niedziela, 27 stycznia 2013

Dekupażowy przerywnik i wieczorny seans.

Między dociekaniem, co porabiają bociany o tej porze, wspominaniem dawnych dziejów, buszowaniem po Waszych blogach  i chorowaniem wykonałam troszkę dekupażowych pierdółek.


Zawieszka na drzwi, z jednej strony czarny kot, z drugiej motylki. W zależności od nastroju można sobie wieszać na klamce kota, albo motyle.
Kogucia karteczka. Dla miłośniczki kogutków oczywiście.


Komplet, pudełko na wino, które może być wykorzystane na przydasie. Miało być fioletowe i jest. Do kompletu chustecznik.
Pojemniczek niebieski, na nie wiem, co, ale do łazienki.
A tu komplet od środka.


I jeszcze raz pojemniczko-koszyczek z boku i w środku. Kropki, musiałam pomalować farbą, bo przyklejone z białej serwetki po wyschnięciu stały się niewidoczne.


Tyle zdążyłam napisać, kiedy Wu zaproponował wieczorny seans filmowy.
To była Róża Wojtka Smarzowskiego, którą mieliśmy obejrzeć w święta, ale jakoś do tego nie doszło. Słyszałam i czytałam recenzje, ale w kinie nie byłam. Zanim obejrzałam ten film myślałam, że jest to film o miłości i o sytuacji Mazurów po zakończeniu wojny. Wiedziałam, że są tam sceny okrutne i wydawało mi się, że wiem, jakiego rodzaju to będzie film.
Ale pomyliłam się. Ten film ma takie natężenie okrucieństwem i beznadzieją, że człowiek wstrzymuje oddech. Jest jak zamurowany Bycie zamurowanym to metafora, ale tutaj ma  ono miejsce dosłownie. Trudno mi było się otrząsnąć, gdy film się kończył.
Nie tak dawno słyszałam autentyczne opowieści żyjących jeszcze Mazurów o czasach wojny i powojennych. To opowieści osób, które wtedy były kilku, kilkunastoletnimi  dziećmi. I wiecie, co? Smarzowski, może i dobitnie, ale w swoim filmie pokazał , jak tam było naprawdę. Rabunki, gwałty, tolerowanie przez PRL-owską władzę poczynań szabrowników, sowieckich żołdaków i repatriantów, ucieczki i powroty, rozdzielanie rodzin, odbieranie gospodarstw. Wszystko to się tam naprawdę wydarzyło. Czas pokrywa niepamięcią te straszne dni, niewielu już pozostało tych, co byli naocznymi świadkami tych zdarzeń. W miejscowości,  gdzie jest Kaczorówka nie mieszka już ani jedna Mazurska rodzina........

W necie trafiłam na opis sytuacji po 1945 roku w miejscowości Faryny, można przeczytać, jak to wyglądało.


sobota, 26 stycznia 2013

Co się stało z bociankiem?

Bocianek szybko rósł, stawał na nóżki i machał skrzydełkami. Miska zaczynała się robić za ciasna. Ludzka mamka, którą była moja siostra, poinstruowana przez weterynarza, opiekowała się bociankiem, jak niemowlakiem. Często chciał jeść i jeszcze częściej fajdał w "pieluchy". Już sobie wszyscy wyobrażali, jak bocian, wykarmiony ludzką ręką, będzie biegał za ludźmi,wyżerał kurom jedzenie i spał z nimi w kurniku. Niczym w " Kajtkowych przygodach" Kownackiej.
Chciałam Wam opowiedzieć tylko tą milszą część historii o bocianku, bo niestety jego historia nie zakończyła się happy endem. Cudownie  uratowany  po upadku z wysokiego drzewa, nie pożarty przez koty, przez jakieś 2 tygodnie rozwijał się doskonale. Nagle, pewnego ranka nie obudził siostry klekotem, jak zwykle, podtykanych kąsków nie chciał jeść, słabł z godziny na godzinę. Dalej już wiecie, jak było.........
Tak widocznie miało być, że nigdy nie zobaczył gorącej Afryki. Szkoda prawda?

Żeby nie zakończyć tak całkiem na smutno, to wstawiam znaleziony w necie obrazek. Pewno tylko żaby nie żałowały, że tak się zakończyła historia małego bocianka.

fallenann:

Frogi, Adam Peringer.
Bo grunt to trzeźwo patrzeć na świat, niezależnie jak piękny by się nie wydawał.

