czwartek, 2 czerwca 2016

Leśna biżuteria.

Na urlopie się snułam, po lesie też, bo las za płotem. Kulanko mówiło nie łaź daleko, no to nie lazłam.
Trafiłam akurat na porę, kiedy paprocie postanowiły się rozwinąć. To taka ulotna chwila. Na drugi dzień już były liście...
Kiedy tak je fotografowałam przyszło mi do głowy, że takie rozwijające się paprocie to świetne wzory na niebanalną biżuterię, gdybym tylko umiała ten pomysł wykorzystać...






























środa, 1 czerwca 2016

U mnie na gumnie.

Na urlopie byłam. Cały ubiegły tydzień. I dogorywałam sobie na tym urlopie. Chyba tak byłam zmęczona, że organizam sam na mnie wymusił lenistwo. Zrobiłam mało. Ot posadziłam jeszcze jakieś kwiaty, które zakupiłam w szale zakupów ogrodowych, zrobiłam kilka słoiczków syropu sosnowego, nasuszyłam kwiatów głogu, pokrzywy, perzu, w małych ilościach, bo perz trzeba wykopać, a mnie bolała każda kostecza, a szczególnie te, które siedzo w kolanach. Zrobiłam mazurskie pranie w starej czeskiej pralce, przeniosłam nasze stanowisko do spania w lepsze moim zdaniem miejsce i w zasadzie więcej nie pamiętam, co robiłam. No może trochę pochodziłam po najbliższej okolicy w ramach spacerów z Mopciem.
Zdjęcia z gumna mi nie wyszły, tak to jest, jak się robi zdjęcia bez okularów. Niby ostre, a po zgraniu większość do usunięcia.
Gumno pachnie, każda pora dnia pachnie inaczej, zapachy się ze sobą mieszają. Pachnie sosna, ale też pokrywa wszystko żółtym pyłem bo kwitnie, upojnie pachną głogi, skoszona trawa, czarne bzy. Uwielbiam te zapachy.








I uwielbiam, jak ptaki drą dzioby. Już przed 3 rano zaczynajo, wiem, bo nocki miewałam bezsenne, albo takie, że co godzina pobudka.
No to, jak nie mogłam spać, to wyłaziłam na gumno i słuchałam tych treli, ćwierków, stukań, kukań i pogwizdywań.
W budkach lęgowych popiskują młode, mam 4 nowe budki, wszystkie zajęte przez sikory. A w piątej, starej budce, odłożonej na stos kamieni, zagnieździła się pleszka. Nie przewidzieliśmy, że w takiej zdezelowanej budce, dziurawej z rozdziobanym przez dzięcioła wejściu, na dodatek położonej na wysokości pół metra, zagnieździ się ptak. Dziurek zapewne pożre pisklaki choć postawiłam kawał drucianej siatki przed budką.
Ten łobuz włazi wysoko na drzewa i zagląda do ptasich budek, musiałam go wodą z węża polewać bo cicianie i prośby nie przyniosły żadnych rezultatów.
Dziurek się odkuł, wydelikacił i gardzi karmą z puszki. Nie wiem, gdzie się stołuje, bo czasem przyjdzie, ale już u nas nie spedza całych dni.

Wu zrobił w zakątku ceglaną podłogę. Cegły, kupiliśmy z jakiejś rozbiórki, stare, poniemieckie, chyba ręcznie robione. Dorobił też plastrowi drzewa, który robi w zakątku za stół, nogi. Żeby je dorobić musiał leżeć na tych cegłach, bo kto dzwignie taki plaster i od tego leżenia się pochorował, tak, że przez 4 dni łaził z wysoką gorączką.





 Nie dawał za wygraną i jeszcze zrobił w sosonowym pniu domek dla owadów, a przed chorobą zbudował z grubych pni łuk trimfalny na wejściu do kolejnego zakątka, który powstanie, jak już urodzi się jakiś pomysł. Łuk, krzywy, jak cholera (taki miał być), pokryje kiedyś rdestowiec, na razie jest mały i go nie widać.




