czwartek, 3 grudnia 2015

Znaleziono kota -szuka właściciela lub nowego domku

Do mojej młodszej koleżanki przybłakał się kot. Pewno by u niej został, ale właśnie kończy pobyt na działce i wraca do Warszawy. Ma dwa psy i nie może zabrać kota do mieszkania w Warszawie ( czasem tak bywa). Z tego, co pisze na FB, kot jest mizialny, mruczalny, kontaktowy, lubi psy i dużo jeść. Nie wygląda na chorego, ani dzikiego, chyba się komuś zgubił. Koleżanka pytała w pobliżu i szukała ogłoszeń, ale nic z tego.
Nie jest kastrowany -to sprawdziła.

Faktycznie dobrze temu kotu z pyszczka patrzy. Wstawiam kota u siebie, może ktoś reflektuje na tego milaska?

Już nieaktualne, kotek znalazł nowy dom:)

A tu treść ogłoszenia:

"Znaleziono/ przybłąkał się rudy kot w okolicach Złotokłos, Szczaki, Mroków. Kocur jest dorosły, zadbany, niekastrowany, pieszczoch prawdopodobnie mieszkał z psami bo ładnie czyta z mojego psa który ma ochotę go zjeść. Niestety niedługo wracam do Warszawy, a tam mam drugiego psa, który jeszcze bardziej nie lubi kotów. Przybłąkał się w nocy 1.12.2015 na terenie ROD Elektron. Kot jest zadbany, czysty, grubasek. Szukam przede wszystkim dotychczasowego właściciela ewentualnie koła ratunkowego w postaci nowego domu, bo kot sam nie może zostać. Tym bardziej, że kiedyś zima jednak przyjdzie. tel 608 14 12 09"




niedziela, 29 listopada 2015

PESEL mnie dręczy, głód zmian.

Nie mam o czym pisać, a może inaczej, mam, ale wszystko to takie jakieś błahe, nudne, zwyczajne.
Ostanio mam tzw. bezsenne noce. Niby śpię, ale nagle budzę się i myślę. Myślę o tym, że życie mi ucieka, że ten bezlitosny PESEL coraz gorzej wygląda, a ja NIC nie robię. Śmieszne to NIC, bo cały dzień umyka, jak chwila, a ja, jak ta kobyła po ciężkim dniu zapadam wieczorami w fotel i tkwię tam w bezrozumnym odrętwieniu.
To NIC, to jest takie NIC dla siebie. A może, gdybym się wzięła za to, co lubię robić życie nie byłoby takie schemtyczne i nudne?
I co to ja takiego potrafię robić?
Pustka w mojej głowie powolutku i nieśmiało zaczyna się wypełnieć rzeczami, które jakoś tam potrafię zrobić i które dawały mi mnóstwo frajdy.
Wszystkiego nauczyłam się sama, samiusieńka...
Potrafię:
*upiec chleb
* i smaczne ciasto marchewkowe
*zrobić miód z mniszka
*syrop z sosny
*nalewki wszelakie
* zrobić dekupki KLIK
*biżuterię przecież też robiałam
*trochę szyć na maszynie, takie na przykład serduszko, albo lalkę tildę -uszyję przecież, poduszcze też dam radę, a jak to potrafię to, czy innych rzeczy nie dałabym rady? KLIK
* mam na koncie kilka Mnemoludów - lubię je robić KLIK
*był też epizd z kapliczkami KLIK
*wspólnie z WU szukamy pomysłu na dziwaczne mebelki KLIK
*próbowałam też masy solnej-coś tam wychodziło mi aniołkowo
*haftowałam, od razu zabrałam się do trudnej sprawy- haftu wstążeczkowego- z braku czasu zarzuciłam
*zrobię sobie manicure i pedicure hybrydowy, innym też bym dała radę
*nawet pastelowałam troszkę, KLIK  nie mając zielonego pojęcia o rysowaniu, coś mi tam zaczęło wychodzić. Na przykład takie cytryny- podarowałam komuś obrazek-myślał, że to zdjęcie.
Wszystko zaczynałam i rzucałam z braku czasu.
I tak roję sobie w głowie leżąc w ciemnościach. Co można z tym wszystkim zrobić? Jak to wykorzystać? Jak rozwinąć?
Nie jestem sama, mam obok siebie człowieka, który jak tylko chce to potrafi, ot siada, robi gryzdu, gryzdu i proszę...wychodzą takie rzeczy.





