poniedziałek, 21 stycznia 2013

Fryzur szał.

W czasach, kiedy miałam naście lat, fryzjerzy potrafili robić wielce fantazyjne fryzury np. "na baranka", ewentualnie ciąć  "na małpę". Brzytwą oczywiście. Cały zespół Smokie w początkowej fazie twórczości  nosił takie fryzury. To było modne, do Polski ta moda oczywiście dotarła z opóźnieniem i właśnie w tych czasach, kiedy zaczynałam interesować się swoim wyglądem. Wtedy jednak zgody na małpę nie dostałam.
Dzieci obcinało się "na garnek", albo, jak to się w moich stronach mawiało, "na polonik". Coś w rodzaju pazia. Dziewczynki nosiły jeszcze warkocze, szczególnie te, które natura obdarzyła hojnie w tym względzie. Mnie natura w pewien sposób pokrzywdziła, bo z moich włosów dało się umotać jedynie dwa mysie ogonki. Zazdrościłam moim starszym siostrom tych fryzur a la małpa, tudzież końskich ogonów a la Brigitte Bardot, dlatego też czekałam z utęsknieniem na tą  fryzurową dorosłość.
W końcu skończyłam podstawówkę i mama pozwoliła mi zrobić  trwałą. Ondulację oczywiście.  Nie wiem dlaczego moja mama, zwykle restrykcyjna,  wtedy się na to zgodziła. To był duży błąd, bo po powrocie od fryzjerki beczałam ze dwa dni, co zerknęłam w lustro to widziałam jako żywo swoje ciotki z barankami na głowie. Fryzjerka nie bardzo zrozumiała moje tłumaczenia, bo chodziło mi o takie trochę afro, a nie klasycznego ciotczynego baranka przy samej głowie.
W czasach licealnych rozpoczęłam eksperymenty z kolorami na głowie, a właściwie z jednym. Marzeniem moim, bo byłam od dziecka fanką  Marylin Monroe, był taki platynowy blond na głowie, w wydaniu punk rockowym. Robiło się go zdecydowanie prosto, ot w aptece kupowało się 2 butelki wody utlenionej 3 procentowej i przy pomocy koleżanek w szkolnym kibelku włosy tleniło. Efekt był natychmiastowy. Moje jasne włosy jaśniały jeszcze bardziej i to w  try miga, a potem przy czesaniu sypały się, jak dobrze wysuszone siano. Odżywek w PRL-u się nie znało. Do fryzjera też człowiek nie chodził, sam sobie wymyślał fryzury. Najlepiej takie na widok, których sąsiadki pogardliwie prychały, albo kręciły z obrzydzeniem głową. Moja mama złościła się, że robię z siebie pośmiewisko z tym ukwiałem na głowie, a jej przynoszę wstyd. Jakoś fryzury moich starszych sióstr a la małpa tak jej nie denerwowały.  Ojciec machał ręką i jak to miał w zwyczaju uspokajał złoszczącą się matkę  słowami "daj jej spokój, młodo jest, kiedy będzie se fioki na głowie robiła ?". Z tych czasów zachowały się jeszcze fotki:) Chcecie zobaczyć?
Potem jeszcze raz mnie pokorciło i położyłam w ramach zmiany koloru na włosy chnę. Że niby taka naturalna i nie zniszczy włosów. Może i nie zniszczyła, ale wyobrażacie sobie tą zupę pomidorową na głowie?  To były czasy wychowywania młodego toteż mogłam przez jakiś czas ludzi unikać. Chna na szczęście szybko się zmyła.  Trzeci raz już nie odważyłam się eksperymentować. Jestem wierna od lat i długości i kolorowi.

A Wasze fryzury, jak wyglądały? Albo wyglądają? Może macie jakieś "specyficzne" doświadczenia w tym względzie. 

