niedziela, 15 lutego 2015

Czy daleko do Granicy?


Dawno, dawno temu, kiedy Mnemo była młoda, piękna i kiepsko orientowała się w okolicy podwarszawskiej, Wu zapakował do Fiata 125p, koloru kość słoniowa, wspomnianą kiepsko orientującą się  Mnemo, małoletniego bardzo Młodego i powiózł na wycieczkę.
Krajoznawczą.

Kierował się na północny-zachód, w kierunku Żelazowej Woli, z nadzieją, że natknie się jakimś cudem na miejscowość, o której słyszał, że zaszyta w lasach, w sam raz na niedzielny spacer.
W miejscowości tej miał być nie tylko las, puszcza nawet, ale muzeum i skansen.
Atrakcja, dla Mnemo szczególnie, uwięzionej w blokowisku od niedawna i tęskniącej za przyrodą.
Dla Młodego, jak się potem okazało, atrakcji żadnej nie było, bo nóżki bolały i nudno było w tym lesie.

Jechali, jechali, aż dojechali do Żelazowej Woli i uznawszy, że dalej chyba nie warto, zatrzymali się na parkingu przed dworkiem Fryderyka Chopina.
Trzeba się zapytać parkingowej obsługi, gdzie ta wieś - mruknął Wu.
Ano trzeba, bąknęła Mnemo i ruszyła w kierunku kobiety sprzedającej bilety parkingowe.
Przepraszam, zagadnęła Mnemo, nie wie Pani czy daleko stąd do Granicy?
Oczy kobiety zrobiły się okrągłe ze zdziwienia, potem szczęka się jej lekko obsunęła w kierunku dekoltu, a potem z wahaniem zapytała.
Ale do, której?
Wschodniej, czy zachodniej?

Nie wiem, co sobie kobieta pomyślała, ale biorąc pod uwagę fakt, że znajdowaliśmy się w okolicach Sochaczewa, a ten mniej więcej prawie na środku Polski, musiała pomyśleć, żeśmy nieźle zabłądzili:)

Szybko jednak wyjaśniliśmy, że nie o granicę państwową nam chodzi, jeno tą w Puszczy Kampinoskiej, gdzie szlaki turystyczne są, skansen i muzeum leśnictwa.
Okazało się, że to kilka kilometrów nazad w kierunku Warszawy. Niezwłocznie wsiedliśmy w naszą kość słoniową 125p i pomknęliśmy w kierunku kniei.
Rzuciliśmy jeszcze okiem na siedlisko Chopinów, obiecując sobie, że tu też zajrzymy, ale to dopiero, jak Młody trochę wyrośnie, bo po słynnej wycieczce po Zamku Królewskim w Warszawie, wstydziliśmy się go na razie zabierać do czegokolwiek, co bryłą i wystrojem przypominało "kościółek".
Młody odmawiał wejścia do takich przybytków rycząc w niebogłosy, że  "on nie chce do tego kościółka", a zmuszony przemieszczał się po lśniących parkietach zamiast na nogach to na czterech literach, albo kolanach, przyprawiając mnie o nerwicę i pąsy na twarzy, za tak "niewychowane" dziecko.


Lata mijały, szybko jakoś, zapomnieliśmy, że Żelazowa Wola na nas wciąż czeka.
Do wczoraj.
Bo Mnemo zaordynowała z rana, jest słońce, jest ciepło, nie na Mazury, to chociaż do Żelazowej Woli.
I pojechaliśmy:)
Dzionek był cudny, słoneczny, bezwietrzny, taki, w którym czuć, że wiosna czeka za rogatkami.
I wiosna czekała w pałacowym ogrodzie w postaci ciemiernika z wezbranymi pąkami kwiatowymi. Choć może ciemiernik nie jest typowym zwiastunem wiosny, bo potrafi zakwitnąć też w grudniu.
Liczy się jednak fakt, że znaleźliśmy roślinę, która jest zielona i szykuje się do kwitnięcia.



Wiosnę też było widać na drzewie tulipanowca ( tak podejrzewam) jego wezbrane, mechate pąki, pięknie prezentowały się w słońcu.

Tuż koło tego tulipanowca mijaliśmy rodzinkę.
Mamę z dwojgiem kilkuletnich dzieci.Taty nie zauważyłam.
Jedno z nich, mały chłopczyk, podnosząc z alejki zeszłoroczny owoc kasztanowca, zawołał
Mamo, mamo, mogę zasadzić w domu kasztana?
Nie- odparła zwięźle mama.

