Z tym talentem to ponoć zaczęło się wcześnie, na tyle, że nie pamiętam tego, ot tyle, co mi opowiadano. Zaczynałam od postaci ludzkich rysowanych ołówkiem stolarskim, który wyniosłam ojcu z warsztatu. Chudziutkie i długie panienki z małymi główkami rysowałam na ścianach kuchni i sieni czym doprowadzałam nie znającej się na sztuce matkę do rozpaczy. Ścierała te moje dzieła konsekwentnie zapowiadając, że jak narysuję w pokoju, gdzie ściany były malowane farbą klejową w fantazyjny rzucik esów floresów czy innych kwiatków pociągniętych wałkiem, to dostanę po dupsku.
Za jakiś czas wyrosłam z prób ozdabiania ścian i skupiłam się na zasmarowywaniu marginesów gazety "Gromada Rolnik Polski", która to w każdym się szanującym domu była prenumerowana. Na kredowanym i śliskim papierze "Kontynentów" malunki ołówkiem stolarskim nie chciały się trzymać dobrze. Jednak mój talent rozwijał się w dalszym ciągu, chude panienki z małymi główkami zostały zastąpione królewnami w koronach, a to za sprawą bajki Baśnie i waśnie, która w pewnym momencie mojego życia całkowicie zaprzątała moje myśli. Na gazetowych marginesach było jednak mało miejsca, więc uruchamiając cały swój spryt wydzierałam starszemu rodzeństwu po kryjomu kartki z zeszytów, o co była potem awantura, bo rwałam, jak popadnie i bywało, że zapisane wcześniej pieczołowicie strony wylatywały z zeszytów, jak jesienne liście z drzew.
Latem popisywałam się swoim talentem na wiejskiej drodze, gdzie na wygładzonym piasku dla koleżanek zieleniejących z zazdrości rysowałam patykiem królewny, kaczory donaldy i bukiety kwiatów. Ewentualnie kotki.
Jakoś nikomu do głowy nie przyszło, żeby tak ochoczo nastawionemu do rysunków dziecku kupić blok rysunkowy, na zbytki pieniędzy nie było.
W szkole podstawowej byłam w siódmym niebie bo były rysunki, gdzie mogłam rozwijać swoje umiejętności i robiłam to niezwykle ochoczo. Rysowałam amazonki na koniach, drogę z drzewami z zachowaniem perspektywy, przerysowywałam aktorki ze zdjęć i wszystko, a poza tym wszystko, co było w programie lekcji obowiązkowe. Z rysunków miałam oczywiście piątkę i nawet czasami odrabiałam zadania domowe z rysunków za koleżanki, które odwdzięczały się odrabianiem za mnie matmy, która całkowicie mi do głowy wchodzić nie chciała.
Na tym się moja kariera wielkiej malarki ewentualnie rysowniczki skończyła. Lata świetlne od tego czasu minęły i już ani chudej panienki, ani królewny w robroniastej sukience nie umiem narysować. Z zazdrością czasami patrzę, jak Wu albo Młody działają farbami, ołówkiem, pastelami lub, o zgrozo, na tajemniczym sprzęcie zwanym tabletem.
A ja nic! Nic kompletnie. Bezapelacyjnie nic. Cały talent szlag trafił, ulotnił się, tak samo, jak ponoć mój dobry głos, (wysokie C), którym to wyśpiewywałam nabożne pieśni w chórze kościelnym w późnej podstawówce.
A teraz do sedna.
W mojej chałupie walają się różnego rodzaju kredki, farby, pastele, papiery i bloki rysunkowe.Były też krowiaste sztalugi, które trzeba było omijać przy próbie wejścia do pokoju Młodego. Przez lata były te rzeczy niezbędne Mu do szkoły.
Toteż któregoś dnia, a konkretnie po parokrotnym obejrzeniu prac Hany ( a jednej z absolutnej bliskości, bo mam ją w domu) z tak zwanej głupoty wzięłam do łapek (dwóch lewych do tej roboty) pastele (suche) Położyłam przed sobą naturę martwą i zagryzając obie wargi na raz zaczęłam stawiać kreski, próbując przenieść na papier to, co widzę przed sobą. Tak mnie to wciągnęło, że jednego wieczoru zmachałam aż trzy "natury martwe".
Niezwłocznie po narysowaniu zrobiłam testy rozpoznawcze na:
- Wu
- Młodym
- Teściowej
O dziwo wszyscy na pokazanych rysunkach zobaczyli TO, co w naturze położyłam przed sobą!!!!
No ludzie, z dumy pękłam, że to, co nasmarowałam jest rozpoznawalne!!!!!! Do dziś na stole leżą, pomidory, grejpfruty, czosnek, baranek i ptaszek i czekają na chwilę czasu, bo danego wieczora tak mnie wykończyło to pastelowanie, że już nic więcej nie nasmarowałam.
A dzisiaj................. Mój Mikołaj przyniósł mi piękne papiery do pasteli (muszą być chropowate, gładkie są do doooopy) , pastele cieniutkie do wykończeń i wiszery, abym nie musiała rozcierać pasteli paluchem tudzież szpatułką do uszu, albo zwiniętym wacikiem, jak to czyniłam ostatnim razem.
Na pierwszy rzut poszły winogrona, kolor nie jest taki, jak powinien, ale jeszcze nie potrafiłam zmieszać pasteli.
Potem pastwiłam się na cytryną. Lubię cytryny.
Na koniec swoje zastosowanie znalazła cukinia przywieziona jeszcze z Kaczorowki, która już tu leży 3 miesiąc. Na rekwizyt nadała się w sam raz.
I w taki to sposobem znowu narobiłam sobie dylematów, co mam robić najpierw, dekupki, hafty, ozdoby świąteczne, czy może zająć się pastelami. A może dalej polegiwać do góry kołami po powrocie z huty???
P.S.
Ostatni raz rysowałam coś z ochotą i zapałem ponad 3 dekady temu i nie była to nawet martwa natura , a to rysowanie jest cholernie trudne, więc utalentowanych w tej dziedzinie proszę o litość:)))