Ach gdyby się tak zająć tylko tym, co człowiek lubi i gdyby można było z tego żyć...


sobota, 21 listopada 2015

Francuski dekupek...

powiedział Wu spojrzawszy na moje najnowsze dekupkowe dzieło. Francuski? A to dlaczego - zapytałam zdziwiona. No bo jakoś mi ta krowa w sielskim otoczeniu się skojarzyła, odpowiada małżonek. Gdyby tak pole lawendowe, albo deska z serami to rozumiem, ale krowa?

Dla mnie to nie jest francuski widoczek, to taki słodki widoczek dla wsiolubnych, tęskniących za sielskością, latem, świeżym mleczkiem i gęganiem gęsi.

No właśnie, o te gęsi mi tu najbardziej chodziło, bo  ów przedmiot, który stał się dekupkiem, to sekretarzyk.  I tak przez skojarzenie, gęsi -pióro do pisania, chciałam nawiązać do tego sekretarzyka.Takiego  dekupka jeszcze nie robiłam. W sekretarzyku trzyma się długopisy, kredki, koperty, papier listowy. Jak się nie ma sekretarzyka to wszystko wala się po kątach, szufladach i oczywiście zawsze, kiedy jest potrzebne to znaleźć trudno. Sekretarzyk to wszystko porządkuje i organizuje. 

To dobry czas na przygotowanie stanowiska do pisania, zaraz zaczniemy pisać życzenia świąteczne. A dzieci będą pisać listy do Świętego Mikołaja! 

Nie przywiązuję się do dekupka -sekretarzyka, bo będą jeszcze kolejne. W razie, co jest do wzięcia. może komuś przyda się na prezent gwiazdkowy?
Jest wystarczająco duży, żeby pomieścić przybory do pisania, zapas kartek. Ma wymiary: 30x25x7,5

Na klapce zewnętrznej jest wspominia wyżej krowa plus stadko gęsi. Wnętrze też ozdobiłam.


Żeby skojarzenie z piórem do pisania było silniejsze, dałam tym razem całe stado... kaczek (konotacje osobiste, no i nie znalazałam stada gęsi). Nie wiem, czy piórem z kaczki da się pisać, ale piór z nich dostatek.


Wszystko oczywiście poprawnie spękałam, efekt spękanego szkła wyszedł idealnie. Drewno zabejcowałam, wycieniowałam, a potem pieczołowicie zawoskowałam. Sekretarzyk, jak zwykle pięknie pachnie. Papier listowy w nim przechowywany powinien przejąć ten zapach dzikiej akacji. To mój ulubiony zapach do drewna. 


Nie siliłam się na zrobienie za to idealnych zdjęć, bo warunków nie było. Buro, szaro za oknem, listopad to nie czas na zdjęcia we wnętrzach.
Aranżacji dokonałam więc w scenerii przedpokoju, zwanego też Czerwonym Październikiem.
Tak się zainspirowałam tym listem do Świętego Mikołaja, że postanowiłam i ja w tym roku zaryzkować i poprosić Mikołaja o prezent. Napisałam, więc tak. Kochany Mikołaju przynieś mi pod choinkę...kurs witrażu, tylko o tyle Cię proszę.
I wiecie, co? Ten Mikołaj jest bardzo szybki, nie czekał do świąt nawet:)
Zrobił szast, prast i już mam ten kursik zabukowany:)





W związku z powyższym jest wielka nadzieja, że przestanę Was męczyć dekupkami, a zacznę witrażami:)

Cieszycie się?

niedziela, 15 listopada 2015

Mały, nieśmiały dekupek.

Taki mały, nieśmiały, popełniany na raty. Zastanawiałam się kiedyś, czy jeszcze do dekupek wrócę. Na dość długi czas je zostawiłam gdzieś w kącie, nawet na nie nie patrzyłam, ale zostało mi sporo materiału i kiedy zachciało mi się "tfurczego" działania padło na dekupki. Wolałabym Mnemoludy, ale nie da rady w mieszkaniu obrabiać starych dech. To chyba jesień i ten bury listopad tak na mnie działa. Ile wszak można siedzieć w fotelu i zastanawiać się, co będzie, jak będzie? Trochę tych zmartwień się na grzbiecie jednak nosi i nie chcą się tak te problemy rozwiązywac od ręki. Nie bez znaczenia jest też wolny czas. Ostatnio miałam go kilka dni, takie resztki urlopowe. Żeby dobrze ten czas wykorzystać, wymyłam dwa okna, wysprzątałam kilka kątów (większość i tak została), wyprałam, co się dało. Ba, upiekłam ciasto marchewkowe z polewą z serka topionego ( tak, tak topionego), a chlebek na kaloryferze rosnący, lada moment pojedzie do pieca. Porządki to już chyba świąteczne będą, przed świętami i tak nie będę miała czasu. Matko, jak jak dawno ciasta i chleba nie piekłam!!!
To ten mały, nieśmiały dekupek Wam pokażę, a inny dekupek jeszcze na warsztacie. Takiego jeszcze nie robiłam. Skrzyneczki, chusteczniki, szafki na klucze, tace, to już wszystko było, ale sekretarzyka jeszcze nie!!
Wydaje mi się, że to będzie fajny temat na prezent. Wszak mamy poupychane jakieś akcesoria piśmiennicze po kątach, a mając sekretarzyk można mieć to wszystko w jednym miejscu. Długopisy, ołówki, mazaki, koperty, to wszystko się tam zmieści!. A inny jeszcze sekretarzyk, jak go zrobię, będzie nawet podstawką pod laptopa, taki jest big!!!

