czwartek, 24 stycznia 2013

Co się martwisz, co się smucisz...

Co się martwisz, co się smucisz, ze wsi przyszłaś na wieś wrócisz......
A gdyby tak się zdarzyło?
Gdzieś tam w duszy myślę o tym,nawet marzę. Jednak jeszcze nie czas na to. Może kiedyś tak się zdarzy? Kilka rzeczy musiałbym sobie wtedy przypomnieć. Na ten przykład, jak się paliło w piecu? Bo oczywiście chciałabym mieć piec, najlepiej kaflowy i kuchnię z fajerami. Na takiej kuchni można upiec podpłomyki, a w piekarniku ciasto drożdżowe i chleb. Przy piecu kaflowym można rozgrzać skostniałe z zimna nogi, albo pierzynę w tęgi mróz. O ile palenie w kuchni nie jest skomplikowane to już palić w piecu kaflowym trzeba umieć. Wiem, bo paliłam, ale po latach korzystania z dobrodziejstwa miejskiego, centralnego ogrzewania, zapomniałam, czego to nie wolno zrobić, żeby nie zaczadzić rodziny. Chyba zamknąć pieca za wcześnie, ale kiedy to jest za wcześnie? Hodowanie kur, nic skomplikowanego no nie? Szykujesz kurnik, sypiesz ziarna, i zbierasz jajka. Trzeba byłoby się nauczyć kury macać, a tego nigdy nie umiałam.
Fajnie byłoby też umieć mówić gwarą, nie taką udawaną,jak to teraz czasami mi się zdarza, ale taką, jaką naprawdę kiedyś mówiłam. Wydawałoby się, że tego nie można zapomnieć, a jednak....można.Zapomniałam, jaka szkoda;((( Wyciskam gdzieś tam z zakamarków pamięci pojedyncze zwroty i słowa, ale żeby tak "zagodać" płynnie? Skąd! Pyrlandia krainą mojego dzieciństwa była i mówię Wam, jak tam fojnie ludzie "godali". Ale w szkole tępiono gwarę. Pamiętam, jak pewnego razu na boisku szkolnym podczas przerwy poszłam poskarżyć się pani. Był taki Jurek, co to Grubym go przezywali, a on w odwecie starał się nam dokuczać. Dziewczynki ciągnął za warkoczyki, albo w górę podnosił fartuszki. Zezłoszczona tym bardzo,że chłopaczysko nam przeszkadza w jakiejś przedniej zabawie poszłam do owej pani i w takie do niej słowa się odzywam " Proszę Pani, a Jurek nam się studzi". Jurek nie dostał reprymendy, za to ja i owszem, za to, że nie używam poprawnego języka, tylko gwarą zalatuję i co to niby jest to "studzi" ? Studzi to się herbatę..... Albo babcia. Babcia czasem mawiała " dzioszki lećcie no do borku i betków nazbierojcie" i człowiek leciał, żeby na czworakach w gęstym młodniaku maślaczków szukać. Przed pierwszymi przymrozkami babcia oznajmiała, "idziemy zbierać "chujkę", żeby okno ogacić. Nie zmyślam, tak było, na zimę babcia zabezpieczała nieszczelne okienka igliwiem umieszczonym na parapetach od zewnętrznej strony.


Na zabawy przychodziły szczuny, znałam takiego, co z sąsiedniej wsi szedł w kaloszach, żeby butów nie pobrudzić i w krzakach przed salą dokonywał zamiany na pantofle.A dziewczyny piłowały szkity i zakładały dyrdole, albo kieredeje.
 Na "łobiod" jadło się "pyrki, kwaśne, rzodkie pyrki albo poćkę", w piątek często była "gzika". Na "śniodanie" do bułek był "dżym", piło się "mlyko", "słedkie" oczywiście, a w sklepie GS kupowało się szneki zapakowane w tytki.
"Łogórki" kisiło się w "szkiełkach", jak " dyszcz loł" to woda leciała "latówką.
"Kłobity" w jesienne wieczory darły "piyrze" i powiem Wam, że była to całkiem fajna damska rozrywka.
 "Kejter szczekoł" przy budzie, a "bajtle" darły papy na podwórku, od kichania bolał kliber, a jak ktoś napił się za dużo wódki to rypała go kalafa. Na polecenie pani w szkole aby wymienić trzy miejscowości na "O" w okolicy bez wahania się odpowiadało "Łostrów, Łostrzeszów, Łodolanów". Pamiętam, jak mój miastowy kuzyn, do którego pojechałam na wakacje, kazał mi pokazać język. Posłusznie wywaliłam "łozur", a on mi na to "eeee obłożony, widać że jesteś ze wsi". Oj nie lubiłam za to tego mądrali.
O, widzicie, jak się zaczęłam rozkręcać?