P.S.
Nie zawsze się takie historie źle kończą. Kilkanaście lat wcześniej, nie ma z tego okresu zdjęć niestety, przyniesionego do domu, ślepego jeszcze kotka, znajdę, którego ktoś podrzucił na teren zakładu, gdzie pracowała moja druga siostra, wykarmiła suka ratlerka. Suczka miewała ciąże urojone,a  wtedy miała normalną laktację. W takim to czasie właśnie został znaleziony kotek. Suczka przygarnęła go jak swoje dziecko i wykarmiła. Szkoda, że nie było wtedy aparatów cyfrowych, dziś miałabym fantastyczne zdjęcia psa karmiącego kota i mogłabym startować w przesympatycznych konkursach w Klubie Kota Jasna 8 z nadzieją na wygraną:))
Wygrzebałam z archiwów stare zdjęciu suczki, oto bohaterka,miała na imię Lala.



piątek, 25 stycznia 2013

Historia małego bocianka

Na granicy dwóch posesji rośnie duży jesion. Ma kilkadziesiąt lat, gruby pień i rozłożystą koronę. Rośnie tak blisko domów, że zagraża ich bezpieczeństwu. To jedno z ostatnich dużych drzew we wsi, reszta już dawno wycięta. Przyszła nowa moda, wycięto drzewa, bo śmiecą jesienią, w ich miejsce posadzono tuje szmaragdowe i inne iglaki, albo i nic nie posadzono. Podobnie rozprawiono się z krzakami bzów i jaśminów, w których kiedyś tonęły domy. 
Graniczny jesion i drugi, jego brat zapewne, rosnący w głębi obejścia uniknęły smutnego losu innych drzew. Jednak, coś trzeba zrobić z tą olbrzymią koroną, co będzie, jak przyjdzie burza i przewróci kolosa? Wyciąć takie piękne drzewo? Nie, można przecież zmniejszyć koronę. Pewnego dnia przyjechała ekipa i sprawnie obcięła potężne konary. W samą porę, bo jakoś zaraz niedługo przyszła wczesna, potężna burza, która zrzuciła bocianie gniazdo z drzewa nad glinianką. Młode nie zdążyły się jeszcze wykluć. Bociany musiały szukać innego lokum, wybrały na nie słup elektryczny i nie było to dobre miejsce. Słup znajdował się na przeciwko właśnie, co ogolonego z gałęzi jesionu. Przyjechali panowie z zakładu energetycznego, założyli platformę na drzewie i przenieśli tam budowane na słupie przez bociany gniazdo. Bocianom spodobał się nowy dom, choć jest nieprzyzwoicie blisko ludzi. 
Szybciutko dokończyły budowy gniazda i złożyły jajka. W innych gniazdach już zaczynały wykluwać się młode. Pewnie dlatego też, niedługo po wykluciu swoich piskląt wyrzuciły jedno z młodych. Nie zdążyłyby wszystkich wykarmić i przyszykować się do odlotu w sierpniu. 
Cud, że mały przeżył upadek z wysokiego drzewa i, że nie pożarły go koty, nim znalazła go ludzka mamka. 
Bocianek otrzymał łóżeczko z plastikowej miski, wikt i opierunek. Z tym ostatnim było najwięcej roboty, bo mały sadził paskudnie cuchnące kupy, z częstotliwością wystrzału z karabinu maszynowego, choć starał się wystawiać kuperek za miskę. Łykał też podtykane kąski i klekotał na widok zbliżającej się ręki z jedzeniem. Zanim kleknął odginał łebek w tył, jak prawdziwy dorosły bocian. 
Miska z boćkiem stała w nocy przy łóżku ludzkiej mamki, bo skoro nastawał świt to mały zaczynał klekotać i dopominać się jedzenia. Chciała nie chciała musiała podać jedzonko. Po jedzonku mały słodko zasypiał śniąc zapewne o gorącej Afryce.


 Co dziś na obiad?
 To było za mało. Proszę więcej!
 Chusteczkę proszę, coś mi się do dziobka przyczepiło.
 Podrapiesz mnie po łebku?
 O jakieś kiełbaski?
 Teraz mi nie przeszkadzajcie, śpię przecież.
No widzisz piesku, będziesz miał skrzydlatego pzryjaciela.
 Co mi tu podtykasz?
 Oczy mi się zamykają, będę teraz spał.
O tak mi dobrze.
 Rodziciele.
P.S.
Bociany,  już na początku lutego wraz z nadejściem pory deszczowej wyruszają z Afryki Równikowej i Wschodniej w kierunku Starego Lądu.  Po pokonaniu Tanzanii, Republiki Środkowoafrykańskiej, Sudanu i Egiptu w ostatnim tygodniu lutego i na początku marca przelecą ponad Izraelem, Turcją i Grecją, wkraczając tym samym do Europy. Większość zacznie przylatywać do Polski około 22 marca, bo jest to data ustalona według średniej wieloletniej. Najpóźniejsze przyloty bocianów są spodziewane do połowy maja. Dla bocianów sygnałem do opuszczenia Czarnego Lądu są zbliżające się z południa chmury deszczowego monsunu. W momencie, kiedy zaczyna padać deszcz, bociany masowo wylatują w stronę Europy. 
Czyli boćki już naprawdę szykują walizki :)