Bo moje tak. Zaznaczam, że było to wiele, wiele lat świetlnych temu:)




W przyszłości zdradzę, w co ubierałam się jako nastolatka, wiele, wiele lat świetlnych temu:)

sobota, 19 stycznia 2013

Wieczór u Kretowatej, odznaczenie od Eduszki i wernisaź

Dziewczyny czasu mam mało, goście w drodze, chleb w piecu, ja w proszku. Za radą Kretowatej robię kilka rzeczy naraz, bo muszę Wam szybko opowiedzieć, co ostatnio się zdarzyło.
Po pierwsze, wesolutki wieczór na blogu Kretowatej. Dawno tak się nie uśmiałam i to w towarzystwie kompa i kilku dziewczyn gdzieś tam w sieci. Kto ma ochotę zobaczyć, jak spędziłyśmy wieczór na radosnej twórczości nich zerknie tu.
Przez cały następny dzień po głowie tłukły mi się wyliczanki i nie mogłam przestać. Kreciku, dzięki:))

Po drugie, wernisaż. Nie do końca wszystko wyszło tak, jak miało być, ale ogólnie było nieźle. Tylko twórcy byli zawiedzeni jakością wydrukowanych prac. W tej technice jednak ma to zasadnicze znaczenie. Mnie jeszcze przeszkadzała ich wielkość, bo powinny zdecydowanie być większe, tak jak oryginały, ale organizator takie wydrukował.   Z lupą na wernisaże się nie chodzi no i nie widać tych wszystkich szczegółów. Za to po wernisażu znów naładowałam akumulatory pokaźną dawką śmiechu.


To prace Wu

Moja ulubiona , bo "moja"






To prace Tome.



Zdjęcie


A to prace Marianny, jedno z niewielu, które wyszło jakoś.
Prawda, że malutkie?



Zdjęcia z wernisażu wyszły kiepskie, bo uparłam się robić je bez lampy błyskowej. Prawie każde jest poruszone:(
Dlatego też zdjęcia prac Tome i Wu nie są z wernisażu.

Po trzecie Eduszka uhonorowała mnie orderem, takim właśnie........




Bardzo dziękuję Eduszko i przekazuję zabawę dalej.
Zasady są proste, typuję kolejnych dziesięć bogów (od tej dziesiątki się wszystko zaczęło, mam na myśli wyliczanki u Kretowatej), które z przyjemnością odwiedzam.
Oczywiście blogów, które chętnie odwiedzam jest zdecydowanie więcej, ale jak dziesięć to dziesięć. Wybieram, więc w kolejności zupełnie przypadkowej. Nie będę też opisywać dlaczego właśnie na te blogi zaglądam, bo wiecie, chleb w piecu, goście w drodze, a ja w proszku:) A o każdej z Was można byłoby dużżżżżo dobrego napisać i przed gośćmi nie zdąrzę:)
Oczywiście nie ma też przymusu przekazywania zabawy dalej:)
Kto ma chęć zabiera obrazek i honoruje swoje ulubione blogi.

To lecimy:

http://ystinowo.blogspot.com/
http://wiejskoczarodziejsko.blogspot.com/
http://zamoimidrzwiami.blogspot.com/
http://klubkotajasna8.blogspot.com/
http://daleko-od-szosy.blogspot.com/
http://klarkamrozek.blogspot.com/
http://my-cottage-life-bubisa.blogspot.com/
http://pohnke.blogspot.com/
http://decoupage-ewy.blogspot.com/
http://marszewskakolonia.blogspot.com/
http://mojepobielenie.blogspot.com/
http://decobakcyl.blogspot.com/2013/01/zmysow-czar-czyli-wpis-raczej-dla.html
http://rogataowca.blogspot.com/
http://pragmatyknawsisielskiej.blogspot.com/

Nie mogę pominąć tu Hany. Hana nie ma bloga, za to ogromne poczucie humoru no i "goda" po mojemu:)
Hanuś dla Ciebie nich zaśpiewa Klenczon:)


Wiem, wiem, jest więcej niż 10 :) Trudno tyle mi wyszło:)))
Witam nowych obserwatorów, Krecika, Owieczkę Rogatą i Eduszkę. Miło mi, że zaglądacie do mnie:))
A teraz muszę trochę urody rzucić na pysk, jak powiada moja teściowa, coby gości nie wystraszyć  i odmeldować się na z góry upatrzone stanowisko, czyli do kuchni:)