Zakwitły też pierwszy raz moje bzy.
Jeden przywieziony od siostry, drugi kupiony lata temu w sklepie ogrodniczym, trzeci miejscowy, taki zwykły, wykopany z drogi. Wszystkie na raz, choć są w różnym wieku. Widać, że dobrze im zrobiło wiosenne podlewanie.



No i tydzień przeleciał, wróciło się nazad i znowu się tęskni do zapachów i treli. W hucie tuż pod moimi oknami wyją młoty pneumatyczne, jakieś koparki rwą asfalt -naprawa jezdni. Jak otworzę okno to myśli własnych nie słyszę, jak mam zamknięte to duszę się z upału. Kulanka bolą sobie dalej i nie wiem zupełnie o co im chodzi. Ponoć mam  jeść magnez z potasem- jem więc, ale efekty nie nadchodzą.
Lustro mi podpowiada, że kulanka nie chcą tych kilogramów nosić...

poniedziałek, 30 maja 2016

Mopeczek bezzębny.

Trochę się wahałam, bojąc o narkozę, ale dziś decyzję podjęłam w kilka minut.
Mopkowi wypadły dwa dolne ząbki, kiedy zajrzałam w paszczulkę zobaczyłam, że kolejne też się kiwają. Głębiej nie zaglądałam, ale wyobraźnia mi podpowiedziała, że tam nie jest lepiej, a te chore zęby muszą mu dokuczać. Nie było, co prawda po nim tego widać, jadł normalnie i na Mazurach ganiał za kołeczkiem, ale te wypadnięte zęby nie dawały mi spokoju.
Mopek przy mnie dostał głupiego jasia i po 10 minutach zasnął przy moich nogach.
W takim stanie go zostawiłam wetce. Uspokoiła mnie, że jeśli to będą  tylko dolne ząbki (te małe) to jaś wystarczy, ale jak będzie trzeba rwać dalej to dostanie narkozę.


Po ponad godzinie poszliśmy odebrać bidusia, był już wybudzony, ale jeszcze na kroplówce i taki  mętny. Ogonkiem niemrawo już machał. Jeszcze kilkanaście minut czekaliśmy na spłynięcie kroplówki i podanie dodatkowych leków, antybiotyku i przeciwbólowego. To konieczność, bo nie skończyło się na kilku dolnych, malutkich ząbkach, poleciało 16 sztuk, niestety:(((  I tak długo miał dobre ząbki, yorki potrafią tracić zęby już w wieku 5 lat.
Teraz jeszcze 3 dni na antybiotyk, może jeszcze będzie konieczność podania środków przeciwbólowych. Na szczęście Wu jest w domu to bidusia dopilnuje.
Bidulek ładnie się wybudził i od weta przyszedł na własnych łapkach, ale spacer go nie interesował, siknął tylko raz, a w domu zaszył się w kocyki i teraz śpi.



Wiem, że wyrwanie tych chorych ząbków polepszy mu komfort życia, jeść będzie normalnie, choć mniejsze kąski, może mu tylko wypadać jęzorek, ale kiełki mu zostały to może nauczy się o nie jęzorek opierać.
No i pozbędziemy się smrodku paszczowego, bo niestety przy chorych zębach był to nieodłączny Mopkowy towarzysz. Mycie zębów, które uskuteczniałam mu czasem, albo płyn, którym mu je pryskałam pomagał na krótko.

Ufff, ulżyło mi, oby teraz ładnie mu się goiło i mógł już jeść bo do zabiegu głoduje od wczoraj.

A dzisiaj jest już apetyt, ładne dziąsła, różowe i dziury po wyrwaniu się elegancko goją.
Żałuję, że za długo zwlekałam z decyzją o wyrwaniu ząbków.
Mopek okupuje wszystkie poduszki, sam się tak usadowił. Miękko to znaczy wygodnie:)


czwartek, 19 maja 2016

I jeszcze jedna, bladym świtem focona.

