niedziela, 6 września 2015

Trochę fauny

Flora była ostatnio, to teraz fauna.
Dziś takich widoków pewno nie ma. Zrobiło się szaro i buro. Nie pojechałam do Kaczorówki. Zdjęcia wyciągnłęm z archiwum, zrobione tego lata.
Zajęłam się sobą. Musiałam, żeby ludzi i siebie w lustrze nie straszyć.
Najpierw poratowałam owłosienie-odrost do ucha nie wygląda zbyt elegancko, choć u mnie tak bardzo go nie widać.
Potem doprowadzanie do kultury odnóży, dolnych, następnie górnych. Nie do wiary, zajęło mi to 4 godziny.
A potem pranie łaszków i szykowanie zestawów na cały tydzień. W końcu nie muszę się wbijać w białą koszulę i to dzień w dzień.
Szkoda, że weekend już minął. Nie było czasu odpocząć. To ratowanie urody jest czasochłonne.
To popatrzcie sobie na faunowe zdjęcia, a ja idę nałożyć maseczkę na pyszczysko.
Jutro zaczynam kolejny dzień w nowej-starej hucie.
Na razie jestem troszkę oszołomiona, ale myślę, że to minie. W końcu dopiero 3 dni mam za sobą.















poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Zapomniałam już...

jak fajnie pobawić się fotografią.
Kiedyś bardziej przykładałam się do zdjęć, potrafiłam łazić godzinami i szukać obiektów, albo wprost odwrotnie nie szukałam, a one same wpadały w oko.
A potem oko jedno i drugie zepsuło się i jakoś tak wnerwia to cykanie w okularach. Zawadzają. Przez obiektyw widzę, że zdjęcie chyba fajne, a na kompie...tragedia i fe. Zniechęciłam się do zdjęć artystycznych.
Do okularów zaś nie mogę się przekonać, mimo, że bez nich ślepokura ze mnie okrutna.
Wu, widząc moją ekwilibrystykę podczas robienia fotek tudzież zmartwiony rodzajem słownika, który z ust pąkowia (jak mawia Hana) mi płynie, delikatnie mi ostatnio rzekł, " co ty się tak męczysz w tych okluarach? Nie możesz sobie ustawić obiektywu do wady wzroku?"
Tak? Mogę??
Ot, ja głupia blondynka!
Bo mogę, jest taka funkcja w aparacie, czego skutkiem są poniższe zdjęcia.
I co teraz lepiej wyszło?














Dla ambitnych zagadka.

Jakich kwiatów to nasiona?

P.S.
A ten efekt zamazanego tła, nazywa się głębia ostrości.
Ładnie prawda?

niedziela, 30 sierpnia 2015

Greckie żarcie


Dzisiaj lajcikowo -zdjęciowo, bo... siły nie mam.
Tak to jest, jak się z Mazur po ciemaku wraca, a tu trzeba się odgruzować i naszykować.
Tak się szykowałam, że pomalowane pazureiry obdarłam i jest gorzej niż było. Uff trza było maszynerię do hybrydy wyjąć. W upale zwykły lakier nie chce schnąć. Już się człowiekowi wydaje, że suchy,  delikatnie bierzesz coś w łapkę i ciach zdarty lakier, albo pomarszczony.
A na Mazurach ( kiedyś tam) podpatrywałam Mopecka, jak nurkował do wora na śmieci. Potem się okazało, czego szukał.
Zachciało mu się greckiego żarcia:)
No i po co ja mu takie drogie puchy kupuję, jak on po workach ze śmieciami i tak grasuje?
A potem oprawia te swoje tańce próbując dobrać się do "smakołyku"












A po jedzedniu trzeba pospać.
Zgadnijcie, gdzie ma piesek najwygodniej?


Zawsze tak robi, w domu na kanapie też.
Wygodny no nie?

niedziela, 23 sierpnia 2015

Stwórca i jego dzieło

O szafie wspominałam?
Nie?
A to dziwne, bo po szafce (klik) na tarasie, Wu  nabrał ochoty na zmajstrowanie szafy i zdaje się, że nawet narzekałam, że znowu chłop utknie mi przy deskach na wiele godzin. 
Utknął, a jakże na wiele godzin i kilka weekendów, bo taka szafa niby prosta, ale czasochłonna. Szczególnie to postarzanie desek, a czasem i kapryśna pogoda, przez którą następowało wstrzymywanie prac, bowiem nasz warsztat stolarski znajduje się pod sosnami.
Dzisiaj w końcu nastąpił upragniony moment zamknięcia szafy drzwiami, które skryły paskudny kąt z całym badziewiem ubraniowym i bucianym. Do całkowitego końca jeszcze troszkę zostało, czyli: trzeba jeszcze zrobić półki, wieszaki na kurtki i półkę na buty. Pewno pojawią się jeszcze jakieś ozdóbki.
Szafa jest pojemna. W przeliczeniu na dziecka to z pięcioro się zmieści, co nie jest bez znaczenia.
Jak zaczynają rozrabiać to czasami się zastanawiam, gdzie je w czortu pozamykać;)

