poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Cudne Podlasie. To jeszcze nie koniec.

O Podlasiu, że cudne pisałam. I napisałabym więcej, ale mam niemoc. Zupełną i totalną, bywam u Was i czytam, czasem coś napiszę, ale niemoc jest wielka, przeogromna i nie mam weny i siły na długie wywody.
Dlaczego ta niemoc? Ano nie wiem...bo może dlatego, że już po urlopie, a te resztki co zostały to mało bardzo...może dlatego, że już po żniwach, pola zaorane widziałam i jesień blisko...może dlatego, że mnie bolo kolańska i kostki i plecy...i tak bolo już długo i to męczące jest. Ale może przejdzie, kupiłam mocno śmierdzące mazidło, trzeba się smarować. Ale trzeba nie mieć sklerozy i zabrać smarowidło z Mazur, zapomniałam to nie smaruję, więc boli dalej.

No to rozpisywać się nie będę, ale pokażę troszkę tego pięknego Podlasia...

Białowieża: TU w necie napisano więcej




Mniam, mniam, ale detaliki...








Jakiś dziwny ten budynek...



A ten śliczny, podlaski...



Specjalnie dla Lidki.

W dawnej stacji kolejowej zrobiono restaurację Carską, na torach stoją zabytkowe lokomotywy, a w zabytkowych salonkach urządzono pokoje i można tam zanocować ( na tych torach) Warto jednak wcześniej zobaczyć cennik takiego noclegu...przez okno, na stolikach widziałam stojące samowary...







W Białowieży jest biała wieża, widok z dawnej stacji kolejowej.


No a teraz to, co Mnemo lubi...stare chałupy...
Sioło Budy -skansen...urocza chałupka, z uroczym wnętrzem, zdjęcia wnętrza cykałam przez szybę.








A w stodole...galeria.





 A w galerii różności...


Rzeżby ludowe, no mam słabość...



Toteż nabyłam i mam.

Chałupka od tyłu...


Na chałupce najstarszy (1836 r) w Polsce (prawdopodobnie) drewniany komin... Drewniany??? Ciekawe, jak to działało.






No i jeszcze w następnym poście napiszę o zielu, które nabyłam w  tej stodole i co z tego wyszło, choć może mnie trochę w butelkę nabili, ale to nic, bo pachnie pięknie i smakuje dobrze, choć nie wiem, czy legalne.

I jeszcze napiszę o spalonym kościele i granicy. To przybywajcie - zapraszam.

czwartek, 28 lipca 2016

Piękne Podlasie

Nigdy wcześniej tu nie byłam. Jakoś drogi mnie tu nie wiodły. W tym roku jednak zachęcona i zaproszona wybrałam się razem z WU i Mopkiem. Wizyta miała trwać jeden dzień, skończyło się na trzech, a w zasadzie to moglm zostać jeszcze dłużej, bo gospodarze puścić nie chcieli.

Mazury są piękne i ta ich specyficzna aura, która sobie nie ma równych, kazała mi zbudować tam swój kaczy grajdołek. Ale Podlasie...też jest piękne, też ma aurę i myślę, że tam też mogłabym mieć swój kaczy grajdołek.

Co mnie zauroczyło w Podlasiu? Ano piękne wioseczki, drewniane domy tonące w zieleni, podwórza z trawą, żadnych klinkierów, czy innych betonowych kostek. Szerokie widoki za oknem, na pola gryki lub połacie łąk, ale blisko lasu. Stodoły drewniane, komórki, komóreczki i ludzie ze swoją śpiewną mową, przywiązani do swojej ziemi, znający jej historię i szanujący tradycję.
Oni są "tutejsi", jak mówią.

Zobaczyłam kilka pobliskich miejscowości, byłam w Białowieży w Sioło Budzie, w Jałówce, obejrzaam kilka cerkwi, zaliczyłam wiskanie przez Straż Graniczną, jechałam wzdłuż granicy, odwiedzając piękne wioseczki, czasem droga szutrowa miała kilknaście kilometrów,  tam praktycznie na łąkach za wioską jest granica, widać słupy graniczne. Wioseczki...marzenie, można tam kręcić film umiejscowiony w XIX i nie robić żadnej scenografii. Wypadłam w Bobrownikach na drogę mijającą korek stojący do przejścia granicznego.
Szkoda, że tylko liznęłam tego Podlasia, ale wiem, że trzeba tu wrócić.







Ten domek, to obejście sobie upatrzyłam. Może będzie kiedyś do sprzedania, może podejmę jeszcze jakąś życiową decyzję...kto, to wie?








A jak ktoś potrzebuje do szczęścia wody, to nie ma problemów, kilka kilometrów i jest już zalew Siemianówka, a tam atrakcje wodne, rowerki, kajaczki żaglówki, wieża widokowa, pole namiotowe i kempingowe. I świetna baza wypadowa.


Przywiozłam też bukwicę, która nie jest bukwicą i aniołka wystruganego przez miejscowego rzeźbiarza ludowego. Tylko, że o tym następnym razem.

wtorek, 12 lipca 2016

Mnemotempadzida.

Ożesz jasna mać.
Popłynęłam dziś Krutynią. Aparat wzięłam, baterie naładowane, kanapki zapakowane, nastrój odpowiedni. Plenery cudne, zwierzyna pozowała, a ja tempadzida, ślepakura, tak pstrykałam fotki, że po ich zgraniu 95% było do kitu. Poruszone, zaciapane. Na co ja ten aparat ustawiłam? Jakaś funkcja mi się włączyła, która wymaga zupełnie innych warunków.
Trudno pokazuję, co się dało uratować i nie ma wyjścia trzeba płynąć jeszcze raz, ale to już po powrocie z Puszczy Białowieskiej.













Kto jeszcze nie płynął szlakiem Krutyni zachęcam, to tak cudne miejsce, że chce się tam wracać i wracać. Jeśli ktoś nie lubi pływać po jeziorze (po drodze jest Gant i Białe) nie musi, odcinki Babięckiej Strugi między jeziorami są wystarczające na wycieczkę około pół dnia z popasem. Leniwie, bez napinki. Wiosłowanie nie zmęczy, bo nurt jest leniwy. Wyśmienitym punktem wypadowym jest Stanica wodna w Babiętach, gdzie są domki i można coś zjeść. Albo kawałek dalej Czarci Młyn, gdzie można zjeść żurek z jajkiem, lody, albo napić się czegoś zimnego.

Płynę tam już któryś raz i za każdym razem jestem zauroczona tak samo. Cisza, spokój, ptaki i oczywiście trochę turystów z którymi się mijamy na szlaku, ale bez przesady, można pobyć samemu przez dłuższy czas.


P.S.

Zjadł kiełbaskę z żurku. Kot z Czarciego Młyna.