystko nie najgorzej;)
    Poza tortem orzechowym ,ale to historia "poza protokołem";)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. za moich czasow nawet nikt nie wiedzial ze tak mozna na osobnej sali....

      Usuń
    2. Szczerze mówiąc to ja też nie wiedziałam, ale położne mnie namówiły;))) "Przecież pani nie Wałęsowa, majątku na to pani nie straci..."

      Usuń
    3. No to jestes wyjątkiem, ja o Św Rodzinie słyszałam jak najgorzej...od rodzących. ja miałam obsesję na punkcie młodego i "nagłych zdarzeń" więc wybrałam Polną i bardzo sobie chwalę (mimo wszystko:) Było czysto, a położna skakały wokół nas. Tylko lekarz na poporodowym konował jakich mało, ale ja trafiłam na fajnych (leżałam miesiąc na patologii, sam Profesor mnie raczył doglądać, a cc robił mój były prywatny gin - pamiętał skubany:) Nie dałam ani grosza dla zasady ale miałam wszystko o co poprosiłam, Drugie też będzie na Polnej, nie zaryzykuję innego szpitala:)

      Usuń
    4. Teraz cięcia nawet nie widać, kroją niziutko, w bikini potem można latać. Nas rypali od pępka w dół na 9 szwów, kto tam o estetykę dbał. I człowiek łaził potem z taką siną "glizdą" przez kilka lat.

      Usuń
  8. Ja już rodziłam w nowych czasach, 4 lata temu. Porodówka i oddział "rooming in" wyremontowane, czyste i ciepłe. Sala do porodu w pozycji wertykalnej, sala z wanną, prysznice przy każdej sali, zasady "rodzić po ludzku", "program ochrony krocza". Też trochę byłam vipem, ponieważ kuzynka męża była zastępcą oddziałowej. Załatwiła mi oddzielną salę na roomingu, życzliwość położnych, pomoc przy nauce karmienia piersią i powściągliwość w krytykowaniu podczas mojej niezgody na szczepienie. Mały był ze mną od samego początku, spał ze mną, ani razu go nie zabrali. Dla mnie i tak było zbyt medycznie, no ale cóż takie sa warunki szpitala. Podziwiam kobiety, które rodzą w domach.
    Z tego co opisujecie to kiedyś był totalny hardcore, moja mama podobnie wspomina narodziny moje i mojego rodzeństwa. Zero szacunku, traktowanie poniżej godności, Kobiety i dzieci z traumami pourodzeniowymi - to my.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja mama urodziła w domu czworo dzieci, bez żadnego nacinania, zszywania itd. myślę, że lepiej jej się rodziło niż w szpitalu. Dziś na szczęście podejście jest inne choć też bywają przykre sytuacje, wystarczy w necie poczytać..... Moja koleżanka w wieku 42 lat rodziła syna w domu, a w drugim pokoju na narodziny czekali goście. Dziś dziewczyny są całą ciążę na zwolnieniu lekarskim, mogą odpocząć, nie denerwować się pracą,, ja nie byłam chyba ani dnia, jeździłam do pracy na rowerze 2 km. A we wrześniu byłam na wykopkach!!!

      Usuń
  9. ja nie mogę powiedzieć, żeby personel był jakiś chamski. wprost przeciwnie, bardzo sympatycznych ludzi spotkałam.ale cóż, takie mieli idiotyczne przepisy i musieli ich przestrzegać.
    a w domu, pamiętam urodził się mój brat.

    OdpowiedzUsuń
  10. Danuśka! Ja niechętnie wracam do tego momentu, bo to był horror. Prawie 18 lat temu, w szpitalu w moim dużym mieście, podobno przyjaznym. 14 godzin po odejściu wód mnie męczyli, bo trzeba naturalnie - chyba w myśl, że selekcja naturalna...W końcu poszłam na stół (całe szczęście). A potem męczyli moje dziecko codziennymi badaniami, bo ordynatorka noworodków dowiedziała się, że pracuję z narkomanami. Więc miała nadzieje, że coś znajdzie paskudnego u mojego bobasa. A na 3 dzień oglądając sobie brzuch w małym lustereczku zobaczyłam, że mi się rana świni. I na obchodzie zwróciłam na to uwagę lekarzowi - usłyszałam: no rzeczywiście! I dopiero zaczęło się działanie. Wyszłam w 6 dobie na własne żądanie. I długo jeszcze mnie prześladowały te wspomnienia.....
    Buziaki serdeczne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie nie męczyli, pośladki były to ciachali. Dziewczyna, która ze mną była na sali niestety miała pecha, wdało jej się jakieś zakażenie, pokazywała nam, takie jej pod skórą w miejscu szycia porobiły się guzy ropne, szpikowali ją zastrzykami. Potem się dowiedziałam, że po wyjściu ze szpitala zmarła. Starczy? Może się odechcieć wszystkiego po takich doświadczeniach. Brrr, dobrze, że teraz dziewczyny mają lepsze warunki i nikt im na wejściu nie robi lewatywy i nie goli tępą żyletką.

      Usuń
    2. Te metody jeszcze są! Mnie na wejściu ogolili i zapodali lewatywę. Byłam wielce zdziwiona, bo sądziłam, że tego się już nie praktykuje.

      Usuń
    3. Jezu, poważnie? Myślałam, że to już tylko duchy przeszłości.