Ostatecznie zmieści się tam ze dwóch kochanków, a jak na sztywno to trzech w miarę szczupłych.
Trzeba być przygotowaną na różne okoliczności:) Mazury to Mazury. Różne tu się dziwy dzieją:)
Ta szafa ma potencjał, mówię Wam.

Stwórca i jego dzieło.


Mam też swój udział w budowie szafy.
Po pierwsze to kształt, to ja uznałam, że narożna będzie lepsza ( i jest). Po drugie doradzałam z kolorem, po trzecie zawyrokowałam o kształcie uchwytów, a po czwarte wymyśliłam, że mają być z jałowca. U nas w lesie mnóstwo jest wyschniętych jałowców i pozyskać dwa patyki to nie problem. Jak się okazało to nadają się świetnie na uchwyty, mają bardzo oryginalną fakturę, no i pięknie pachną.


Technologia wykonania szafy była prosta.
Zakup najgorszych desek ( bo najtańsze) z sinicą (bo to dodatkowy efekt) przycięcie do wymaganych wymiarów, postarzanie ( najupierdliwszy etap, bo czasochłonny), olejwanie, montowanie.
Teraz nas czeka już najfajniejszy etap.
Ozdabianie.
Tylko nie wiem, czy to będzie w tym czy w przyszłym roku.

Bo naszykowałam Wu kolejną robotę.
Czterech chłopa go wkładało do Madzi. A kupiłam to w drodze do sklepu...


środa, 19 sierpnia 2015

Tylko w Kaczorówce przy robocie można się też bawić

Wakacje tego roku spędziłam w Kaczorówce, żadne tam Włochy czy Hiszpania. Byłam widziałam, na razie dość. Kaczorówki mi się chciało na dłużej. Takiego zwykłego tuptania i dziubania, jak to wokół domu. W mieście cały czas jestem w biegu i na tuptanie domowe ani czasu, ani siły w zasadzie nie mam.
No więc tuptalam tak sobie w tej Kaczorówce, aż nabrudziłam tyle ciuchów, że szok. Trzeba było prać. Ale w ręku tyle szmat? Nie da rady. W ręku można majtki wyprać. 
Zorganizowałam sobie prawdziwe, wiejskie pranie. Taki powrót do lat dawnych, kiedy to pranie trwało kilka godzin i człowiek sobie jakoś z tym radził. Dziś trudno sobie to wyobrazić, żeby stać przy pralce wirnikowej, płukać pranie w balii, a potem wieszać na linkach w ogrodzie. Wrzucamy do automatu i kawę pijemy.
Wyniuchałam zabytkową, czechosłowacką pralkę Romo, która na dodatek pogrzewa wodę. Stała sobie u Wieśniaka, całkiem zbyteczna.
Wywlokłam majdan na trawkę, a potem już poszłooooo. Prałam, co w rękę wlazło, ciuchy, pościel, narzuty i co tam jeszcze znalazłam zdatnego. Tak mi się spodobało, że zawiesiłam praniem kilka linek, tak coś 1/4 lasu:) A pranie, łacznie z zabawą trwało kilka godzin. Zupełnie niewykonalne w mieście.
Mopkowi też się podobało, wygodnie było w ciuszkach rozłożonych na trawie, bo pańcia blisko w zasięgu wzroku.



A potem z prania zrobiła się zabawa, bo Wu uznał, że można sobie zrobić na tym wiszącym praniu teatr cieni. A w zsadzie mojego cienia. I kazał mi stać za prześcieradełkami, narzutami i robić rożne dziwne pozy. 
No to stałam i robiłam. Jeszcze zniosę takie fotki, gdzie paszczy i nadmiaru kilogramów aż tak nie widać.
A, co z tego wyszło można zobaczyć niżej.









Ot i tak to wyszło.
Przy robocie też można się dobrze bawić:)
I nie trzeba wozić worów prania do miasta.