Gupia baba, pomyślałam sobie, a Wu nachyliwszy się do mnie mruknął "gupia baba".
Nie ma to, jak zgodność małżeńska:)



 Wędrując dalej natknęłam się na pięknego oczara pokrytego czerwonawym kwieciem. To też żaden zwiastu wiosny, bo upodobał sobie zimę na porę kwitnienia, ale sam fakt, zobaczenia kwiatów na krzewie przywodzi myśli o wiośnie.


Dworek w sobotę jest niezwiedzalny niestety i o tym trzeba pamiętać wybierając się na wycieczkę do Żelazowej Woli.



Za to po parku można krążyć do woli i to na dodatek za darmo, za wstęp nie pobierają opłaty.






Ten dzierzbowaty ptaszek wycinał iście wiosenne trele, co widać na zdjęciu. Nie darmo ma tak dziobek rozwarty.

Przy okazji widać, że kasztanowce też zaczynają puchnąć w pąkach i błyszczeć się od wzbierających soków.

Do Granicy też pojechaliśmy, ale o tym to kolejnym razem.
Podyskutujemy wtedy o antropopresji, czy jakoś tak:)




piątek, 13 lutego 2015

Dzwoni telefon

Dziś mam dla Was troszkę inną historię od tej TU, choć jest to historia z cyklu "dzwoni telefon"
Wczoraj odebrałam jeden z licznych telefonów służbowych.
W sumie miły, starszy pan (oświecił mnie, że jest emerytem i cały dzień siedzi w domu) dopytywał o pewną rzecz. Wszystko wyjaśniłam, choć musiałam ze dwa razy powtórzyć to samo. Pan podziękował, życzył miłego dnia w pracy, ale na sam koniec zapytał, czy może jeszcze o coś zapytać. No oczywiście...
A więc pani... tu wymienił moje imię.., czy pani wie, jak się rozmnażają jeże?
Ależ oczywiście... i podałam prawdziwą odpowiedź ( stary kawał z brodą , to wiedziałam)
Człek się trochę zasmucił, co poczułam w tonie głosu i zapytał smutno...a skąd pani to wie?
No, bo wie pan, ja się bardzo interesuję przyrodą...

Dziś dzwoni ten sam człowiek. Rozmowa nasza to klon wczorajszej.
Na sam koniec rozmowy przeprosił i zapytał, czy może mnie o coś zapytać.
No oczywiście...
A więc pani...tu wymienił moje imię..., czy pani wie, jak się rozmnażają jeże?
Mało nie parsknęłam w słuchawkę, ale nie chcąc człowieka zasmucać, jak wczoraj, gotowym rozwiązaniem, udałam, że się zastanawiam...jeże?...nie wiem proszę pana...:(((
A to ja pani powiem... i tu pada odpowiedź.
Ach, tak? (udaję zdziwienie)
Pan widocznie uradowany dziękuje, życzy miłego dnia w pracy.....


No to, jak dziewczyny?
Wiecie, jak się rozmnażają jeże?

niedziela, 8 lutego 2015

Kocia niedziela.

Czika, zwana też Marychą, odpoczywa po sterylce.





Pusia, grzeje się, od góry w promykach słonecznych, od dołu, kaloryferem.




 Czasem przed wścibskim wzrokiem zmienia miejsce na bardziej zaciszne.

 Tu też mnie znalazłaś?


Hitlerka w domu, dla obcych Walerka i Ciciuś gościnnie w koszyczku Meli? 
A gdzie Mela? Ona tu jest!!!

 Otóż i Mela...

Wygodne te balerinki Ciciusiu?


 Paweł i Gaweł w jednym stali domku, Paweł na górze, Gaweł na dole...


A teraz mój kotek przy niedzielnym śniadaniu. 

"Daj, daj chleba ze smalcem!! No daj Pańciu...."

"Dała! Dała!"


"A dasz jeszcze?


Miłej niedzieli życzę.

U mnie na przemian słońce i śnieg. A chmury pędzą po niebie...




sobota, 7 lutego 2015

Uwaga na biustonosz!!!