      Usuń
    4. Ja się sama ogoliłam, ale lewatywe musiałam przyjąć. Robiłą taka mloda i była bardzo miła i delikatna, choć utyskiwała co chwila i kpiłam sobie pół zartem na temat życzeń które NIBY mozna mieć (własna piżamka, brak zgody na lewtywę i takie tam inne) Ale tłumaczyła, że takie sa przepisy. No nie jej wina:)

      Usuń
  11. Syna rodziłam "po znajomości"..(30 lat temu), co zupełnie nie uchroniło mnie od krótkiej koszulinki...maszerowałam w niej przez cały oddział ginekologiczny, na porodówkę...a na korytarzu, jak na złość tłumy odwiedzających !!! Jak se naciągnęłam tył, żeby czterema literami nie świecić, to z przodu zasłaniałam się reklamówką....
    Córki nie widziałam 3 dni i nawet nie pozwolili mi przez szybkę jej zobaczyć....bo kataralne zarazki roznosiłam....co zresztą też nie było prawdą, bo jak tylko urodziłam, to katar mi przeszedł....ale nie szło wytłumaczyć "ważnym paniom" że jestem zdrowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O co kurna tak w zasadzie chodziło z tą krótką koszuliną, dlaczego na przykład nie mogła być do kolan?

      Usuń
    2. A do tej pory pojąć nie mogę, czemu należało świecić pośladkami.......mało, że krótka, to jeszcze wyjątkowo nie twarzowa ;)

      Usuń
  12. Moja rodzicielka musiała przeżyć taką traumę, że NIGDY, ale to nigdy nie chciała opowiadać, co tam się działo. Może trochę, o paniach, które wtedy też dzieci rodziły, czy o braku odwiedzin i tajemnych liścikach przemycanych przez jakieś znajome pielęgniarki i to prawie wszystko.
    Plusem naszego szpitala było to, że dzieci były obok swoich mam, a nie w jakimś osobnym pomieszczeniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy ja rodziłam to już dzieciaczki leżały z mamami, nie dawali tylko tym, co cesarkę miały, z reguły 3 doby było się bez dziecka. W tym czasie pokarm się zbierał i trzeba było go odciągać. Cycki kamieniały, były zapalenia. Ja ostrzegana przez mamę, żeby nie dopuścić do tego masowałam, ściągałam, jak oszalała, nawet w nocy , co 3 godziny,co mnie uchroniło od bólu i późniejszych problemów z karmieniem

      Usuń
    2. Mi nie powiedzieli i się nabawiłam...

      Usuń
    3. Współczuję, bo to boli!!!!

      Usuń
    4. To może u nas też tak było, że dzieci mam po cesarce leżały osobno.
      Moja bratowa też odciągała, masowała, młody urodził się jako wcześniak i był karmiony jej mlekiem w butelce. Potem nauczył się ciągnąć cyca i ciągnął dość długo. A mleka bratowej wystarczało jeszcze dla innych dzieci - wcześniaków na oddziale.

      Usuń
  13. a czy ja, jako rodzący tata też mogę zabrać głos? rodziliśmy trzy razy 2000, 2004, 2011 w jednym szpitalu, i mieliśmy możliwość obserwowania zmian na coraz lepsze. Na szczęście coraz krócej bo błyskawicznie wypisują a dzieci są cały czas przy mamach ( o ile rodzą się z dziesiątką:)))

    OdpowiedzUsuń
  14. Taki rodzący tata powinien order dostawać, bo chłop przy takich widokach miętki jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiadomo kim się zająć - małym przybyszem czy jego rodzicielem:)

      Usuń
  15. Przeczytałam ten post wczoraj i cały czas mi po głowie łazi. Tak sobie myślę, niby jest cywilizacja rozwinięta, nauka idzie do przodu, a chyba kobiety rodzące kiedyś w domach miały lepiej. Mniej upokorzenia, mniej nerwów. Teraz jest już faktycznie trochę lepiej, ale ja nadal przy wywiadach logopedycznych ( muszę znać przebieg ciąży i porodu) wysłuchuję takich historii, że często chce mi się płakać. A przecież rodzącej naprawdę należy się ogromny szacunek i wsparcie.
    Ja miałam cesarkę, w trakcie której coś nie wyszło, odjechałam i mieli problem z przywróceniem mnie do przytomności. Mąż mi opowiadał, że cały personel latał jak poparzony. Nikt nigdy nam nie powiedział co się wtedy stało. W każdy razie do końca pobytu traktowali mnie jak jajko :))) Najważniejsze, że z Miśką było wszystko ok. Jedyne co mnie drażniło, to źle zorganizowane odwiedziny. Często trzeba się było dosłownie przepychać przez salę pełną gości, co było dość krępujące.

    OdpowiedzUsuń
  16. Ewko kiedyś może i było mniej upokorzeń, ale i odsetek zgonów okołoporodowych i dzieci i matek był przeogromny. Nigdy nie zdecydowałabym się na poród w domu. Wiem, że to byłby mój koniec:) Kiedyś bym nie wiedziała. Zresztą gdybym ja urodziła się 100 lat temu, to nie byłoby ani mnie, ani mojej mamy.

    OdpowiedzUsuń
  17. To ja jeszcze dorzucę trzy grosze, jak i poprzednio. Działo się nieciekawie .... Ja też chyba najlepiej wspominam praktykantów. Jeszcze nie skażeni, mili, stający się pomóc ze wszystkich sił. Mam tylko nadzieję, że im to zostało do dziś:D

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że zostawiasz słówko:) A im więcej słówek tym milej:)