Bakcyla do starego żelastwa zaszczepiła mi Hana ( dziękuję Hanuś) i teraz nie omieszkam odwiedzać, co jakiś czas troszeczkę już zaprzyjaźnionego właściciela złomowiska w mazurksiej miejscowości na P.
W sobotę miałam marudny dzień, snułam się tu i tam i weny nijakiej we mnie nie było. W taki czas najlepiej gdzieś ruszyć, ale to też jest problem, bo to musiałoby być gdzieś, gdzie poczujesz, jak krew w żyłach krąży.
Podstępem wywabiłam WU z domu, że niby po ziemię kwiatową, nożyk do grzybów i szczoteczkę do paznokci, bo gdzieś się zapodziała. Jechać po to wszytsko trza było, aż do gminnej miejscowości. Celem mym jednak było złomowisko. Jeżdżę też sama, ale zdecydowanie wolę zWu, bo to on w razie znalezienia jakiegoś skarbu na stercie włazi go wyciagać.
Rozczarowłam się nieco, bo złomowisko było prawie puste, zaledwie dzień wcześniej złom został zabrany i zostały tylko jakieś resztki i to, co z rana zwlekli złomiarze.
Moje czujne oko wynalazło jednak to:
A na sam koniec szperania, w jakimś kącie jeszcze to:
Resztki starych, zardzewiałych sanek, zrobionych z całą pewnością metodą chałupniczą, bo z zespawanych jakichś rurek i prętów. Z ozdóbkami nad płozami. Widać robiący miał "artystyczne" zacięcie, albo chciał dziecku zrobić wyjątkowe sanki.
Musiały być sporo eksploatowane, bo rurki w miejscu ślizgu tak zię wytarły, że zrobiły się w nich dziury.
Jak tylko, je zobaczyłam wiedziałm, co z nich będzie.
Całe 10 zeta zapłaciłam.
W niedzielę wstałam z niespotykaną weną i zacięciem, postanowiłam, po 7 latach, odkurzyć pierwszy raz domek ( wcześniej bez prądu się nie dało).
Zajęta robotami porządkowymi nie zwróciłam uwagi, gdzie przepadł Wu.
Po pewnym czasie usłyszałam zza chałupki takie szurum buru, szuru, buru, idę za chałupkę i co widzę?
Wu, czarny niczym górnik fedrujący przodek, z eleganckim czarnym, węglowym wąsikiem a,la Adolf skrobie drucianą szczotką dechy.
Skrobał, czyścił, olejował, potem skręcał i przycinał dechy, a wszystko to po to, żeby moją wizję przerobić w prawdziwy użytkowy przedmiot ogrodowy.
W taki oto sposób za jakieś dwa złote i ze dwie godzinki czasu mam aligancką ławeczkę ogrodową.
Jest lekka i dzięki przyczepionemy staremu, zardzewiałemu łańcuchowi ( też ze złomowiska) łatwo przenośna.
A w ogrodzie nigdy dość miejsc, żeby przysiąść:)))))
Resztą nabytków zajmę się na urlopie.
A teraz inne motyleki nocne dla Tupajki. Znalazłam je podczas sprzątania górki, po obfoceniu puściłam wolno. Niech se zapylają nocą kfiatki.
Choćby te od wiciokrzekwu, który w tym roku kwitnie, jak głupi, rozsiewa, szczególnie wieczorem, upojny zapach niczym w drogerii.
A wieczorem zlatują do niego ćmy........( albo inne jakieś motylki)
P.S.
Nie chciało się wcale wracać, wierzycie mi?