Zdjęcia dekupka marne, jakie mogą być robione chwilę temu, po ćmoku?






Kilka technik w dekupkach próbowałam, ale nie wszystkie mi odpowiadały. Koniec, końców, odrzuciłam wszystkie te, których nie lubię i pozostałam przy:
*bejcy, zamiast akrylu
*wosku, zamiast lakieru
*spękaniach, jak na starym obrazie, zamiast gładkiej powierzchni. Ten rodziaj spękań lubię. Nie wcieram w nie porporiny, ale czasem postarzam, tak, jak i brzegi drewienek.
Lubię też dodać do dekupek koronki, bawełnianej, ecru najchętniej.
Spękania wyszły bardzo ładne. To cracle dwuskładnikowy. Na ogólnym zdjęciu ich nie widać, to daję na zbliżeniu.


Używam też olekjów, które łaczę z woskiem, dzięki temu wszystkie wytworki ładnie pachną, ale to sobie trzeba wyobrazić, np. taką dziką akację, albo angielski ogród...
Dobrze mi, jak tak coś tfurczego porobię, zupełnie, jakbym z sesji psychoterapetycznej wróciła.

Buziaki wszystkim przesyłam wieczorne.

niedziela, 8 listopada 2015

Takie to było...

mikre, marne, zabiedzone, choć od początku harde i zadziorne.
Dziurek, bo o nim mowa, przez rok z małego koteczka wyrósł na wielkiego kocura. Od czerwca do października, żył z nami lub sąsiadami. Swojego domu prawie nie odwiedział, Niczego mu u nas nie brakowało, tym bardziej u sąsiadów. Wyjadał łososie i inne łakocie, nie żałowali mu, u nich stół zawsze bogato zastawiony rarytasami. Wolał kiełbasy i mięsko z grilla niż karmę z puszki. Im bliżej jesieni tym kocisko większej masy nabierało. Jadł za trzy koty. Nie mogłam uwierzyć, rankiem, kiedy się pojawiał po nocy, zjadał dwie kocie puszki ( u mnie był karmiony puchami, grila u nas mało) i potem w ciągu dnia jeszcze skwierczał, że chce jeść, wyjadał Mopkowi, albo szedł za płot i tam jeszcze jadł. Wcześniej w swoim domu, przeganiany przez kota rezydenta, u nas lub u sąsiadów czuł się na włościach i to on jego przeganiał. Do pewnego momentu. Jakiś czas temu, jakoś pod koniec września, zaczęli razem, zgodnie jeść z jednej miski. Pogodzili się?

U nas i sąsiadów nabrał masy, dorósł i na zimę wrócił do swego domu. Nie zginie, to zbój nad zbóje, co widać po jego zbójeckiej mordzie. Widziałam, jak z pełnym brzuchem polował jeszcze na sikorki.

Takim kotkiem był Dziurek w zeszłym roku na jesieni.




A to Dziurek rok później, tłusty, spasiony kocur. Zdrowy i mocny,





Nie wiem ile waży, ale jak brałam na ręce Mopka i Dziurka to on był cięższy. Mopek waży około 7 kilo.

Z Dziurkiem zobaczymy się za jakieś 5 miesięcy, ale wieści mieć będziemy, co u niego.

Mazury już całkiem jesienne, bardzo ciche i spokojne. Inne niż latem. Będziemy tęsknić, ale to tylko 5 miesięcy, wytrzymamy.


A tymczasem grzejemy doopki w domku, późna jesień też jest fajna. Zwalnia człowieka z obowiązku bycia w ciągłym ruchu, za oknem wicher wieje, a ty siedzisz pijesz herbatkę z sokiem z bzu czarnego i się lenisz...