Przyjemnego wieczoru kochane Wam życzę:)))




niedziela, 13 stycznia 2013

Konkurs u Jasnej 8 i skąd się biorą Mopki

Skąd się biorą Mopki? Mój przyjechał z małego miasteczka :) 
To może być długi post, uprzedzam, ale było to tak.
Po przeprowadzce do wielkiego miasta nie mogłam pozwolić sobie na psa ani kota w domu. Powodów było wiele, mały metraż, praca na zmiany, obowiązki, obowiązki. Żałowałam bardzo, ale argumentacje męża były na tyle przekonujące, że ustąpiłam. Kolejne pokolenia chomików musiały wystarczyć mojemu dziecku i mnie. Z czasem mały metraż się zwiększył, dziecko podrosło, więc zaczęłam nieśmiało o psiaku wspominać. Ile lat można głaskać cudze psy w parku, żeby zaspokoić potrzebę posiadania własnego?
Pewnego styczniowego wieczora w trzaskający mróz zawitała do mnie siostrzenica z czymś za pazuchą. Ciociu, chciałam Ci pokazać pieska, którego kupiłam po okazyjnej cenie dla mamy, zobacz, i tu zza pazuchy wyjęła małą, śmierdzącą kuleczkę. Z dumą mi obwieściła, że to jest york, ale, że urodzony jako ostatni z miotu nie jest rodowodowy. Dziecko, mówię jaki z niego york toć to kundelek i to jeszcze bardzo zaniedbany. Psina nie wiedziała chyba, co to pieszczoty i siedzenie na kolanach, bo wzięta na ręce czym prędzej z nich uciekała. Położona na kanapie czmychała  na podłogę. Zapach rozsiewał taki, że już po chwili czuć go było w każdym zakamarku mieszkania. Jak Ty go mamie zawieziesz w taki mróz? Przecież to 300 km, kiedy masz zamiar jechać do domu, zapytałam. Okazało się, że dopiero za jakieś 3 tygodnie będzie możliwość wyjazdu.
A co Ty z nim do tego czasu zrobisz? Przecież pracujesz na zmiany, zostawisz go tak samego na 10 godzin? Pytałaś właściciela mieszkania, czy pozwoli na trzymanie psa? Na te pytania nie umiała mi odpowiedzieć, więc zerkając nieśmiało na męża szukając aprobaty, wypowiedziałam takie słowa, to może zostaw go u nas, na te trzy tygodnie, nas jest troje to nie będzie tak ciągle sam....... 
Chyba moje argumenty ją przekonały, bo zgodziła się psiaka zostawić. 
Mijały dni, a ja coraz bardziej przyzwyczajałam się do niego. Został wykąpany, wyczesany,pozbawiony pcheł, zbadany przez weterynarza. Uczyłam psiaczka spać na kolanach i z uporem maniaka przyzwyczajałam do spania na kanapie, choć wcale tego nie chciał. Zbliżał się termin zawiezienia pieska do prawowitej właścicielki, a mnie się serce ściskało na samą myśl o rozstaniu. Powiedziałam o mojej rozterce mężowi......
Wiesz, jaki to obowiązek usłyszałam? Wiem, ale przecież jest nas troje podzielimy się obowiązkami......ja zajmę się karmieniem, kąpaniem, chodzeniem do weta.......
W codziennych telefonicznych relacjach do siostrzenicy opowiadałam, jakie robi postępy i jak bardzo się do niego przywiązałam. Nie czekając na dzień, w którym miał zostać zabrany, poprosiłam siostrzenicę, aby do mnie przyjechała. Ze łzami w oczach powiedziałam, że nie mogę się z nim już rozstać, tak bardzo się do niego przyzwyczaiłam i go pokochałam. Przecież moja siostra miała już psa, nawet dwa, a skoro tego jeszcze nie widziała to jakoś przeżyje, znajdziesz jej innego. 
W taki to sposób zostałam pańcią Mopka.
Ze śmierdzącej, brudnej, kudłatej kulki wyrósł śliczny york ( a jednak). Na początku bardzo chorował, myślę, że hodowla ( jeśli to była hodowla) była z rodzaju tych, co to głośno o nich czasem w mediach. 

