wtorek, 11 czerwca 2013

Lenistwo i próbki aranżacji altany

Lenistwo mnie twórcze i ogólne ogarnęło i dekupek w najbliższym czasie, tudzież haftów wstążeczkowych pewno nie zobaczycie, bo wszystko to leży odłogiem, podobnie, jak ja, kiedy tylko mam wolną chwilkę. No chyba, że mnie nagle coś "kopnie" i pałera jakiegoś dostanę czy, co? Jest maleńka nadzieja na tego pałera, bo wydałam dziś pierdylion (wyrażenie, pożyczyłam od Kretowatej, bo super oddaje to, co mam na myśli) na wizytę u pana doktora, ten zaś przepisał jakiś preparat, za kolejny pierdylion i ponoć, jak se tak połykam trochę tej chemii zacznie mi pałer wracać. Pożyjemy, zobaczymy:))

Wszędzie na blogach teraz ogrody, piękne, bujne, zarośnięte. Pokażę i ja Wam, co takiego kwitnie w moim ogrodzie, a jest, co podziwiać, bo musicie wiedzieć, że gleba u mnie VI klasy, do tego jeszcze w lasie sosnowym.  To, co wyhodowałam to nie lada wyczyn i tak się zastanawiam ile lat jeszcze będę chodzić z centymetrem i mierzyć wzrosty, albo liczyć ilość kwiatków na krzakach. Ja chciałabym już ciąć, przecinać, prześwietlać, robić rozsady i szczepki, tak, jak to opisują inne szczęśliwe posiadaczki ogrodów.
Jedyne, co wdzięcznie rośnie bez zabiegów specjalnych to otrzmana drogą pocztową wiklina od Hany, która przyjęła się w 99,9 %  i już mi wystaje zza darniowego murka. Jak tak dalej pójdzie to jeszcze w tym roku poplotę sobie płotek z wikliny:))))

Na początek będzię łączka, bo części trawnika aż do lipca nie koszę, żeby miały, gdzie żyć owady.


Przyglądałam się ostatnio tej łączce i wiecie, co?
Od owadów aż się w niej roi, zdaje się, że cała łączka bzyczy, ćwierka, piszczy. Są tam tabuny fruwających żuczków, jakieś chude osy, czasem trzmiel się pojawi, ale.... nie widziałam żadnej pszczółki:(((
Podobno pszczoły giną masowo, dlatego warto sadzić i siać dużo miododajnych kwiatów, żeby miały się gdzie żywić.

Były za to motylki.





Zakwitło mi takie oto "coś", co jest krzaczkiem i ma w tym roku kwiaty ( 9 kiści), są podobne do lilaka, ale to nie lilak. Pachnie upojnie, szczególnie wieczorem. Nie wiem, jak się ów krzaczek zwie. Ystin, jak zajrzy pewnie mi podpowie:)))

 Orliki, rosną bym powiedziała "masowo", bo naliczyłam ich kilkadziąt, a to na moim ugorze wyczyn.




 Zakwitła pani krzewuszka, różowa i biała, też wyczyn, bo to pierwszy raz od posadzenia.



Taki śnieżny kwiatek w kępce ze szczypiorkowatymi liśćmi, wydaje mi się, że kiedyś znałam nawet jego nazwę. Ot ta skleroza......


 No i kwitną borówki amerykańskie, ale szału nie ma, mimo adekwatnych do ich zapotrzebowania podsypywań nawozem. Niewdzięcznice!!!!


Chaber ogrodowy????

 Żurawki, niby takie delikatne, ale strojne ze swoimi pionowo stojącymi kitkami całymi w różowych dzwoneczkach. Też mam ich sporo.





Daję słowo, że to, co poniżej to miał być pieris. Ale, czy to jest pieris? Kwitnie pierwszy raz, po  5 latach!!!


I trochę doniczkowych przy schodkach.


 I zaplątane w paprotkę orliki.


 Oraz pierwsza kwitnąca lawenda!!!


 Bratek chyba wysiał się z zeszłorocznych, bo w tym roku nie sadziłam.


