Na urlopie byłam. Cały ubiegły tydzień. I dogorywałam sobie na tym urlopie. Chyba tak byłam zmęczona, że organizam sam na mnie wymusił lenistwo. Zrobiłam mało. Ot posadziłam jeszcze jakieś kwiaty, które zakupiłam w szale zakupów ogrodowych, zrobiłam kilka słoiczków syropu sosnowego, nasuszyłam kwiatów głogu, pokrzywy, perzu, w małych ilościach, bo perz trzeba wykopać, a mnie bolała każda kostecza, a szczególnie te, które siedzo w kolanach. Zrobiłam mazurskie pranie w starej czeskiej pralce, przeniosłam nasze stanowisko do spania w lepsze moim zdaniem miejsce i w zasadzie więcej nie pamiętam, co robiłam. No może trochę pochodziłam po najbliższej okolicy w ramach spacerów z Mopciem.
Zdjęcia z gumna mi nie wyszły, tak to jest, jak się robi zdjęcia bez okularów. Niby ostre, a po zgraniu większość do usunięcia.
Gumno pachnie, każda pora dnia pachnie inaczej, zapachy się ze sobą mieszają. Pachnie sosna, ale też pokrywa wszystko żółtym pyłem bo kwitnie, upojnie pachną głogi, skoszona trawa, czarne bzy. Uwielbiam te zapachy.
I uwielbiam, jak ptaki drą dzioby. Już przed 3 rano zaczynajo, wiem, bo nocki miewałam bezsenne, albo takie, że co godzina pobudka.
No to, jak nie mogłam spać, to wyłaziłam na gumno i słuchałam tych treli, ćwierków, stukań, kukań i pogwizdywań.
W budkach lęgowych popiskują młode, mam 4 nowe budki, wszystkie zajęte przez sikory. A w piątej, starej budce, odłożonej na stos kamieni, zagnieździła się pleszka. Nie przewidzieliśmy, że w takiej zdezelowanej budce, dziurawej z rozdziobanym przez dzięcioła wejściu, na dodatek położonej na wysokości pół metra, zagnieździ się ptak. Dziurek zapewne pożre pisklaki choć postawiłam kawał drucianej siatki przed budką.
Ten łobuz włazi wysoko na drzewa i zagląda do ptasich budek, musiałam go wodą z węża polewać bo cicianie i prośby nie przyniosły żadnych rezultatów.
Dziurek się odkuł, wydelikacił i gardzi karmą z puszki. Nie wiem, gdzie się stołuje, bo czasem przyjdzie, ale już u nas nie spedza całych dni.
Wu zrobił w zakątku ceglaną podłogę. Cegły, kupiliśmy z jakiejś rozbiórki, stare, poniemieckie, chyba ręcznie robione. Dorobił też plastrowi drzewa, który robi w zakątku za stół, nogi. Żeby je dorobić musiał leżeć na tych cegłach, bo kto dzwignie taki plaster i od tego leżenia się pochorował, tak, że przez 4 dni łaził z wysoką gorączką.
Nie dawał za wygraną i jeszcze zrobił w sosonowym pniu domek dla owadów, a przed chorobą zbudował z grubych pni łuk trimfalny na wejściu do kolejnego zakątka, który powstanie, jak już urodzi się jakiś pomysł. Łuk, krzywy, jak cholera (taki miał być), pokryje kiedyś rdestowiec, na razie jest mały i go nie widać.
Zakwitły też pierwszy raz moje bzy.
Jeden przywieziony od siostry, drugi kupiony lata temu w sklepie ogrodniczym, trzeci miejscowy, taki zwykły, wykopany z drogi. Wszystkie na raz, choć są w różnym wieku. Widać, że dobrze im zrobiło wiosenne podlewanie.
No i tydzień przeleciał, wróciło się nazad i znowu się tęskni do zapachów i treli. W hucie tuż pod moimi oknami wyją młoty pneumatyczne, jakieś koparki rwą asfalt -naprawa jezdni. Jak otworzę okno to myśli własnych nie słyszę, jak mam zamknięte to duszę się z upału. Kulanka bolą sobie dalej i nie wiem zupełnie o co im chodzi. Ponoć mam jeść magnez z potasem- jem więc, ale efekty nie nadchodzą.
Lustro mi podpowiada, że kulanka nie chcą tych kilogramów nosić...