Jaka szkoda, że w tych stronach coraz rzadziej można usłyszeć, jak ktoś autentycznie mówi gwarą.
 A może tylko mnie się tak zdaje? W końcu rzadko tam teraz bywam. A jak jest u Was, mówi się jeszcze gwarą? Przypomnijmy sobie troszkę tych zwrotów.

To ja Was zapraszam do podzielenia się wspomnieniami takim oto wierszykiem, który zapamiętałam z dzieciństwa.

Stary papudrok z czerwunym klubrem Niech se kalafe wysypie pudrem
Niech na katane wyśrupie łupiyż
I niech se fifnie śnupe ośrupie 
A uślumprany i rzodziej myty
Niech se w wymborku wyplechto szkity 
Mogum tu do mnie przyjść dziadzie babusie i tacy, którni majum się du się :))

19 komentarzy:

  1. O tym, jak się w moim mieście mówi, to poeta Jan Sztaudynger pisał nie bez złośliwości ( i słusznie).
    "Kiedy słyszę: "czy pan schodzi?"
    Wtedy wiem, że jestem z Łodzi."
    Jednak wszędzie indziej z tramwaju się wysiada:))))
    Łódź to miasto ludności napływowej i kiedyś można tu było usłyszeć przeróżne dziwolągi językowe, niekoniecznie ładne :)))
    A ja tęsknię do gwary góralskiej, którą uwielbiam:))
    Fajny post, Mnemosynko, pozdrawiam:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to ja tego "schodzi" też nie znam. Łódź to dla mnie miasto, do którego w trudnych czasach jeździło się na zakupy, bielizna, wełna, materiał na kieckę. Nie było tak daleko.
      A potrafisz tak po "górolsku"?

      Usuń
  2. nie wiedziałabym, o co chodzi, wielu z tych wyrazów nie słyszałam nigdy w życiu.
    Casym godom po góralsku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym pewno po góralsku mało zrozumiała:)
      Mój mąż na początku znajomości też mało rozumiał, jak godałam ze swoimi:)

      Usuń
  3. Szneki z glancem :) łooowanie to i na mojej wsi było, choć do gwary ucha nie mam, kople, pi(e)cki, chliby, mliko, buksy...

    Gwara gwarą, ta górna część mi szczególnie bliska :) Choć nie chciałabym dziś - rozpieszczona centralnym - być zdaną tylko na piec - jako źródło dodatkowe, owszem, ale budzić się w lodowatej chałupie, trzęsąc się okrutnie, wyskakiwać na zimną podłogę, ubierać zimne ciuszki i rozpalać, czekając ze dwie-trzy godziny, aż się rozejdzie po izbach... Brrr :) Z samym rozpalaniem problemu nie było, zwłaszcza, że zawsze kora brzozowa wysuszona i drobne szczapki grubości dwu cm naciosane :)
    Kora jest genialna do rozpalania :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piec kaflowy dobrze naładowany grzał do następnego dnia. Tylko nie wszędzie taki był. A przy kuchni to albo gorąco jak diabli było, albo za chwilę zimno, jak się nie dołożyło. W sumie życie kwitło w kuchni, do pokojów przemykało się spać. Były puchate pierzyny, więc nie byto tak źle:)
      U mnie były smolne szczapki, cieniutko nastrugane i gazety na rozpałkę:)

      Usuń
  4. a ja bym piec chlebowy chciała mieć... jaki ja kiedys chleb piekłam... co prawda nie u nas, tylko w Szwajcariii ale chętnie bym to powtórzyła....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chlebowy to był u mojej koleżanki w sieni, ale za naszych czasów już nie był używany, potem starą chałupę zburzyli. U mnie tylko była kuchnia węglowa, ale moja mama za młodych lat zarabiała chleb w domu i nosiła do wypieku do piekarza, bo taki był na wsi.