Od jakiegoś czasu nie mogę spać. Budzę się co chwilę, a potem, nad ranem to już całkiem sen gdzieś ucieka. Robię kawę i powolutku szykuję się do huty.
Wykorzystałam ten ranny czas i sfociłam kapliczkę, którą ostatnio namalowałam.
A kwiatki to zakup do Kaczorówki- będzie niebiesko. Bo mnie wzięło na niebieskie kwiatki:)





Jeszcze tylko jutro i lecę, lecę, lecę:)))
Będę mogła pobyć częściej na blogu swoim i Waszych. Jak już solidnie odpocznę, bo przyznam, że jestem  teraz okrutnie zmęczona.

Buziole.

niedziela, 15 maja 2016

Powsinowy zawrót głowy.

Zawsze go  mam, kiedy w maju wybiorę się do Powsina. I zawsze wymawiam tam to zdanie" nie wracam, ja tu zamieszkam"
Jeśli ktoś był o tej porze w Powsinie to wie, o czym mówię. Żadne zdjęcia nie oddają tego, co oczy zobaczą, nie mówiąc o zapachu, który unosi się nad różanecznikami. Bo rododendrony w tym roku jeszcze nie kwitą. Nieśmiało tu i tam, jakiś różowy pokazuje płatki, ale szczyt kwitnienia będzie pewno za tydzień. Wtedy to już całkiem nie chce się opuszczać Ogrodu Botanicznego. Wyobraźcie sobie szpaler różaneczników w różnych kolorach wijący się kilkadziesiąt metrów (wysokość różna, najwyższy pewno 2-2,5 metra), a za nimi drugi wijący się szpaler rododendronów, o przecudnych kolorach, wysoki na 3-4 metry. I ten zapach. Szkoda tylko, że w czasie tej feerii barw i zapachów taki tłum ludzi...
Na fali zauroczenia powsińskimi rododendronami i ja zakupiłam kiedyś do Kaczorówki kilka, niestety, trzy w tym roku nie przeżyły zimy, trzy pozostałe wspólnie miały 1 kwiat. Też pewno kolejnej zimy nie przetrwają, trzeba dać sobie spokój, to krzew, który nie nadaje się na Mazury. Dlatego dziś zakupiłam odpowiednie do mojego ogrodu bylinki, floksa (połomyka) śliczną bylinkę okrywową, szałwię niebieską, dzwonek karpacki, i bylinkę - brunerę, zwaną niezapominajką kaukaską, śliczna, a dotąd jej nie znałam.
Ogólnie roślinki tam drogie, ale tym kilku nie mogłam się oprzeć

Zapraszam do oglądania, zapach sobie proszę wyobrazić...mnie pachniało wanilią,  Wu twierdził, że koniem...








Kilka uchwyconych z bliska, cudne formy, kolory i zapach. Najintensywniej pachniały te zółte.







Magnolie już przekwitły, ale jeszcze udało mi się spotkać kilka kwiatków w zacienionych zakamarkach.



Zrobiłam też zdjęcia piwoniom drzewiastym, kokornakowi i daturze, która rosła w szklarni, ale o tym w kolejnym poście. Teraz proszsz napawajcie się widokiem różaneczników...

Ja idę podjeść ciasta drożdżowego. Wczoraj upiekłam pierwszy raz  po przerwie...20 letniej? Jakoś pamiętałam, że to kupa zachodu, wyrabiania i rosnięcią, a efekt nie zawsze dobry. Znalazłam w necie rewelacyjnie prosty przepis, zero wysiłu, gwarancja powodzenia. To zrobiłam i faktycznie się udał. Placek jest z rabarbarem i kruszonką, mama taki piekła.
Was też zapraszam na kawkę z placusiem. Częstujcie się:)