Dziś Mopek jest wielkim pieszczochem, śpi oczywiście w łóżku i na kanapach, okupuje nasze kolana i podbija serducha wszystkich wokół. Czaruje starsze panie w windzie i małe dziewczynki w parku.  Jest wielkim miłośnikiem kotów, ale większość kotów o tym nie nie wie, bo zmyka na widok zbliżającego się w ich kierunku Mopka. A on tylko chciałby się bawić.

Zdjęcie konkursowe pokazuje, jak wielkie serce ma Mopek, pozwala "Kotu dochodzącemu" na Mazurach bezczelnie wyjadać swoją karmę z miski. Gdyby tak kotek jeszcze chciał się z nim bawić byłby zachwycony. Dlatego startujemy w konkursie organizowanym przez Klub Kota Jasna 8. Myślicie, że mamy szansę?




Nasze archiwa są pełne Mopkowych zdjęć, śmiało mogę powiedzieć, że tysiące. Mopek w różnych pozach, sytuacjach. Jest z nami wszędzie i życie jest organizowane pod Mopka :) Odkąd na Mazurach został zaatakowany i pogryziony  przez miejscowego psa, z którym tylko się chciał pobawić nie spuszczam z niego oka. Krótko mówiąc mam na jego punkcie świra i wszyscy to wiedzą :)
A to kilka fotek z pierwszych miesięcy pobytu u nas.


Z siostrzenicą, dzięki niej jest teraz nasz.


 Kąpiel nie jest taka zła.

 Rozprawiam się z kolejną piłeczką do tenisa.


Pieszczoty z pańcią.

Noga pańci jest bardzo smaczna.


Suszenie futra suszarką też lubię,


Moje "dzieci"  razem pływają :)




Pan też kocha zwierzątko mimo "obowiązków",  nawet razem ucinają sobie drzemki w Kaczorówce.

Uwierzcie mi dobrze mieć takiego czworonożnego przyjaciela, on nawet wie, kiedy jest mi smutno, nie opuszcza mnie wtedy na krok:)

Wszystkich miłośników zwierzaków zapraszam do odwiedzania bloga  Klub Kota Jasna 8 :)

czwartek, 10 stycznia 2013

Nowy telefon i nagroda.

Mam nowy telefon, tzn. leży już ze trzy tygodnie, ale bałam się go ruszać, takie to mądre bydle. Gdyby nieoceniona pomoc mojego zmyślnego i cierpliwego małżonka pewnie nigdy bym go nie uruchomiła. Toż to urządzenie ma w sobie  więcej niż mój lapcio. Nie odważę się wymieniać, co on tam takiego ma,  bo zwyczajnie nie zapamiętałam,ale uwierzcie mi na słowo cuda, cudeńka. Na ten przykład dostęp do netu i to jaki dostęp!!! Gadam do telefonu np. de-kupa-że i wyświetla mi od razu mojego bloga!!! Wygodne, bo zanim wyjmę okulary, wcisnę, a raczej przesunę jakiś tam pulpit i dostanę się do wyszukiwarki to już po jednym słowie mogę buszować w necie. Teoretycznie oczywiście, bo nie sądzę, abym nagminnie z tej atrakcji korzystała. Ma też wgrany taki programik zwie się jak nasz/ słowacki? zbójnik, co to go za "ziobro" powiesili, a ostrzega przed patrolami, radarami, korkami, nawet nieoznakowanymi samochodami lotnej policji drogowej, no cudo wprost. Bydle takie mądre, że zapisuje trasy, kilometry. Dotykasz paluchem, ciągniesz  upuszczasz, nie ma żadnego klikania po klawiszach. Ciekawe jak go można zepsuć, bo poprzedni załatwiłam śrubokrętem, łatwiej mi było trafić w klawiaturę niż paluchem, a rzecz działa się po ciemku w Kaczorówce, gdzie wiadomo prądu niet. No i coś tam rozkalibrowałam czy rozmagnesowałam, nie wiem, fakt, że jak stukałam w " A "to wyskakiwało "M", albo "Z",aż w końcu całkowicie odmówił posługi. Co on tam jeszcze ten mój nowy telefon ma, dowiem się pewnie w czasie najbliższych paru lat. Czuję się jakbym nosiła w torebce Wielkiego Brata, który czuwa! Nawet się go trochę boję, dlatego moją "różową landrynkę", kupioną za psi grosz po załatwieniu poprzedniego telefonu śrubokrętem, zapakowałam w woreczek i odłożyłam do szuflady. Tak na wszelki wypadek, jakbym się za bardzo tą balszają techniką zmęczyła.

