niedziela, 8 lutego 2015

Kocia niedziela.

Czika, zwana też Marychą, odpoczywa po sterylce.





Pusia, grzeje się, od góry w promykach słonecznych, od dołu, kaloryferem.




 Czasem przed wścibskim wzrokiem zmienia miejsce na bardziej zaciszne.

 Tu też mnie znalazłaś?


Hitlerka w domu, dla obcych Walerka i Ciciuś gościnnie w koszyczku Meli? 
A gdzie Mela? Ona tu jest!!!

 Otóż i Mela...

Wygodne te balerinki Ciciusiu?


 Paweł i Gaweł w jednym stali domku, Paweł na górze, Gaweł na dole...


A teraz mój kotek przy niedzielnym śniadaniu. 

"Daj, daj chleba ze smalcem!! No daj Pańciu...."

"Dała! Dała!"


"A dasz jeszcze?


Miłej niedzieli życzę.

U mnie na przemian słońce i śnieg. A chmury pędzą po niebie...




sobota, 7 lutego 2015

Uwaga na biustonosz!!!

Mnie się już ckni.
Za wiosną, za słońcem, za ruchem na świeżym powietrzu, choćby to miało być grabienie sosnowych igieł.
A tu przyszło załamanie pogody.
Wiatr przeszywa do szpiku kości i nie zachęca do wyściubienia nosa z chałupy. Nie wyściubiam bo dziś nie muszę. I na dodatek łeb mnie boli.
Snuję się z kąta w kąt, coś popchnę. Pranie popchnęłam. W złym kierunku. Nastawiłam na 90 stopni bluzy i koszulki. Zorientowałam się po kilkunastu minutach. Nie wiem, co wyjmę z pralki. Pewnie pokurczone i do wywalenia. Ot, gapa ze mnie. Na dodatek ślepa. Wczoraj lekarz medycynypracy, na badaniach okresowych byłam, kazał mi czytać. Wzrok znaczy się chciał mi sprawdzić. Podsunął mi jakąś książeczkę pod nos. Kilka linijek teksu. Nie potrafiłam przeczytać oni jednej linijki. Aż zapytał czy ja poważnie nic nie widzę, ano nie, bez okularów nic. Z okularami poszło lepiej.
Za to w okularach nie widziałam we wszystkich rządkach jakichś tam podwójnych kółeczek na cyferkach. Orzekł, że mam astygmatyzm. Dziwne, bo nigdy nie miałam. Może się tak zrobić, ot?
Nie było i jest?
Czeka mnie wymiana okularów. A wiadomo, że z okularami to ja się nie lubię. I jak się przyzwyczaję do jednych to potem, po wymianie na nowe, przyzwyczajam się znowu pół roku.
Podobnie mam z biustonoszami. Po latach dopasowywania w końcu znalazłam ten jeden jedyny model. Ten i żaden inny. Najczęściej kupuję dwa. Zawsze w tym samym sklepie.
Właśnie wczoraj musiałam zakupić nowe, bo w jednym wylazł mi drut, a w drugim...chyba się muszę przyznać, co zrobiłam.
Wracałam z huty i byłam baaaardzo głodna. Jak zwykle "nie miałam czasu" zjeść.  Oczywiście nie mogło być inaczej, bo jadąc, jednocześnie jadłam bułkę, piłam kefir i jeszcze gadałam przez telefon (zestaw głośnomówiący, żeby nie było, że przepisy łamię).
 Koniec, końców oblałam się tym kefirem. Aż mi w dekolt naleciało, bo kurtka była rozsunięta.
Ale to nie wszystko. Zanim pognałam do chałupy, chciałam złapać dymka przy samochodzie,bo znowu jestem na etapie rzucania. Tak całkiem od razu trudno jakoś, więc zaczynamy od " w domu się nie pali".
Pokarało mnie, bo tym razem żar wyleciał z papierocha i tą samą drogą, co kefir dostał się do dekoltu, oparzył, a następnie wypalił dziurę w moim bezcennym biustonoszu.