 I portulaka, jest bardzo dekoracyjna, ale nie wiem, czy się u mnie zadomowi. To tegoroczny eksperyment.


A pan rododendron, po wielokrotnym zasilaniu w tym roku oszalał i ma.....słownie JEDEN kwiatek. Taki kogut no!!!


Kończy się powolutku altana, a ja robię przymiarki do jej wystroju. Wu mnie przegania, bo mu zawadzam z tymi "ustrojstwami", a ja na ciesiółce się nie znam i bardziej bawi mnie ustawianie różnych klamotów znalezionych, albo wyszperanych na starociach. Okno wycyganiłam w składzie budowlanym:)


Bywajcie moje drogie do następnego razu.  Idę łyknać proszki na pałera, a w oczekiwaniu na efekty pobuszuję sobie na Waszych blogach:)))


poniedziałek, 10 czerwca 2013

Końska starość

Wiecie, te końskie staruszki, które zawitały za mój płot powodują, że czasem w gardle mi taka klucha staje i oczy robią się mokre. One już poznają mnie po głosie i wystarczy, że je zawołam a już podchodzą do płota wyciagając pyski po marchewki i jabłka. Okazuje się, że szczotkowanie też im się podoba. Mam taką wielką szczotkę do szorowania rąk po robotach ziemnych i ja je tą szczotką miziam, a one oczy przymykają i stoją takie zadowolone. Jeszcze się boję wejść za ogrodzenie, ale następnym razem to już wlezę. Teraz odważyłam się poprzytulać do tych wielkich końskich łbów zza ogrodzenia.
Martwię się, bo siadają na nich całe roje wszelakiego, latającego paskudztwa i tną je niemiłosiernie. Ciągle machają ogonami, trzęsą głowami i podrygują. Musi im ten bezustanny rój nieźle dokuczać. Tyle mogę zrobić, że jak podejdą do płota to pooganiam tam gdzie dosięgam. Mają też swoją własną metodę, stają obok siebie na odwrót i wzajemnie się omiatają ogonami.





Biały, "Dziadek", pozwolił sobie nawet zajrzeć w zęby. Oj stareńki on, stareńki, po zębach widać.


To właśnie dziadek spowodował, że miałam oczy mokre....
Patrzę ja sobie z tarasu, jak się pasą i nagle, "Dziadek" bęc na trawę..... O matko, jak się wystraszyłam, lecę to tego płota, patrzę, a on siedzi/leży na boku z takimi przymkniętymi oczami....


 Nie znam, za bardzo zwyczajów końskich, więc myślałam, że mu coś się stało, a on tak siedzi i głowa mu coraz niżej, coraz niżej opada.......

 

A potem bach, zległ na bok, o matko, teraz to się już wystraszyłam  porządnie, zdycha, czy co? Co robić?



A on nagle........trach nogi w górę i zaczął się tarzać......



Nie wiem,czy w ten sposób sobie odpoczywał, czy pozbywał się tych wszystkich insektów, czy zwyczajnie miał ochotę pomachać sobie kopytkami, ale oczy zrobiły mi się mokre. Był rozczulający.........

A potem nagle wstał na równe nogi i zaczął się paść.
Wiem, że te konie nie zostaną na zawsze za moim płotem i ja po lecie nie będę tam jeździć, ale wiecie, co? Bardzo polubiłam te stare koninki.
Jeśli kiedyś traficie na apele o grosik na wykup koni z transportu do rzeźni lub z jakiejś katowni nie żałujcie, zobaczcie one mogą dożyć swojej starości w taki sposób i nie muszą być przerobione na kiełbasy.

