Ponieważ zagadka była, jak się okazuje prosta, poznałyście, że to maselnica, czy też po naszemu tluczka do masła, to teraz muszę się wywiązać z obietnicy i opisać jak można było przyśpieszyć ubijanie masła. Nie wiedzieć czemu, czasami masło ubijało się błyskawicznie, kilka minut tłuczenia i już masełko było gotowe, a czasem tłukło się pół godziny i nic. Podejrzewałam, że to za jakąś karę czy, co. Jak bolały już ręce,a na dodatek śpieszyło się "na wieś" do dzieciaków to można było przyśpieszyć wyprodukowanie masła, ale było to surowo zabronione przez mamę, bo masło robiło się białe, a przecież powinno być ładne takie żółciutkie. Sposób był bardzo prosty, wystarczyło zagotować troszkę wody i takiej gorącej wlać do środka urządzenia, potem było ciach, ciach i masło gotowe. Wystarczyło krzyknąć "mamo ubiło się" i zmykać do dzieciaków. Burę dostawało się po powrocie, bo mama i tak poznała, że masło było "oparzone".
Muszę powiedzieć, że ubijanie masła było udręką, ale za to wypijanie świeżutkiej maślanki ( produkt uboczny wyrobu masła) troszkę łagodziło tą uciążliwość. Do dziś uwielbiam maślankę, choć żadna już takiego nie ma smaku i zapachu.
Ubijałam, ubijałam, ciężka robota:)) Odpowiedziałam Ci, Mnemosynko, na pytanie ale u siebie, pod komentarzem, to tu też napiszę. Chyba w Malowanym Kokonie coś było do naklejki podobne, albo na The Graphic Fairy, ale wiem, że były też takie papiery do decu, z naklejkami i w necie powinnać coś znaleźć, chyba na Allegro najlepiej:)) Buziaki
OdpowiedzUsuńP.S Moja Sikorka też smutna, ale od poniedziałku poszalejemy:)))