Niektóre okna całkiem ciemne, widać już domownicy śpią, w innych domach jeszcze gwar, słychać dziecięce śmiechy, w innych jakieś głosy, bywa, że podniesione, czasem śpiewy.......
Nawet mroki nocy nie ukryją ubytków w niektórych ogrodzeniach, czy chylących się ku ziemi obórek i stodółek.
To nie jest wyglancowana i wypichcona wieś. Nie ma tu ogródków z trawą z rolki, tujowych szpalerów i podwórek wyłożonych polbrukiem. Żadnych bram na pilota, żadnych kutych bram i szlachetnych tynków na elewacjach, a na drodze nie ma asfaltu tylko piach i dziury. I stare jabłonie w ogródkach, papierówki, pyszne, żółciutkie, rozpadające się w ustach, śliwki mirabelki, pełne robaków, nie ma, co się dziwić, bo te stareńkie drzewa nie wiedzą, co to są opryski. W ogródkach nie ma też żadnych wyszukanych kwiatów, ot słoneczniki, kosmosy, malwy, floksy, albo i czasem tylko to, co natura zasiała.
I chyba dlatego tak lubię tą "moją" wakacyjno-weekendową wieś:))
Wędrujemy sobie powolutku, a zaniepokojone psy poszczekują zza płotów, pilnują obejść, droga jednak pusta, oświetlona z rzadka, bo chyba tylko trzema latarniami.
Resztę oświetla księżyc, właśnie zbliża się do pełni. Grzybów ponoć nie będzie, kiedy księżyc w pełni, strata niewielka, bo i tak ich nie ma, nawet tych "psiorów", ale to tylko moje obserwacje, mało wiarygodne, bo miejscowi jednak wracają z lasu z torbami kurek. Mają "swoje" miejsca, a nie tak, jak ja, tylko te, co znajdę przy drodze.
A tam gdzie najciemniej to już tylko moja chałupka i ciemny las........
Podczas, kiedy miejscowe pieski stróżują w obejściach mój pies pilnuje zapalczywie naszego łóżka, bo po powrocie zastajemy go w takiej oto pozycji na samym środku. Nawet oka nie otworzył i musiałam go d e l i k a t n i e przenieść, żeby zająć należne mi miejsce.
A rano budzą mnie ptaki, świergolą od świtu i stukają po dachu, ale o tym już innym razem:)))