Mnie się już ckni.
Za wiosną, za słońcem, za ruchem na świeżym powietrzu, choćby to miało być grabienie sosnowych igieł.
A tu przyszło załamanie pogody.
Wiatr przeszywa do szpiku kości i nie zachęca do wyściubienia nosa z chałupy. Nie wyściubiam bo dziś nie muszę. I na dodatek łeb mnie boli.
Snuję się z kąta w kąt, coś popchnę. Pranie popchnęłam. W złym kierunku. Nastawiłam na 90 stopni bluzy i koszulki. Zorientowałam się po kilkunastu minutach. Nie wiem, co wyjmę z pralki. Pewnie pokurczone i do wywalenia. Ot, gapa ze mnie. Na dodatek ślepa. Wczoraj lekarz medycynypracy, na badaniach okresowych byłam, kazał mi czytać. Wzrok znaczy się chciał mi sprawdzić. Podsunął mi jakąś książeczkę pod nos. Kilka linijek teksu. Nie potrafiłam przeczytać oni jednej linijki. Aż zapytał czy ja poważnie nic nie widzę, ano nie, bez okularów nic. Z okularami poszło lepiej.
Za to w okularach nie widziałam we wszystkich rządkach jakichś tam podwójnych kółeczek na cyferkach. Orzekł, że mam astygmatyzm. Dziwne, bo nigdy nie miałam. Może się tak zrobić, ot?
Nie było i jest?
Czeka mnie wymiana okularów. A wiadomo, że z okularami to ja się nie lubię. I jak się przyzwyczaję do jednych to potem, po wymianie na nowe, przyzwyczajam się znowu pół roku.
Podobnie mam z biustonoszami. Po latach dopasowywania w końcu znalazłam ten jeden jedyny model. Ten i żaden inny. Najczęściej kupuję dwa. Zawsze w tym samym sklepie.
Właśnie wczoraj musiałam zakupić nowe, bo w jednym wylazł mi drut, a w drugim...chyba się muszę przyznać, co zrobiłam.
Wracałam z huty i byłam baaaardzo głodna. Jak zwykle "nie miałam czasu" zjeść.  Oczywiście nie mogło być inaczej, bo jadąc, jednocześnie jadłam bułkę, piłam kefir i jeszcze gadałam przez telefon (zestaw głośnomówiący, żeby nie było, że przepisy łamię).
 Koniec, końców oblałam się tym kefirem. Aż mi w dekolt naleciało, bo kurtka była rozsunięta.
Ale to nie wszystko. Zanim pognałam do chałupy, chciałam złapać dymka przy samochodzie,bo znowu jestem na etapie rzucania. Tak całkiem od razu trudno jakoś, więc zaczynamy od " w domu się nie pali".
Pokarało mnie, bo tym razem żar wyleciał z papierocha i tą samą drogą, co kefir dostał się do dekoltu, oparzył, a następnie wypalił dziurę w moim bezcennym biustonoszu.

Powinni na mojej drodze ustawiać znaki "uwaga na biustonosze", takie jak ten na czeskiej drodze...




wtorek, 3 lutego 2015

Psy, koty pilnujące i inna żywina również...

Pilnują nie tylko obejścia.
Psy pilnujące, czasem pilnują różnych dziwnych rzeczy.
Na przykład Mop na działce pilnuje siekiery, a to żaden fiskars przecież.


Mazurski Reksio pilnował murka i chyba kota. Już nie popilnuje,bo przeniósł się za TM. Stoczył ponoć walkę z lisem i skończyło się to marnie.


Bary, tutaj jeszcze jako wyrośnięty szczeniak pilnuje butelczyny. Młodo zaczął, ale to wszystko przez mazurskie klimaty, które sprzyjają spożywaniu na łonie natury.


Bary obecnie pilnuje jakiejś leśniczówki w pod Bydgoszczą, ale tak do końca to nie wiadomo, jakie dziś są jego losy. Pojechał do leśniczówki, bo mieszkanie w bloku dla ogromnego wilczura to nie było najlepsze miejsce.

Koty też pilnują dziwny rzeczy. Na przykład tego urządzenia. Kto wie, do czego służy?



Koty pilnują też mebli, straż w składzie "Ich troje"


Pilnują płotów...


Podobnie, jak koguty, które pilnują deseczek, na których się fajnie stoi...


 Trochę wyższych deseczek, na których się jeszcze lepiej stoi...


Dachów, na których się stoi najlepiej, bo wszystko wokół widać...


Znam nawet kaczki, które pilnują dachów. Tak, tak dachów mili czytacze.
Był skrzypek na dachu, a kaczka nie może???
Na poniższych zdjęciach widać, że kaczka na dachu to rzecz normalna.



A następnym razem pokażę Wam prawdziwą wiosnę. Żółciusieńką:)))