sobota, 28 grudnia 2013

A jednak pamiętają:)))

I to gdzie? Ano tutaj, w Warszawie. Pamiętają i bardzo ładnie obchodzą rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Lidio powinno Cię to ucieszyć. Tu było bardzo, bardzo dużo flag!!

W tym roku to ponoć pierwsze takie huczne obchody, w ramach przywracania pamięci o Powstaniu Wielkopolskim. Trafiłam na nie całkiem przypadkiem na spacerze po Starówce, który przerodził się w gorączkowe poszukiwanie ustronnego miejsca (trudne zadanie w tym miejscu), gdzie można byłoby pozbyć się nadmiaru wypitej przed wyjściem kawki. W końcu uwolniona i szczęśliwa pomaszerowałam uliczkami Starówki w kierunku kolumny Zygmunta, gdzie natknęłam się na pokaźny tłum przed Archikatedrą św. Jana Chrzciciela. Właśnie skończyła się msza i potężny pochód szykował się do wymarszu w kierunku Placu Piłsudskiego na resztę oficjalnych obchodów.
Nie zabrakło oczywiście oficjeli, rozpoznałam profesora Nałęcza ....


I arcybiskupa Nycza (choć inaczej trochę wygląda tak w cywilu).......


Poszły poczty sztandarowe.....



Orkiestry.....

Tłumy, jak okiem sięgnąć, cały Plac Zamkowy pełny i aż po horyzont tłumy........


Powstańcy na koniach, jak prawdziwi.......


Zobaczcie sami, powstaniec wypisz, wymaluj ( mój dziadek na obrazie z tego okresu wygląda podobnie) ......


A konik się popisywał, kłaniał, salutował nóżką.....


Cały ten orszak zamykały służby porządkowe, nie zabrakło powstańca ze szczotką i wiaderkiem. Wiadomo koniki szły przodem.......


Niebawem i szczotka i wiaderko się przydały..........


 A potem podążyli dalej, w kierunku Placu Piłsudskiego......


Pogoda dopisała wyśmienicie, Plac Piłsudskiego był skąpany w słońcu, zupełnie wiosennym.......




Muszę powiedzieć, że łezka mi się zakręciła, bo przecież to Powstanie to zryw moich krajan, szkoda, że nie dopytałam, kiedyś babci, jak to zapamiętała, była wtedy dorosłą 20 letnią dziewczyną.....

A kolejnym razem o anomaliach przyrodniczych spotkanych podczas spaceru:)

piątek, 27 grudnia 2013

Wigilia służbowa

Część z nas pracuje zawodowo, część pracowała, pewnie mamy jakieś wspomnienia z tzw. Wigilii zakładowych.
Jak sobie przypominam, dawniej, takiego zwyczaju nie było. Obowiązkowo  to świętowało się 8 marca, tulipany zakładowe, paczka rajstop, kawa. I wielka szarmanckość panów w ten dzień. Ale po transformacji, jakoś tak z roku na rok, coraz wystawniej zaczęto obchodzić Wigilię służbową. Zajeżdżał katering, były życzenia, kolędy z płyty, nastrój z choinką, opłatek i musowo sznureczek pracowników stojących w kolejce, aby czule wyściskać swojego szefa/szefową. To były jeszcze takie czasy, kiedy takie zwyczaje dopiero raczkowały i czasem nawet z chęcią się z tym szefem człowiek wyściskał. Bo szefowie wtedy widzieli jeszcze w nas ludzi, a nie tylko automaty. Nawet, jak nam się czasem noga powinęła to szef potrafił odłożyć owo zdarzenie na bok i nie miało się krechy, jak stąd do Krakowa już na zawsze. Jak nie poszło się na taką Wigilię to też nikt szat z tego powodu nie rozdzierał.
Teraz jest trochę inaczej, zaproszenie na taką Wigilię jest obowiązkowe, jeśli jesteś w pracy. Iść jest mus. W końcu jesteś w pracy. Wchodzisz, więc na taką salę, gdzie zgromadziło się dobrze ponad setkę wystrojonych pań i panów. Cekiny błyszczą, tapiry na głowach, perfuma unosi się w powietrzu.
Najpierw jest wykład, co to nam się udało w ciągu tego roku, co nie wyszło, jak to trzeba przycisnąć pasa już za chwilkę, bo oto nadchodzi kolejny trudny rok. Jeszcze bardziej przycisnąć.Teraz to same takie, jeden za drugim. W powietrzu wiszą niedomówienia, bo przecież wiemy, że na kolejnej Wigilii zapewne wielu z nas już się nie zjawi. Przecież będziemy przyciskać pasa, a jak nam nie wyjdzie......to wiadomo.
A potem są serdeczne życzenia, samej radości, pomyślności, sukcesów zawodowych. I........ można już iść do zastawionych stołów, które zapachem nęcą już od dwóch godzin. Część osób rzuca się do talerzy inna grupa biega z wymiętolonym i rozmokłych od spoconych dłoni opłatkiem od koleżanki do kolegi ( czas porzucić urazy, choć nie raz się za czuby brali), jeszcze inna grupa staje w ogonku do szefów. Ciekawe, czy ktoś rejestruje, kto w tym ogonku stał........ Pojedyncze osoby chyłkiem wymykają się po części oficjalnej z sali, szepcząc do sąsiada, " w razie, co to mnie kryj".........

