niedziela, 22 lutego 2015

Ograniczenie antropopresji na ekosystemy...


"Ograniczenie antropopresji na ekosystemy"...przesylabizowała Mnemo stojąc z zadartą głową pod tablicą ustawioną przy parkingu w Granicy.  A n- t r o-  p o- p r e - s j i... matko z córką nie mogli bardziej naukowo? Że niby ograniczają wpływ człowieka na środowisko czy cuś? I czy zrozumie to sformułowanie ten chłopak, co idzie  dzierżąc w dłoni puchę piwa, zygzakując mocno po drodze?


Może nie zrozumie, ale piwo, pewno nie tylko jedno, wypił w pięknym otoczeniu przyrody. Przynajmniej tyle.


O tym, jak Mnemo próbowała dostać się kiedyś do Granicy jest TU.

A, gdzie tak naprawdę jest ta Granica?

"Granica to nazwa wioski leżącej w sercu Puszczy Kampinoskiej, będącej jednocześnie siedzibą Ośrodka Dydaktyczno-Muzealnego i świetnym punktem wypadowym w głąb Kampinoskiego Parku Narodowego. Puszcza Kampinoska leży tuż przy północno-zachodnich rogatkach Warszawy. Jest jednym z dwóch parków narodowych w świecie, położonym w bezpośrednim sąsiedztwie stolicy państwa. Przy wiatrach wiejących głównie z zachodu, statystycznie co trzy dni nad Warszawę nawiewane jest świeże powietrze znad Puszczy Kampinoskiej, jest więc ona zielonymi płucami Warszawy.

Granica jest małą leśną osadą z dużymi atrakcjami. Warto w niej odwiedzić skansen budownictwa puszczańskiego, obejrzeć umieszczoną na wolnym powietrzu wystawę Polskie Parki Narodowe czy przejść się Aleją Trzeciego Tysiąclecia. Znajduje się tu także Muzeum Puszczy Kampinoskiej, a w ogrodzie przy Muzeum możemy podziwiać piękne dęby, będące pomnikami przyrody oraz dotknąć fragmentu kości szczęki dolnej wieloryba bezzębnego. Fragment ten ma ponad 4 metry długości, ciekawe, skąd wziął się w sercu Puszczy? 
Od 1959 roku niemal cały obszar puszczy objęty jest ochroną w ramach Kampinoskiego Parku Narodowego"

Oprócz lasu, pięknego bez dwóch zdań, można pooglądać sobie dawne domostwa, ruszyć na wycieczkę jednym z kilku szlaków, nawet można dojść do cmentarza leśnego w Palmirach. W sezonie odbywają się w skansenie różne imprezy, o czym wyczytałam na tablicy informacyjnej.








Na zimę (chyba) chałupy zostały przykryte folią, myślę, że dla ochrony.


Takie budynki w Granicy stoją trzy. Jeden to siedziba parku, drugi to muzeum, a w trzecim nie wiem, co jest. Trochę mało wiejskie, ale też ładne.
Myślę, że dla kogoś, komu się chce dużego lasu, wypad do Granicy będzie strzałem w dziesiątkę.
I proszę uważać na łosie, bo to ich królestwo:)


Do Granicy dobrze przyjechać z wałówką, jak się człek zmęczy spacerowaniem, można na wyznaczonych miejscach zrobić sobie biwak z ogniskiem włącznie.

Przypominam jeszcze o  akcji Skarpeta - TU. Kto jeszcze nie był musi koniecznie zajrzeć.

"Jedyny taki"  chustecznik już zmienił właściciela z czego się bardzo cieszę:)) Dziękuję Kasiu Bezblogowa. I dziękują zwierzaki, którym się dzięki Tobie i innym coś dobrego dostanie.

Skarpeta wyzwoliła we mnie jakieś pokłady weny, więc oprócz chustecznika strzeliłam jeszcze wiejską tacę. Kogutową.


A następne drewienka zamówione, będziemy działać dalej.