Pozdrawiam wszystkich wieczornie i parno.


wtorek, 4 czerwca 2013

Dzień dziecka na wsi sielskiej

Jak spędzałyście Dzień Dziecka? Bo ja na małej imprezce sąsiedzkiej i wiecie, co? Zachciało mi się być dzieckiem, choćby dla tego taplania się w błocie. Za "moich" czasów Dnia Dziecka się chyba nie obchodziło, ja nic takiego nie pamiętam, żadnych prezentów, żadnych atrakcji. Nawet nie wiem, czy w szkole coś organizowano.
Choć mieszkałam na wsi i zdarzało mi bawić w błocie, te zabawy nie były akceptowane przez mamę, a już nigdy nie byłam do nich namawiana. Czyste sukienki i buty były ważniejsze. Mojemu dziecku też nie robiłam specjalnego błotka do taplania, jakoś wtedy nie wpadłam na taki pomysł,  ale za to chlapanie w butkach gumowych po kałużach sobie urządzaliśmy.
Za to dzieci moich mazurskich sąsiadów mają pod tym względem lepiej, wolno im się taplać do woli w błocie, jeśli pogoda na to pozwala, ba to błotko specjalnie jest dla nich zrobione.




Sama przyjemność patrzeć jaką mają radochę.
Jak błotko się znudziło, i pokrywa błotna została zmyta, dzieci zabrały się za puszczanie baniek.....



 A Mnemo w tym czasie przypominała sobie, jak to się "piastuje" takiego kilkutygodniowego bobaska.


Czy Wasze pociechy też lubią błotko?

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Nowi sąsiedzi, koń u bram......

Przylatuję ja do Kaczorówki w środę wieczorem, wygramalam się z Madzi po 3 godzinach jazdy i co widzę??? U płota mojego rachitycznego stoją dwie koninki. Boszsz,czasami jestem taka dziecinna w wyrażaniu radości, więc rzuciałam się do tego płota z piskiem  i dawaj wyciagać łapki w stronę końskich łbów, przy okazji zadając koniom mnóstwo pytań ( ale nie doczekałam się odpowiedzi), a skąd wy tu? A jak macie na imię? A ty jesteś koń, czy koninka? A, co ty jesteś biały taki chudziutki? A co wy  jecie oprócz trawy? Marchewki lubicie? Jabłuszka? Suchy chlebek?
Moją ciekawość zaspokoił sąsiad, u którego to stacjonują chwilowo oba koniki, bo wyłonił się zza węgła, żeby nas przywitać. Wszystko mi opowiedział, że koniki nie jego, że z fundacji, to takie są staruszki na dożywociu, miały szczęcie uniknęły rzeźni. Chude, bo już wiekowe staruszki, tak, jak ludzie czasem starzy tacy wysuszeni, a tu u niego to wyjadają z dość sporej działki trawę, ot zamiast kosiarki, no i nie mają konkurencji, bo w fundacji ich więcej takich bidoków. Lubią marchewkę i jabłuszko i stary chlebek. Zaraz dnia następnego Mnemo popędziła do gminy po marchew i jabłuszka ( szlag, jaka ta marchewka droga na przednówku, ale trza konikom ciut dogodzić). Kilka razy dziennie koniki podchodzą do płota i patrzą, więc wybiegam z pokrojoną marchewką i jabłkiem i karmię. Wu się śmieje, że rano wstając zobaczymy konie u płota z transparentem " My chcemy marchewki"




Moje psisko oszalało, chce do koni, piszczy, próbuje je lizać po pyskach, a one jego po mordce, wtyka łeb za siatkę i.......wyżera marchewkę, która spadnie konikom z pyska........





Czasem ładnie mi zapozują, ta brązowa jest dziewczynką.......


A ten biały facetem........., podejrzałam, kiedy robił siusiu.....




A tak je widzę z tarasu


A takie widoki są z tarasu w pełnym słońcu



A takie, kiedy unosi się mgła.....



Wraz z konikami pojawiły się w Kaczorówce ( choć może to zbieg okoliczności) jakieś pasukdne gryzące stwory, które tak mi pocięły łydki, że mam teraz strup na strupie, bo nocą zamiast spać, orałam pazurami owe ugryzienia do krwi. No nie dało się inaczej. Do tej pory żarły tylko komary.
Koniki jakiś czas jeszcze pobędą w sąsiedztwie, więc już organizuję jakieś końskie smakołyki. Kto zna końskie upodobania niech daje znać, bo nie wiem, czy oprócz tej marchewki, jabłek , suchego chleba i owsa mogę jeszcze im coś bezpiecznie przez płot podsunąć.......