Pierwszy raz w tym roku odczułam taką dojmującą obłudę tej sytuacji i było mi tak okrutnie smutno..........
Chciałabym, aby nie organizowano tych zakładowych Wigilii, lepiej bym się czuła, a że trzeba pasa zacisnąć to już sama wiem......nie potrzeba o tym mówić, właśnie akurat na takim spotkaniu.......


A Wasze Wigilie zakładowe, jak wyglądają? Czy te spotkania przynoszą Wam radość? Fajny to Waszym zdaniem zwyczaj, czy całkiem do bani?

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Życzę Wam............

Radosnego świętowania, spotkań z bliskimi, wspomnień przy blasku choinkowych lampek, zapachów i smaków, prezentów, i w końcu błogiego lenistwa po dniach gorączkowego dreptania i biegania.

 Życzę Wam tych wszystkich rzeczy, które dzieją się tylko raz w roku, kiedy przychodzą ŚWIĘTA. 

Niech spełnią się Wasze wszystkie marzenia, o których pomyślicie, kiedy zabłyśnie pierwsza gwiazdka w Noc Wigilijną.

Fajnie, że jesteście, fajnie, że mogę się z Wami śmiać do łez, dyskutować, przekomarzać, uczyć i wymieniać doświadczenia:))))))

Chciałabym Wam też życzyć takiej ładnej zimy na te święta, ale synoptycy zdecydowanie twierdzą, że śniegu nie będzie. To choć popatrzcie, jak Kaczorówka wygląda zimą, ładnie prawda?



Chciałoby się zawołać Alleluja, ale to nie te święta:))))

Wasza Mnemo:)))

niedziela, 22 grudnia 2013

Zagadka między kuchennymi robotami

Zagadka będzie na końcu:)

Nie wiem, co się stało, ale wszystko mi jakoś składnie idzie na te święta, no w kuchni przynajmniej. To zasługa tego wiskacza, co ta miał być na święta, ale już go nie ma:))

Mięska upieczone, trzy rodzaje, a na fotce tylko indyczy udziec. Reszta już zabunkrowana w lodówce
Ciasto marchewkowe gotowe. Jutro "murzynek", bo dziecię kategorycznie zażądało tego ciasta. "Ugotowana" czekolada, czeka do jutra, kiedy będę piec.


Z czeluści szafy wywaliłam świąteczne ozdoby, po babci. Ile one mają lat? Trudno stwierdzić, fakt, że Babcia już coś prawie 30 lat, jak oczy zamknęła. Ozdoby dostałam niejako w spadku po mojej fantastycznej Babci. Babcia doczeka się chyba oddzielnego posta.




Te archaiczne bombki zawiesiłam na gałązkach forsycji zerwanych w świętą Łucję, ponoć mają zakwitnąć na Boże Narodzenie. 

A temu wszystkiemu przyglądała się Marylin ze ściany.....
,
Dziecka stworzyły własną, pierwszą na swoje śmieci, ekologiczną choineczkę, jak już najadły się obiadku ( też zdążyłam zrobić) 
A TERAZ ZAGADKA!!!!

To produkt naturalny, ze sklepu się nie nadaje.  Przez 3 dni czekał w cieple, przykryty szczelnie.......

Jest potrzebna nam patelnia i dodatki, które powodują, że produkt ze zdjęcia powyżej będzie smaczny.......................................

Na patelni, bo to się smaży..............................................................................................................
Z kolejnymi dodatkami................................................................................................
Efekt końcowy............................................

No i teraz klu zagadki. Co to jest? To się je, to jest dobre. W sklepie można kupić, ale tylko w niektórych rejonach. I nie jest takie dobre, jak się zrobi samemu. Ja ostatnio to jadłam, jakieś 20 lat temu.....................

sobota, 21 grudnia 2013

Ble, ble... święta...

Idą sobie na przekór temu, że ludziska na nic czasu nie mają. Pędzą, gonią i zadręczają się, że one tuż, tuż a tu prezentów nie było czasu zrobić/kupić, w chałupie bardak, lodówka pusta, słowem chaos totalny. Jak się mamy cieszyć, że już za chwilę za momencik błyśnie ta pierwsza gwiazdka na niebie i zaprosi do stołu wigilijnego?
Ono normalnie, co się zrobi to będzie.
Nie przewracam wszystkiego do góry nogami tylko dlatego, że w grudniu, pod koniec roku, tak się złożyło, wypadają te najfajniejsze, najbardziej wyczekiwane święta. Wrzuciłam na luz, co zrobię to zrobię, dlatego poszłam dziś na pedicure.....moje nogi też chcą mieć święta, bo im się to należy. Noszą moje jestestwo od świtu do nocy, to mam im żałować?
Najpierw paluszki zawinięto w sreberko..


Potem pomalowano. Musowo na krwistą czerwień.


A potem wsadzono nóżkę do opiekacza:)))

I mam teraz takie ślicne, mięciutkie i wypiłowane. Lubię bez dwóch zdań porządek na odnóżach. Nawet kosztem świątecznego wariactwa. A to też się zrobi, grunt to dobra organizacja i umiejętność robienia kilku rzeczy na raz. Ja umiem. Dlatego już mam rybki w occie, bigos, zamarynowane 3 rodzaje mięs. Jutro kolejna tura, a w poniedziałek po powrocie z huty reszta. Damy radę. Prezenty też zapakowane już sobie czekają.

W razie, jakby nie wyszły wszystkie kulinarne przygotowania to zawsze można pójść tu.........



Tak sobie wyobrażam, że jeśli zawita kiedyś w moim mieście Hana, albo Mika koniecznie musimy się tam wybrać. Co Wy na to dziewczynki?