P.S. Obejrzałam Idę.
Moim zdaniem Oskara nie będzie. Czy się mylę to się wkrótce okaże.

sobota, 21 lutego 2015

Jedyny taki.

Jedyny taki, chustecznik zrobiony przez Mnemo, można nabyć w Pastelowym Kurniku. Jest to wyrób specjalny dla  Skarpety (klik)



Chustecznik jest jedyny i niepowtarzalny.



Bejcowany wiśnią antyczną, a następnie zabezpieczony woskiem z dodatkiem olejku akacjowego, przez co uzyskał subtelny aromat. Dekorację chustecznika stanowią pastelowe irysy z delikatnymi spękaniami.



Powierzchnia spękań zabezpieczona została delikatnie lakierem.


Całość wykończona jest subtelną, bawełnianą koronką  w kolorze ecru.
Chustecznik, oprócz walorów użytkowych, z pewnością będzie ozdobą każdej damskiej toaletki.
Doskonale wpasuje się w każde wnętrze.
W rzeczywistości jest ładniejszy niż na zdjęciach i do tego  wydziela subtelny zapach.



Po prostu musisz go mieć! A cel jest szczytny.
Kupując go przyczynisz się do pomocy potrzebującym zwierzętom.
Czeka na Ciebie TU. pod poz. 82

Wcześniejsze moje wyroby można obejrzeć TU i TU i TU i TU Trochę się tego uzbierało:)
W ich wykonanie wkładam zawsze dużo serca i uwagi.

Pomocy też potrzebuje malutki, pogryziony Maylo

TU również apel o wsparcie. Przeznaczam na ten cel makową zakładkę do książki, którą można również nabyć w Pastelowym Kurniku pod poz. 83




Skarpeta wyzwoliła we mnie nowe pokłady chęci, więc uwaga!!! 
Wkrótce mogą pojawić się nowe prace:))




poniedziałek, 16 lutego 2015

Przebierańcy


Lata 70-te w modzie to szaleństwo kolorów. Królowały dzikie oranże, wściekłe seledyny i oślepiające żółcie. 
Moje starsze siostry wyglądały, jak kolorowe ptaki, w tych jaskrawych sweterkach produkowanych na maszynie dziewiarskiej przez panią Andzię. Nosiły do tego równie kolorowe,  lakierowane buty na niebotycznych koturnach.
 Ja w tym czasie ledwo, co poszłam do szkoły i tylko zazdrościć mogłam siostrom, bo dla mnie mama dziergała na drutach sweterki w paski, albo, te do biegania po szkole, w sraczkowaty melanż.
Lata 70- te się skończyły, moda się zmieniła, a sweterki wyrobu made pani Andzia, zostały z pogardą upchnięte w szafie w pomieszczeniu gospodarczym. Wtedy się rzeczy nie wyrzucało, ot, tak, bo wyszły z mody.
Wszyscy przecież wiedzą, że moda powraca, co kilka dekad, więc czekały na swoje drugie 5 minut.
No i się doczekały.
W latach 90-tych, mieliśmy po lat 30, niektórzy trochę więcej, albo trochę mniej.
Wtedy w rodzinnym domu było gwarno. Ściągaliśmy tam wszyscy z rodzinami, małymi dziećmi, podwórko w porze letniej rozbrzmiewało dziecięcymi wrzaskami, a nam też chciało się powygłupiać.
Mieliśmy jakieś ciągoty do przebieranek. 
Przypomniała się nam wtedy szafa pełna śmiesznych, jak cholera, oczojebnych sweterków. Moja mama nagabywana przez jednego ze starszych wnuków wyciągnęła je z szafy pozwoliła się w jeden z nich nawet ubrać.
Sweterki dla niewtajemniczonych trudne były do założenia, bo miały plątaninę troków, które się przeciągało przez równie trudną plątaninę dziurek, tak aby efekt końcowy był zadowalający.

Ale "mamy babcię, więc się nie trapcie". 
Babcia poplątała, jak trzeba, sama pozwoliła się odziać w jeden ze sweterków i nawet zapozowała z wnusiem.