Powinni na mojej drodze ustawiać znaki "uwaga na biustonosze", takie jak ten na czeskiej drodze...




wtorek, 3 lutego 2015

Psy, koty pilnujące i inna żywina również...

Pilnują nie tylko obejścia.
Psy pilnujące, czasem pilnują różnych dziwnych rzeczy.
Na przykład Mop na działce pilnuje siekiery, a to żaden fiskars przecież.


Mazurski Reksio pilnował murka i chyba kota. Już nie popilnuje,bo przeniósł się za TM. Stoczył ponoć walkę z lisem i skończyło się to marnie.


Bary, tutaj jeszcze jako wyrośnięty szczeniak pilnuje butelczyny. Młodo zaczął, ale to wszystko przez mazurskie klimaty, które sprzyjają spożywaniu na łonie natury.


Bary obecnie pilnuje jakiejś leśniczówki w pod Bydgoszczą, ale tak do końca to nie wiadomo, jakie dziś są jego losy. Pojechał do leśniczówki, bo mieszkanie w bloku dla ogromnego wilczura to nie było najlepsze miejsce.

Koty też pilnują dziwny rzeczy. Na przykład tego urządzenia. Kto wie, do czego służy?



Koty pilnują też mebli, straż w składzie "Ich troje"


Pilnują płotów...


Podobnie, jak koguty, które pilnują deseczek, na których się fajnie stoi...


 Trochę wyższych deseczek, na których się jeszcze lepiej stoi...


Dachów, na których się stoi najlepiej, bo wszystko wokół widać...


Znam nawet kaczki, które pilnują dachów. Tak, tak dachów mili czytacze.
Był skrzypek na dachu, a kaczka nie może???
Na poniższych zdjęciach widać, że kaczka na dachu to rzecz normalna.



A następnym razem pokażę Wam prawdziwą wiosnę. Żółciusieńką:)))

poniedziałek, 2 lutego 2015

Jak to na feriach zimowych bywało

Przeglądając z dzieckami stare albumy ze zdjęciami natknęliśmy się na list pisany przez Młodego z ferii zimowych.
Jedna strona była pisana dla mamy, druga dla taty.
Z treści listu nie wynika, żeby Młody się tam fantastycznie bawił.
List jest raczej smutny i pewnie mu tam było źle. Komórek wtedy nie było. Dzwoniło się do dziecka na telefon stacjonarny raz na kilka dni. Musiało starczyć i jemu i mnie. Ciężko przeżywałam te jego wyjazdy, szczególnie w młodszych klasach i tak daleko. Ten list był napisany pewno w 2-3 klasie szkoły podstawowej, z wyjazdu do Sromowiec. Tam go nie odwiedzaliśmy, za daleko. Bliżej było do Maróza pod Olszynkiem, gdzie wyjeżdżał na kolonie letnie. Maróz chyba lepiej wspomina, była woda (tam się nauczył pływać) i były dyskoteki, te udane. Tak udane, że, jak kiedyś pojechaliśmy w odwiedziny to tylko się przywitał i już "musiał" lecieć...na dyskotekę.



