Idąc za ciosem majowych atrakcji mazurskich, pewnego lata wybraliśmy się na wycieczkę po okolicy.
Któż mógłby się tego spodziewać, że w Kadzidłowie, dokąd trafiliśmy, nie dość, że naciągną nas na dychę na lewym parkingu, to jeszcze za niepozornym płotem przygotują dla nas atrakcję, która okaże się być hitem letniego sezonu, mogącym bez kompleksów konkurować z takimi przebojami srebrnego ekranu jak “Love Story”, “Przeminęło z wiatrem” czy “Rozważna i romantyczna”. Na początku słysząc zza płota odgłosy sądziłam, że jacyś mili panowie pod dobrą już datą próbują nawiązać konwersację. Po rozchyleniu krzaków okazało się, że przerwaliśmy słodkie tête-à-tête rogatej parze.
Scenariusz oparty jest na wydarzeniach autentycznych i z góry uprzedzam, że śmiech nie jest udawany, a groźba mojego posikania się w majtki omalże nie doszła do skutku.
W domu zostawiam pachnące jeszcze świeżością ostatnie moje kuchenne wytworki dekupażowo-chorobowe, które rzutem na taśmę dziś dokończyłam. Bo jutro razem z poranną zorzą muszę wstać i udać się w kierunku informacyjnego szumu.
Chlebak.
Skrzynka na przyprawy, walające się dotychczas po różnych koszyczkach.
Koszyczek na pierdółki
Tym optymistycznym akcentem kończę chorobowe leniuchowanie i wzmocniona nieco nalewką czosnkowo-miodowo-cytrynową, tudzież nacieraniem się gęsim smalcem leczącym ponoć upierdliwy bronchit, udaję się jutro podjąć moje zwykłe syzyfowe czynności.
P.S. Do Hany puszczam oczko:)