czwartek, 24 stycznia 2013

Co się martwisz, co się smucisz...

Co się martwisz, co się smucisz, ze wsi przyszłaś na wieś wrócisz......
A gdyby tak się zdarzyło?
Gdzieś tam w duszy myślę o tym,nawet marzę. Jednak jeszcze nie czas na to. Może kiedyś tak się zdarzy? Kilka rzeczy musiałbym sobie wtedy przypomnieć. Na ten przykład, jak się paliło w piecu? Bo oczywiście chciałabym mieć piec, najlepiej kaflowy i kuchnię z fajerami. Na takiej kuchni można upiec podpłomyki, a w piekarniku ciasto drożdżowe i chleb. Przy piecu kaflowym można rozgrzać skostniałe z zimna nogi, albo pierzynę w tęgi mróz. O ile palenie w kuchni nie jest skomplikowane to już palić w piecu kaflowym trzeba umieć. Wiem, bo paliłam, ale po latach korzystania z dobrodziejstwa miejskiego, centralnego ogrzewania, zapomniałam, czego to nie wolno zrobić, żeby nie zaczadzić rodziny. Chyba zamknąć pieca za wcześnie, ale kiedy to jest za wcześnie? Hodowanie kur, nic skomplikowanego no nie? Szykujesz kurnik, sypiesz ziarna, i zbierasz jajka. Trzeba byłoby się nauczyć kury macać, a tego nigdy nie umiałam.
Fajnie byłoby też umieć mówić gwarą, nie taką udawaną,jak to teraz czasami mi się zdarza, ale taką, jaką naprawdę kiedyś mówiłam. Wydawałoby się, że tego nie można zapomnieć, a jednak....można.Zapomniałam, jaka szkoda;((( Wyciskam gdzieś tam z zakamarków pamięci pojedyncze zwroty i słowa, ale żeby tak "zagodać" płynnie? Skąd! Pyrlandia krainą mojego dzieciństwa była i mówię Wam, jak tam fojnie ludzie "godali". Ale w szkole tępiono gwarę. Pamiętam, jak pewnego razu na boisku szkolnym podczas przerwy poszłam poskarżyć się pani. Był taki Jurek, co to Grubym go przezywali, a on w odwecie starał się nam dokuczać. Dziewczynki ciągnął za warkoczyki, albo w górę podnosił fartuszki. Zezłoszczona tym bardzo,że chłopaczysko nam przeszkadza w jakiejś przedniej zabawie poszłam do owej pani i w takie do niej słowa się odzywam " Proszę Pani, a Jurek nam się studzi". Jurek nie dostał reprymendy, za to ja i owszem, za to, że nie używam poprawnego języka, tylko gwarą zalatuję i co to niby jest to "studzi" ? Studzi to się herbatę..... Albo babcia. Babcia czasem mawiała " dzioszki lećcie no do borku i betków nazbierojcie" i człowiek leciał, żeby na czworakach w gęstym młodniaku maślaczków szukać. Przed pierwszymi przymrozkami babcia oznajmiała, "idziemy zbierać "chujkę", żeby okno ogacić. Nie zmyślam, tak było, na zimę babcia zabezpieczała nieszczelne okienka igliwiem umieszczonym na parapetach od zewnętrznej strony.