Ja też nie przepadałam za wyjazdami, pierwszy tak mnie skutecznie zniechęcił, że odmawiałam wyjazdu na kolonie przez kolejnych 6 lat.
Pierwszy raz na kolonie pojechałam w 2 klasie szkoły podstawowej. Wydawało mi się, że te kolonie to były daleko, tak mniej więcej za siedmioma górami i rzekami. Bardzo daleko od mamy.
Tak naprawdę to było 11 km od domu:)
Zakwaterowali nas w namiotach wojskowych, padał deszcz. Siedzieliśmy pod tymi namiotami i nikt się nami nie interesował. Tylko wychodziliśmy na posiłki. Pierwszego wieczora zaczęłam płakać, cichutko w poduszkę. Następnego dnia też padał deszcz, a ja już beczałam całkiem jawnie. Strasznie mi było tęskno za domem. Przestałam jeść, nie mogłam nic przełknąć. Wieczorem ryczałam tak potężnie, że się w końcu mną zainteresował jakiś wychowawca. Nie dałam się niczym przekonać i koniecznie chciałam wracać do domu. Dopiero, jak mi obiecali, że mnie następnego dnia odwiozą to beczeć przestałam.
Obietnicy dotrzymali i następnego dnia odstawili mnie do domu. Resztę wakacji spędziłam pasąc krowę i byłam bardzo szczęśliwa:)
Przez kilka kolejnych lat nie było mowy, żebym jechała gdziekolwiek, nie i koniec.
Wolałam krowę paść. Moją ukochaną Bachę.
Na kolejne kolonie pojechałam w 7 klasie, gdzieś pod Gorzów Wlkp. Tam zakochał się we mnie jeden z najładniejszych chłopców na koloniach. Bardzo mi się to schlebiało, dziewczyny mi zazdrościły, ale on się chciał całować!!! Tak jakoś zaraz za dwa, trzy dni. A ja byłam zielona w tym temacie i miałam zasady.
 Wyobrażałam sobie, że najpierw trzeba troszkę ze sobą pochodzić.
 Nie chciałam się całować. a on mnie bez mrugnięcia okiem  rzucił dla jakiejś poznanianki. Ona nie miała oporów przed ściskaniem się z owym chłopcem. Ba, przychodził w nocy do jej łóżka (spałyśmy w jednej, wielkiej sali). Przeżyłam zawód miłosny i zwątpienie w męską część gatunku:))
A potem to poszłam do liceum i wyjeżdżałam, ale już na innych zasadach i było całkiem, całkiem fajnie:))
Nie musiano mnie już odwozić do domu:)

P.S.
Dziś dzieciaki chyba też nie mają lekko na wyjazdach, w szkole nie jest lekko, a  koledzy niektórym nawet w necie nie dają spokoju. I to nie tylko jest "wyśmiewanie".
A jak to było z Waszymi dziećmi na wyjazdach, a może pamiętacie, jakieś swoje własne przeżycia?

P.S.
Wstawiam list córci Hany z letniego wyjazdu. Córka miała wtedy 9 lat, list jest rzeczowy, sam konkret:))



niedziela, 1 lutego 2015

W stronę Mazur...


Jeśli nie na Mazury to chociaż w stronę Mazur. Bo tęskno już okrutnie, a w szczególności, kiedy człek zobaczy takie lazurowe niebo za oknem i słonko świecące radośnie, jak dziś. Nie chce się siedzieć w murach, albo dreptać parkowymi alejkami. Szczególnie, że zafajdane przez wrony tak, jak i każda ławeczka, że nawet cupnąć choć na chwilkę się nie da.
Wstajemy, pijemy kawkę i ruszamy, bo i Madzia lada moment się zatka, więc trzeba jej po cylindrach trochę dać. Taki jej urok, choć raczej nie urok tylko francuskie, technologiczne rozwiązanie zwane filtrem cząsteczek stałych. Zmora dla tych, co nie ruszają w dłuższe trasy. Może się skończyć naprawą za kilka tysięcy złotych, a tego Mnemo baaaardzo nie chce, oj nie chce.
Wu zaordynował tym razem, jedziemy do Serocka, bo to w stronę Mazur. Setki razy przejeżdżaliśmy przez tą mieścinkę, ale ani razu się tam nie zatrzymaliśmy, aż do dziś.
A mieścinka ładna, a jeszcze ładniejsze ma tereny rekreacyjne na Narwią. O tej porze roku puste raczej, choć kilku spacerowiczów spotkaliśmy.
Było słonecznie, powietrze wiosenne prawie, choć oznak wiosny nie spotkaliśmy jeszcze żadnych, ale sama bliskość wody i zacumowanych łódeczek mazurskie klimaty bardzo przypominała.









Moim zdaniem kot też wyszedł na wiosenny rekonesans, siedział przed bramą i mrużył oczy w słońcu. Wyraźnie korzystał z przepięknej pogody.



A po powrocie szybki obiadek, nasza najulubieńsza, mało pracochłonna zapiekanka ziemniaczana.
A jaka pyszna, a jak syci, a ile ma kalorii!!!! Ale to nic... niech sobie ma:)


A teraz Mnemo z pełnym brzuszkiem się leni:)