Dziś mam dla wszystkich zainteresowanych życiem w majątkach przedwojennej Polski ciekawostkę w postaci filmu, który czasy wojennej zawieruchy i komunizmu przetrwał w .......konwi na mleko.
O czym jest ten film? Poniżej jego streszczenie żywcem przeniesione ze strony.
"Paweł Doerffer był synem Karla Julisa, ewangelickiego pastora, który ożenił się z przyjaciółką hrabiostwa Mycielskich - Polką, katoliczką, noszącą nazwisko Szafarska. Ich syn Paweł, całkiem już spolonizowany, w 1886 roku objął administrację dóbr w wielkopolskich Pawłowicach. Syn Stefan, zdobywszy odpowiednie wykształcenie, poszedł w jego ślady i 21 lat później został w Pawłowicach plenipotentem. Administrował dobrami obejmującymi trzy klucze - w Pawłowicach, Łęce Wielkiej i Mchach. Wchodzące w ich skład majątki i folwarki to ponad 10 tysięcy ha gruntów uprawnych, obory, stajnie, gorzelnie, krochmalnie, młyn, tartaki, cegielnie... Stefan Doerffer miał siedmioro dzieci. Wśród nich - syna Stefana, który już jako chłopiec fotografował, a z czasem jego pasją stało się filmowanie. Kupił w Poznaniu amerykańską kamerę Cine Kodak i utrwalał na taśmie sceny z życia rodziny. Kiedy wybuchła wojna, film, kamerę i projektor ukryto w konwi na mleko. W 1946 roku Stefan Doerffer wyjął pamiątki ze skrytki i przechowuje je do dziś. W 1998 roku rodzina zdecydowała, że film można zaprezentować publicznie. Miał się tym kto zająć: pasję Stefana przejawił po latach jego siostrzeniec, Krzysztof Magowski, dziś reżyser filmowy. I oto Magowski, rekomendując i wykorzystując film wujka, wprowadza widza w tamten odległy świat. Pod okiem współczesnej kamery sędziwy dziś Stefan wędruje po dawnych śladach, w czym towarzyszą mu równie wiekowi bracia - Jerzy i Antoni. Starsi panowie wjeżdżają w dzieciństwo i młodość lśniącym studebackerem, jakby wyjętym z sepiowych kadrów kręconych sześćdziesiąt lat temu. Niezbyt pewnie, podpierając się laseczkami, przemierzają wnętrza, wspinają na schody, zatrzymują w alejach, po których biegali jako dzieci, a jako nastolatkowie pędzili z hukiem na swoich ukochanych motocyklach. Przekomarzają się i strofują szukając w pamięci szczegółów, wspominają dawne zdarzenia i anegdoty z przeszłości, do której powracają z sentymentem i radością, bo - jak mówią -żyli w bardzo udanej i szczęśliwej rodzinie. Ze wzruszeniem i rozbawieniem oglądają razem film Stefana i w dzisiejszym pejzażu Pawłowic, Łęki, Brzostwoni, Żytowiecka i Księża Wielkopolskiego starają się odnaleźć ślady tamtych ujęć, powtórzyć sceny, przywrócić ich atmosferę. Pałac w Pawłowicach szczęśliwie nadal stoi, równie piękny i okazały, służąc dziś Zootechnicznemu Zakładowi Doświadczalnemu. Zachowano też dawne parowe maszyny - takie same jak te, które Stefan uwiecznił na polach ojca. Stoi też pałac w Łęce, gdzie psotni chłopcy uczyli kury latać. Trwa Brzostownia - do której rodzina przeniosła się w 1933 roku, kościół w Żytowiecku, gdzie Doerfferowie chrzcili dzieci. Jest i stacja w Księżu Wielkim, z której Jerzy w sierpniu 1939 roku odjeżdżał, by podjąć studia na Wydziale Okrętowym Uniwersytetu w Glasgow. Jego pies biegł jakiś czas za pociągiem, a potem usiadł na torach - zardzewiałych dziś i zarośniętych trawą, bo nie używanych od 1996 roku - i żegnał pana wyciem, jakby czując, że już go nigdy nie zobaczy... Jest też komórka w Księżu, w której Niemcy zamknęli ich ojca, by wkrótce potem rozstrzelać - za to, że nie chciał podpisać folkslisty. Choć wszystko to trwa, to jednak tylko materialnie. Nie ma już świata, który Stefan utrwalał na taśmie. Mimo że przecież jakiś ciąg dalszy nastąpił..."