Na zabawy przychodziły szczuny, znałam takiego, co z sąsiedniej wsi szedł w kaloszach, żeby butów nie pobrudzić i w krzakach przed salą dokonywał zamiany na pantofle.A dziewczyny piłowały szkity i zakładały dyrdole, albo kieredeje.
 Na "łobiod" jadło się "pyrki, kwaśne, rzodkie pyrki albo poćkę", w piątek często była "gzika". Na "śniodanie" do bułek był "dżym", piło się "mlyko", "słedkie" oczywiście, a w sklepie GS kupowało się szneki zapakowane w tytki.
"Łogórki" kisiło się w "szkiełkach", jak " dyszcz loł" to woda leciała "latówką.
"Kłobity" w jesienne wieczory darły "piyrze" i powiem Wam, że była to całkiem fajna damska rozrywka.
 "Kejter szczekoł" przy budzie, a "bajtle" darły papy na podwórku, od kichania bolał kliber, a jak ktoś napił się za dużo wódki to rypała go kalafa. Na polecenie pani w szkole aby wymienić trzy miejscowości na "O" w okolicy bez wahania się odpowiadało "Łostrów, Łostrzeszów, Łodolanów". Pamiętam, jak mój miastowy kuzyn, do którego pojechałam na wakacje, kazał mi pokazać język. Posłusznie wywaliłam "łozur", a on mi na to "eeee obłożony, widać że jesteś ze wsi". Oj nie lubiłam za to tego mądrali.
O, widzicie, jak się zaczęłam rozkręcać?

Jaka szkoda, że w tych stronach coraz rzadziej można usłyszeć, jak ktoś autentycznie mówi gwarą.
 A może tylko mnie się tak zdaje? W końcu rzadko tam teraz bywam. A jak jest u Was, mówi się jeszcze gwarą? Przypomnijmy sobie troszkę tych zwrotów.

To ja Was zapraszam do podzielenia się wspomnieniami takim oto wierszykiem, który zapamiętałam z dzieciństwa.

Stary papudrok z czerwunym klubrem Niech se kalafe wysypie pudrem
Niech na katane wyśrupie łupiyż
I niech se fifnie śnupe ośrupie 
A uślumprany i rzodziej myty
Niech se w wymborku wyplechto szkity 
Mogum tu do mnie przyjść dziadzie babusie i tacy, którni majum się du się :))

wtorek, 22 stycznia 2013

Taca dla Hany, hiacynty i głosik na Mopka

Taca dla Hany zrobiona, pieniążki już pofrunęły dla psiaków. Tym czynem wyrwałam się z poświątecznego marazmu i zawieszenia mej dekupażowej twórczości no może nie na kołku, ale pod stołem. Wywaliłam dziś warsztat spod tego stołu, czym narobiłam bajzlu okrutnego, ale przy okazji znalazłam pistolet na gorący klej, który był zaginął w okolicach świąt.
Wrócę też do haftu wstążeczkowego, bo torba wstążeczek spadła dziś na mnie z szafy, przypominając o tym, że przecież i tym przed świętami namiętnie się zajmowałam.
Rozpoczęłam już kilka rzeczy dla Justki, psiapsióły mojej, takich łazienkowych i pokojowych ozdóbek, skrzyneczkowo - pojemniczkowych.
Taca wyszła o tak właśnie. Dyrektywy przed rozpoczęciem roboty dostałam takie: proszę o kogutki i koniec.
No to wywaliłam stertę serwetek i dalej grzebać w poszukiwaniu kogutków, padło na takie, które zaraz zobaczycie. Wiecie, co odkryłam? Że nie można sobie robić zbyt długich przerw w robocie, człowiek wychodzi z wprawy. Nad wyborem chusteczki i reszty myślałam, ze dwa dni z przerwami :)
Oto i taca, niech Ci Hana koguty pieją z rana:))


Na blogu u Kretowatej poruszyłyśmy temat boćków, że czas im dupska zbierać z tej Afryki i do nas zdążać. Mamy dość zimy, zasp, odśnieżania, mokrych butów i antybiotyków na kolejną francę.
Zanim te zarazy nie przylecą, trzeba sobie wiosnę do domu przynieść samej. Drogą kupna-sprzedaży nabyłam hiacyntów sztuk 3  i wsadziłam w kosz. Już się ładnie rozwinęły, cieszą oko i upajają zapachem.
Kolejne 3 jeszcze czekają na rozkwit w pąkach.



Aaaaaa i jeszcze w konkursie na refleks plus trochę szczęścia wygrałam książkę. Jaką, doiwem się wkrótce. Będzie o zwierzakach.

No i tak przy okazji to nieśmiało szepnę, że Mopuś startuje w konkursie o tu, zdjęcie ma nr 5, ale marnie nam jakoś idzie. To konkurs, gdzie należy się reklamować dużo, a my nie za bardzo mamy gdzie.
To może ja za towarzyszem Edwardem powtórzę, prośbę "to, co? pomożecie?"




I tym akcentem żegnam się z Wami :)
A to do posluchania, dobre do poduszki i na dzień dobry też:)