      Usuń
  5. Mnemo, temat - rzeka! Ogłoś konkurs na przekład wierszyka, ale tylko dla tych "spoza", bo dla naszych to łatwizna. Moje dzieciństwo i wczesna młodość to wieś, dopiero potem zostałam miastową, by na wieś wrócić...jak w tytule Twojego posta. Nie, piec mnie aż tak nie pociąga - chyba tylko tak, dla ozdoby i dodatkowego ciepła.
    Otóż więc dzieckiem wsiowym będący byłam dwujęzyczna. Całymi dniami ganiałam z dzieciokami po wsi, to i gwarą mówiłam, inaczej nie miałabym życia, bo "napływowa" byłam. W domu mówiłam "normalnie", tylko kiedy przychodzili goście, Mama namawiała mnie na gwarowe występy.
    Najgorszym, dyskryminującym mieszczucha słowem było (nie mam pojęcia dlaczego!)"nie szkodzi". Dziecioki turlały się z uciechy, a szyderstwom nie było końca! Szybko jednak się przystosowałam. Wiesz Mnemo, jakoś nie pamiętam z dzieciństwa słowa na "ch", więc "chujki" nikogo nie dziwiły. Może wtedy to słowo jeszcze nie istniało? To taka stara jezdem???
    U nas na wsi ludzie mówią gwarą, chociaż bywa ona zdeformowana, albo po prostu zmienia się. Język wszak to żywy stwór.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogłoszę :)) W następnym poście:)
      Ja odwrotnie w domu i na wsi, gwarą, w szkole poprawnie. I w gościach w mieście, bardzo się tej gwary wstydziłam, bo oczywiście do tego miastowego języka siłą rzeczy się wkradała.
      Masz rację Hana, też nie pamiętam, ordynarnych przekleństw, najwyżej cholera, albo psiakrew i to wyłącznie u mężczyzn.

      Usuń
    2. moja szefowa mówiła "chujki" na ziemniaczane kluseczki

      Usuń
  6. no to u mnie odwrotnie jest. wychowałam się w dużym mieście, całe życie w nim przeżyłam. na starość wyniosłam się na mazurską wieś. dom nowoczesny, jedynie piec ogrzewa mieszkanie i daje ciepłą wode.ale latem ciepła woda jest na prąd.
    mazury mazurami ale gwary tu nie słyszałam. widac każdy stara sie mówić "poprawnie".
    uściski:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że ja też na Mazurach gwary nie słyszę. Raczej dużo łaciny, tej podwórkowej oczywiście. Tylko, że tam nie ma w zasadzie Mazurów, wszyscy napływowi....

      Usuń
  7. A moje się kształci - z chopokami ze wsi jedzie aż miło - miód na moje uszy!
    W czasie ostatniej imprezy w przedszkolu przybiega do mnie zgraja i krzyczą "Idzimy polotać, idziesz polotać? "Jo ta ide - odpowiada Księżniczka. I mnie pyta za chwilę: "Mamo, czy mogę iść pobiegać z kolegami?" - piękna dwujęzyczność;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękna i niech Księżniczka godo ile wlezie, przynajmniej gwara ma szansę żyć dalej:)))

    OdpowiedzUsuń
  9. Co się martwisz ,co się smucisz,ze wsi jesteś na wieś wrócisz- tak mawiał mój tata i dziadek i faktycznie coś w tym jest ,bo im starsza tym bardziej tęsknię.Wierszyka nie zrozumiałam,może dlatego ,że u dziadków godało się gdzie leziesz a nie gdzie idziesz ,idziemy na pole ,a nie na dwór itd itp. Fajny post :) a graciarnia w mieście Bydgoszcz .Pozdrawiam bardzo, bardzo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aj, szkoda, że nie bliżej, bo pewnikiem by prędzej, czy później zajrzała:)W razie, co pokazuj na blogu te skarby, ja to na kropielniczki chora jestem:)

      Usuń

Fajnie, że zostawiasz słówko:) A im więcej słówek tym milej:)