źż\ródło: http://www.filmpolski.pl/fp/index.php?film=4212902
Film jest dostępny na: http://stopklatka.iplex.pl/filmy/swiat-moich-wujkow,8028. Trzeba zainstalować dodatek do przeglądarki, ale jest to dosłownie chwila. Na jutubie filmu niestety nie ma.
Dla mnie to bardzo interesujący temat, swego czasu zjeździłam południową Wielkopolskę w poszukiwaniu takich perełek, pałaców i folwarków. Dużą pomocą w tych poszukiwaniach był mój ojciec, który topograficznie był doskonale zorientowany, a o niektórych majątkach potrafił opowiadać ciekawe historie. Szczególnie bliski był mu pałac w Mojej Woli, w którego okolicy w czasie okupacji był na służbie u Niemca. Widywał nawet ostatnią dziedziczkę pałacu w Mojej Woli. Zebrałam to wszystko w jedną "kupkę" i tak powstała moja praca magisterska. Podczas zbierania materiałów niejednokrotnie serce mi się ściskało widząc w jakim stanie dziś są niektóre z tych perełek.
Najbardziej mi żal pałacu w Mojej Woli, prawdziwej perełki wśród pałaców, ale o tym już pisałam TU.
Pałac w Kotowiecku miał więcej szczęścia, nie jest ruiną, jak wiele innych, ale też nie można powiedzieć, że jest w świetnej kondycji. W czasie, kiedy zbierałam materiały w jego murach było zlokalizowane przedszkole, czy jest tam nadal tego nie wiem.
To jest jednak nic w porównaniu z tym, jak prężnie działał ten majątek w czasach swojej świetności.
Wyobraźcie sobie, że w 1729 r. w Kotowiecku był dwór, owczarnia, stodoły, obory, karczma i 13 chałup. Majątek liczył 340 ha. Czynna była cegielnia i wiatrak, hodowano bydło szwajcarskie. Pod koniec XIX w. czynna była gorzelnia, istniało połączenie tzw. tramwajem konnym z Biniewem, działała mleczarnia, stosowano pługi motorowe, chowano 530 sztuk bydła i 1200 świń. W 1917 r. w Kotowiecku założono sklep "Konsum" dla urzędników i robotników folwarcznych. W latach 30. XX w. w majątku von Lekowa pracowało 30 urzędników, 60 robotników stałych i 150 sezonowych. Na polach pracowały dwa komplety pługów parowych, czynne były trzy urządzenia (z pompami elektrycznymi) do nawadniania, a także "deszczownia", istniała fabryka płatków ziemniaczanych, fabryka beczek i skrzyń drewnianych, tartak, kiszarnia kapusty. Z Kotowiecka do Żakowic i Głósek prowadziła prywatna elektryczna kolej o długości 3 km, która istniała do 1936 r. W 1928 r. czynna była kuchnia ludowa, piekarnia, rzeźnia dla potrzeb majątkowych, a także kasyno dla urzędników. Sprytnie, bo ponoć, co zarobili w folwarku to wydawali na miejscu. No, a po II wojnie światowej majątek upaństwowiono. W takim stanie go zastałam podczas moich wędrówek.
Los zdecydowanie gorzej obszedł się z pięknym pałacem w Śliwnikach. Dziś jest w rękach prywatnych, podobno jest restaurowany.........
Jest w bardzo złej kondycji, co oddaje zdjęcie, które zrobiłam zza ogrodzenia, bliżej, jak to do własności prywatnej podejść się nie da.
Tylko pałac w Sobótce, w którym od wielu lat zlokalizowana jest Siedziba Hodowli Roślin ma się w miarę dobrze. Nie widać tak na pierwszy rzut okna wszechobecnego w innych pałacach zniszczenia i zaniedbania. Jest gospodarz, który widocznie dba o to wyjątkowe miejsce położone z daleka od turystycznych szlaków.
W 2011 roku w pałacu wybuchł pożar, który zniszczył pomieszczenia na parterze, ale na szczęście znalazły się środki na odremontowanie.
Mogłabym tak jeszcze długo, ale chyba na pierwszy raz wystarczy:)))
Skoro za oknem słota, która nie zachęca do wypadów w teren możemy sobie pobuszować po necie i poczytać chociażby o takich właśnie miejscach.
Polska usiana jest podobnymi perełkami, te najbardziej znane mają więcej szczęścia, leżą na popularnych szlakach turystycznych, są w nich muzea, hotele, te malutkie, schowane w miejscowościach, o których nikt nie słyszał kończą swój los po cichutku w zapomnieniu, często dewastowane i ograbiane.