Zapisłam się na ten jednodniowy kurs, bo byłam ciekawa, jak robi się witraże. Nosi mnie ciągle, rączki swędzą, coś chciałoby się fajnego robić, a nie wszystko można robić w domu. Do takiego witrażu potrzeba jednak trochę sprzętu. Zajmowałam się dziś witrażem Tiffanyego, kto zacz był można sobie wyguglać, nie będę Wiki przepisywać.
Powiem tak, nie jest to trudne. Z pewnością trzeba poćwiczyć, ale większych problemów bym raczej z opanowaniem tej techniki nie miała. Problemem za to jest tzw.pakiet startowy, coś koło tysiaczka...no i miejsce na wykonywanie takiej roboty. Na stole pod oknem raczej trudno byłoby, choć dla zdesperowanych każde miejsce dobre.
Co potrzeba na początek?
Szkoło, najczęściej sprowadzane z USA, choć nasze, rodzime też mamy. Różnego rodzaju cążki, taki brzeszczot do cięcia szkła, taśmy miedziane, lutownica, szlifierka do piłowania odłamanego szkła, cyna do lutowania elementów i inne rzeczy:druciki, płyny do patynowania. Niezbyt skomplikowany zestaw, ale kosztuje.
Na początek wybiera się wzór. Nie mogło być inaczej, od razu trafiłam na kaczkę. Nie musiałam już szukać innego wzoru. Są dwa egzemplarze wzoru. Jeden tnie się na elementy składowe, które są numerowane. Trzeba potem poskładać wzór według elementów. Jak już mamy pocięty wzór szukamy sobie szkła, dobieramy kolorystycznie.
Potem układamy pocięte papierowe elementy na wybranym szkle, obrysowujemy mazakiem, a następnie nacinamy szkło, specjalnym urządzeniem. Dziś robiła nam to prowadząca kurs. My uczyłyśmy się odłamywać elementy od tafli szkła- nie jest trudne, ale trzeba wiedzieć jak to zrobic, gdzie złapać, jak nacisnąć.
Potem trzeba dokładnie umyć wycięte elementy, nie moga być brudne i zatłuszczone, bo taśma się nie przylepi. Przed oklejeniem trzeba jeszcze wycięte elementy oszlifować, nie mogą być kostropate. Szlifowanie jest fajne-uspokaja. Po oszlifowaniu, umyciu i osuszeniu zaczyna się oklejać taśmą. Trzeba to robi ćdość precyzyjnie, ale też nie jest to nic strasznego. Mnie tylko przeszkadzało dość kiepskie światło w pracowni. Mój wzrok jest do kitu, nawet w okularach.
Tak wyglądają oklejone elementy, ułożone obok siebie i dopasowane.
Potem zaczyna się lutowanie. Łapie się i kropelka cyny sczepia wszystkie elementy. A potem już lutuje - też bardzo przyjemy etap.
Tak wyglądają już"zalutowane" elementy.
Mój wzór nie miał oczka, więc dorobiłam mu z kaboszona, może za duże to oko, ale mniejszych kaboszonów nie było. Trzeba jeszcze dorobić zawieszkę z drutu miedzianego, który też trzeba pokryć cyną.
Tak wygląda wersja na srebrno, czyli sama cyna.
Na koniec jest patynowanie. Specjalnym płynem przemywa sie miejsce lutowania, przepłukuje wodą i gotowe. Można wszystko nabłyszczyć prontem.
No i mam swoją kaczusię witrażową. Następny krok to kurs na dwa dni. Będziemy robić witraż formatu A4 składający się z 25 elementów, czyli już trochę więcej roboty.
Mam zamiar pójść...a potem? Się zobaczy:) Nowe doświadczenie, nowa przyjemność. wyszłam do ludzi, pogadałam, miło spędziłam czas.
Jak Wam się podoba moja kaczusia wisząca w oknie??