No nie zasłużyłam widocznie, na wakacje, bo aura podczas urlopu Kaczorówkowego postanowiła mi odebrać święte prawo do kanikuły, upalnej i słonecznej. Zrobiła to skutecznie dobijając mnie tygodniowymi opadami i spadkiem temperatury nawet do 12 stopni. Siedziałam więc osowiała na tarasie czekając na upragnione słońce i wyklinając pod nosem w kierunku chmur. To niesprawiedliwie, cholera niesprawiedliwe i tak się nakręciłam na tą niesprawiedliwość, że nic mnie nie mogło udobruchać, przecież miałam tyle planów, miałam malować, upiększać, a ja siedzę jak ta smętna.....ehhhhh. Wybazgrałam więc w złości do końca dwa krzesełka i popaćkałam szafkę na kuchnię gazową i półkę na przyprawy. Potem wena odeszła całkowicie i wpadłam w apatię, która przejawiała się bezmyślnym gapieniem w okno za którym stał karmnik. I siedząc tak z miną mocno nieszczęśliwą zauważyłam zaglądające do karmnika ptaszki. Nic tam nie miały, ale pewno zapamiętały płatki owsiane, które im się dostały wiosną po splądrowaniu przez myszy zapasów z zeszłego roku. Sypnę im słonecznika pomyślałam, a niech się biedactwa w ten paskudny czas pożywią. Sypnęłam i......się zaczęło. Na drugi dzień już o świcie obudził mnie harmider przy karmniku, furkotało, stukało, piskało i śpiewało. Zaciekawiona odgłosami wyczołgałam się spod dwóch kołder, bo noc była zimna jak cholera i poszłam sprawdzić. A tu ludzie kochani do mojego szpetnego karmnika własnoręcznie skleconego z resztek schodka, zleciał się z okolicy ptasi naród. Od tego poranka codziennie zasiadałam przy oknie i oglądałam sobie ten film przyrodniczy w połączeniu z ptasim radiem na żywo. Miałam troszkę wyrzuty sumienia, że dokarmiam ptaki latem, ale pomyślałam sobie, że gdyby moje słoneczniki rosły normalnie jak wszędzie, a nie jak jakieś liliputy, to ptaszki pewno by je nie omieszkały wyjadać z zagonka. Na moje słoneczniki ptaszęta mogą liczyć pewnie w okolicy listopada, patrząc na ich przyprawiający o nerwicę wzrost. Ptaszęta po kilku dniach tak się oswoiły, że mogłam podchodzić do karmnika na 2 metry, a one nic sobie z tego nie robiły. Któregoś poranka na płocie sąsiadów usiadło jakieś drapieżne ptaszysko i nic nie robiąc sobie z bliskości siedziby ludzkiej rozszarpywało na sztuki jakiegoś myszorka.
W tenże to sposób moja kanikuła stała się kanikułą ornitologiczną, choć mało twórczą.
Wypaćkane mebelki.
Ptasia stołówka
Rozbójniczki sroki - przepędzały małe ptaszki.
Sikorka czubatka.
Zięba.
Sikorka uboga lub sosnówka, nie rozróżniam, bardzo są podobne
Chyba strzyżyk - jest pod całkowitą ochroną.
Trznadel, taki kanarek z lasu.
Młoda sójka, jeszcze nie do końca opierzona.
No i dzięciołek, który jak już się troszkę oswoił to nieustannie buszował w karmniku
Kowalik, mały zbój, przepędzał sikorki i ciągle jadł, na okrągło, straszy głodomór
A tu kupą mości panowie, kupą do karmnika
Sikorkowy niedorostek
Uwaga, skaczę
Jakiś drapieżny, błotniak?
Pada i pada, widok z tasu.
przepiękne te ptasiory złapałaś w kadr... no i wszystkie nazwane- jestem pod wrażeniem! a toś rozleniwiła towarzystwo, będą zawiedzione po Twoim wyjeździe...
OdpowiedzUsuńa na ostatnim zdjęciu to chyba jednak troszkę słoneczka widać??
mebelki słodkie zrobiłaś- czyli nie było tak bezproduktywnie!!
buziolki
Słońce świeci, a deszcz pada..........
UsuńMiałaś takie szczęście do pogody,jak ja w Olsztynie.Najgorsze jest w tym roku to,że w stolicy ciągle powyzej 30 stopni,a gdziekolwiek wyjedziesz,jest gorsza pogoda.Pozostaje nam lato w mieście:))))Na pocieszenie Ci powiem,że w taki upał serwetki puchną,a tam chociaż w spokoju zrobiłaś bardzo ładne,klimatyczne mebelki.Z pewnością dumne zdobią teraz Twój domek.Historię z ptaszkami przeczytałam z zaciekawieniem a zdjęcia obejrzałam już z otwartą buzią.Cudne miejsce do wypoczynku...tylko ta pogoda:))))
OdpowiedzUsuńMoże byłyśmy w tym samym czasie:)
UsuńTwój taras to cudny azyl! Nie można mieć wszystkiego- albo pogoda, albo ptasie przedstawienia na wyciągnięcie ręki. ;) Wiele bym oddała (może nawet parę dni pogody;)), żeby móc na nie patrzeć.
OdpowiedzUsuńIdzie jesień, przylecą inne ptaszki, to dopiero będzie podglądanie. Już w następny weekend, mam nadzieję, powstanie drugi, większy karmnik, żeby się wszystkie zmieściły...
OdpowiedzUsuńlubie deszcz...ale ..no włąśnie ..u nas to jak zacznie ,to nie wie ,kiedy skończyć...piękne te ptasiorki...ale czy to nie jest jednak dzwoniec,,,,a nie trznadel?..no znawca ze mnie taki raczej amatorski..hihihi...a na mebelkach cudne maczki:))
OdpowiedzUsuńHmmm, może, sprawdzałam w atlasie, może bardzo są podobne?
OdpowiedzUsuńJakoś mi się omsknął ten Twój post i rozumiem ,że już dawno po urlopie jak widać należy mieć plan B i chyba go sobie skonstruuję, bo ja ciągle jeszcze przed. Mebelki jak zwykle u Ciebie ludowo-odważne i bardzo ładne i choćby to powinno Cię cieszyć, bo dużo w nich życia i te cienie na kobiałce. U mnie słoneczniki to długie gidyje i nawet ptaszyny by się nie pożywiły.
OdpowiedzUsuńPlan B dobrze mieć, albo tak się nie nastawiać, jak ja na upalny urlop, tylko przygotować sobie coś miłego na niepogodę.No albo pojechać do Egiptu i mieć tam 40 stopni gwarantowane, tylko, że ja nie bardzo w tamtą stronę mam ochotę:)
UsuńBardzo ładne te Twoje popaćkane mebelki, nie był tak źle z weną! A i niebieściutkie elementy piękne!
OdpowiedzUsuńmój urlop w tym roku trudno nazwać odpoczynkiem, a Ty miałaś piękne widowiska co dzień:).
Dobrze, ze opisałaś ptaszory, bo oprócz sikorki, sroki i dzięcioła niczego nie rozpoznaję.....