Ostatnio leniwe czasy u mnie, ale co tam pozwalam sobie i przedłużam świąteczne lenistwo, w końcu "jestem tego warta".
 Przez to lenistwo i egipskie ciemności od 15:00, a o tej godzinie to ja jeszcze obowiązki służbowe wykonuję, nie sfociłam (dlatego jest link) książki, pt. "Kleo i ja", którą dostałam za zdjęcie od patrona honorowego, z blogu mojkotija. Zdjęcie przesłałam na konkurs u  Jasnej 8 . Bardzo Ci Beatko jeszcze raz dziękuję za takie wyróżnienie.


Żeby sobie polepszyć humor i zapomnieć o paskudnej pogodzie, którą dziś mamy za oknem przejrzałam zdjęcia z wakacji i trafiłam na takie oto zdjęcie mojego słodziaka pogrążonego w błogostanie!!!
Jeszcze troszkę, troszkę i moja psina, a obok ja, tak właśnie będziemy sobie na słoneczku w Kaczorówce leżeć :)



Smutne to, że nie wszystkie psiaki mogą tak beztrosko się wylegiwać na słoneczku, i mieć spokojne i syte życie, dlatego przypomnę o spontanicznej akcji, która ciągle trwa, a o której pisałam tu. 

I tym akcentem kończę dzisiejszy dzień, dobrej nocy Wam wszystkim życzę:)

wtorek, 8 stycznia 2013

Proszę uratuj psa.......

Wspólnie z dziewczynami z różnych blogów próbujemy pomoc zwierzakom Ori z blogu Pełnialatawdomutymianka
Na blogu u Kretowatej znajdziecie więcej informacji.
Ja przekazuję na cel zwierzaków skrzyneczkę ozdobioną metodą decoupage, taką właśnie.






 Mam nadzieję, że  będzie wkrótce dostępna w sklepiku Ori. Maila wysłałam kilka dni temu, ale jeszcze nie mam odpowiedzi i w sklepiku też się nie pojawiła. Zanim, więc skrzyneczka pojawi się w sklepiku  można ją kupić u mnie.Cena im wyższa tym lepsza, w całości zostanie przekazana na zwierzaki. Ja za radą Hany, aby podać cenę, proponuję 45 zł na początek i licytujemy do niedzieli tj. 13.01.2013 do 24:00.
Skrzyneczka jest ozdobiona metodą decoupage, color ecru z wierzchu, w środku stalowo-niebieski,jest przetarta, tak aby imitowała starą skrzynkę  zabezpieczona kilkoma warstwami lakieru. Na wieczku ma spękania. Wymiary 16x20x7,5 cm. Ma 6 przegródek.
Zwycięzca licytacji wpłaca na konto Fundacji  pieniążki mnie na maila śle skan przelewu, podaje adres, ja wysyłam skrzynkę i odwołuję u Ori zawieszenie zdjęcia skrzynki w jej sklepiku.


Proszę wszystkie dobre dusze o przyłączenie się do akcji, pieski są naprawdę w potrzebie.
Rozpowszechniajcie gdzie się da........


A do akcji włączyła się:
Baba ze Wsi 
Kretowata
Rogata Owca



Buziaczki dla wszystkich.