Potem oddała sweterek najmłodszemu z zięciów, aby i ten mógł przez chwilę pobyć modną dziewczyną z lat 70- tych.


Dziś już nie ma tych sweterków (choć przy najbliższej okazji sprawdzę dla pewności szafę) i nie ma takich wesołych spotkań.
Rozpierzchliśmy się po świecie i trudno się wszystkim razem spotkać.
Zostały jednak fotografie:)

niedziela, 15 lutego 2015

Czy daleko do Granicy?


Dawno, dawno temu, kiedy Mnemo była młoda, piękna i kiepsko orientowała się w okolicy podwarszawskiej, Wu zapakował do Fiata 125p, koloru kość słoniowa, wspomnianą kiepsko orientującą się  Mnemo, małoletniego bardzo Młodego i powiózł na wycieczkę.
Krajoznawczą.

Kierował się na północny-zachód, w kierunku Żelazowej Woli, z nadzieją, że natknie się jakimś cudem na miejscowość, o której słyszał, że zaszyta w lasach, w sam raz na niedzielny spacer.
W miejscowości tej miał być nie tylko las, puszcza nawet, ale muzeum i skansen.
Atrakcja, dla Mnemo szczególnie, uwięzionej w blokowisku od niedawna i tęskniącej za przyrodą.
Dla Młodego, jak się potem okazało, atrakcji żadnej nie było, bo nóżki bolały i nudno było w tym lesie.

Jechali, jechali, aż dojechali do Żelazowej Woli i uznawszy, że dalej chyba nie warto, zatrzymali się na parkingu przed dworkiem Fryderyka Chopina.
Trzeba się zapytać parkingowej obsługi, gdzie ta wieś - mruknął Wu.
Ano trzeba, bąknęła Mnemo i ruszyła w kierunku kobiety sprzedającej bilety parkingowe.
Przepraszam, zagadnęła Mnemo, nie wie Pani czy daleko stąd do Granicy?
Oczy kobiety zrobiły się okrągłe ze zdziwienia, potem szczęka się jej lekko obsunęła w kierunku dekoltu, a potem z wahaniem zapytała.
Ale do, której?
Wschodniej, czy zachodniej?

Nie wiem, co sobie kobieta pomyślała, ale biorąc pod uwagę fakt, że znajdowaliśmy się w okolicach Sochaczewa, a ten mniej więcej prawie na środku Polski, musiała pomyśleć, żeśmy nieźle zabłądzili:)

Szybko jednak wyjaśniliśmy, że nie o granicę państwową nam chodzi, jeno tą w Puszczy Kampinoskiej, gdzie szlaki turystyczne są, skansen i muzeum leśnictwa.
Okazało się, że to kilka kilometrów nazad w kierunku Warszawy. Niezwłocznie wsiedliśmy w naszą kość słoniową 125p i pomknęliśmy w kierunku kniei.
Rzuciliśmy jeszcze okiem na siedlisko Chopinów, obiecując sobie, że tu też zajrzymy, ale to dopiero, jak Młody trochę wyrośnie, bo po słynnej wycieczce po Zamku Królewskim w Warszawie, wstydziliśmy się go na razie zabierać do czegokolwiek, co bryłą i wystrojem przypominało "kościółek".
Młody odmawiał wejścia do takich przybytków rycząc w niebogłosy, że  "on nie chce do tego kościółka", a zmuszony przemieszczał się po lśniących parkietach zamiast na nogach to na czterech literach, albo kolanach, przyprawiając mnie o nerwicę i pąsy na twarzy, za tak "niewychowane" dziecko.


Lata mijały, szybko jakoś, zapomnieliśmy, że Żelazowa Wola na nas wciąż czeka.
Do wczoraj.
Bo Mnemo zaordynowała z rana, jest słońce, jest ciepło, nie na Mazury, to chociaż do Żelazowej Woli.
I pojechaliśmy:)
Dzionek był cudny, słoneczny, bezwietrzny, taki, w którym czuć, że wiosna czeka za rogatkami.
I wiosna czekała w pałacowym ogrodzie w postaci ciemiernika z wezbranymi pąkami kwiatowymi. Choć może ciemiernik nie jest typowym zwiastunem wiosny, bo potrafi zakwitnąć też w grudniu.
Liczy się jednak fakt, że znaleźliśmy roślinę, która jest zielona i szykuje się do kwitnięcia.



Wiosnę też było widać na drzewie tulipanowca ( tak podejrzewam) jego wezbrane, mechate pąki, pięknie prezentowały się w słońcu.

Tuż koło tego tulipanowca mijaliśmy rodzinkę.
Mamę z dwojgiem kilkuletnich dzieci.Taty nie zauważyłam.
Jedno z nich, mały chłopczyk, podnosząc z alejki zeszłoroczny owoc kasztanowca, zawołał
Mamo, mamo, mogę zasadzić w domu kasztana?
Nie- odparła zwięźle mama.

Gupia baba, pomyślałam sobie, a Wu nachyliwszy się do mnie mruknął "gupia baba".
Nie ma to, jak zgodność małżeńska:)



 Wędrując dalej natknęłam się na pięknego oczara pokrytego czerwonawym kwieciem. To też żaden zwiastu wiosny, bo upodobał sobie zimę na porę kwitnienia, ale sam fakt, zobaczenia kwiatów na krzewie przywodzi myśli o wiośnie.


Dworek w sobotę jest niezwiedzalny niestety i o tym trzeba pamiętać wybierając się na wycieczkę do Żelazowej Woli.



Za to po parku można krążyć do woli i to na dodatek za darmo, za wstęp nie pobierają opłaty.






Ten dzierzbowaty ptaszek wycinał iście wiosenne trele, co widać na zdjęciu. Nie darmo ma tak dziobek rozwarty.

Przy okazji widać, że kasztanowce też zaczynają puchnąć w pąkach i błyszczeć się od wzbierających soków.

Do Granicy też pojechaliśmy, ale o tym to kolejnym razem.
Podyskutujemy wtedy o antropopresji, czy jakoś tak:)




piątek, 13 lutego 2015

Dzwoni telefon

Dziś mam dla Was troszkę inną historię od tej TU, choć jest to historia z cyklu "dzwoni telefon"
Wczoraj odebrałam jeden z licznych telefonów służbowych.
W sumie miły, starszy pan (oświecił mnie, że jest emerytem i cały dzień siedzi w domu) dopytywał o pewną rzecz. Wszystko wyjaśniłam, choć musiałam ze dwa razy powtórzyć to samo. Pan podziękował, życzył miłego dnia w pracy, ale na sam koniec zapytał, czy może jeszcze o coś zapytać. No oczywiście...
A więc pani... tu wymienił moje imię.., czy pani wie, jak się rozmnażają jeże?
Ależ oczywiście... i podałam prawdziwą odpowiedź ( stary kawał z brodą , to wiedziałam)
Człek się trochę zasmucił, co poczułam w tonie głosu i zapytał smutno...a skąd pani to wie?
No, bo wie pan, ja się bardzo interesuję przyrodą...

Dziś dzwoni ten sam człowiek. Rozmowa nasza to klon wczorajszej.
Na sam koniec rozmowy przeprosił i zapytał, czy może mnie o coś zapytać.
No oczywiście...
A więc pani...tu wymienił moje imię..., czy pani wie, jak się rozmnażają jeże?
Mało nie parsknęłam w słuchawkę, ale nie chcąc człowieka zasmucać, jak wczoraj, gotowym rozwiązaniem, udałam, że się zastanawiam...jeże?...nie wiem proszę pana...:(((
A to ja pani powiem... i tu pada odpowiedź.
Ach, tak? (udaję zdziwienie)
Pan widocznie uradowany dziękuje, życzy miłego dnia w pracy.....


No to, jak dziewczyny?
Wiecie, jak się rozmnażają jeże?