środa, 30 stycznia 2013

Bęc i 1000 komentarzy jest:)

Czas szybko leci, blogujemy, komentujemy, a licznik bije:)
Całkiem niedawno, Krysia z blogu Klub Kota Jasna 8 napisała u mnie komentarz i był on równo tysięczny. Krysiu proszę o adres na maila, bo mam z tej okazji dla Ciebie malutki upominek. To będzie zawieszka na drzwi z Twoim ulubionym kocim motywem. Bardzo podobna do tej, jak ze zdjęcia, choć nie taka sama. Ta pofrunęła już do Hany.


Jak już mówiłam, czas szybko leci i zaraz będzie 1300 komentarz (aż nie wierzę). Skoro tak, to osoba, która go napisze, otrzyma mały upominek, zawieszkę na drzwi, zakładkę do książki? Wybierzemy. Mojego oczywiście wyrobu:))



wtorek, 29 stycznia 2013

Zaloty i powrót do pracy.


Idąc za ciosem majowych atrakcji mazurskich, pewnego lata wybraliśmy się na wycieczkę po okolicy.
Któż mógłby się tego spodziewać, że w Kadzidłowie, dokąd trafiliśmy, nie dość, że naciągną nas na dychę na lewym parkingu, to jeszcze za niepozornym płotem przygotują dla  nas atrakcję, która okaże się być hitem letniego sezonu, mogącym bez kompleksów konkurować z takimi przebojami srebrnego ekranu jak “Love Story”, “Przeminęło z wiatrem” czy “Rozważna i romantyczna”. Na początku słysząc zza płota odgłosy sądziłam, że jacyś mili panowie pod dobrą już datą próbują nawiązać konwersację. Po rozchyleniu krzaków okazało się, że przerwaliśmy słodkie tête-à-tête rogatej parze.
Scenariusz oparty jest na wydarzeniach autentycznych i z góry uprzedzam, że  śmiech nie jest udawany, a groźba mojego posikania się w majtki omalże nie doszła do skutku.




W domu zostawiam pachnące jeszcze świeżością ostatnie moje kuchenne wytworki dekupażowo-chorobowe, które rzutem na taśmę dziś dokończyłam. Bo jutro razem z poranną zorzą muszę wstać i udać się w kierunku informacyjnego szumu.

 Zestaw w komplecie.



Chlebak.


 Skrzynka na przyprawy, walające się dotychczas po różnych koszyczkach.


Koszyczek na pierdółki



Tym optymistycznym akcentem kończę chorobowe leniuchowanie i wzmocniona nieco nalewką czosnkowo-miodowo-cytrynową, tudzież nacieraniem się gęsim smalcem leczącym ponoć upierdliwy bronchit,  udaję się jutro podjąć moje zwykłe syzyfowe czynności.



P.S. Do Hany puszczam oczko:)

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Majówka

Macie dość zimy prawda? Ja też i to po kokardkę. Właśnie nadszedł czas intensywnego przeglądania zdjęć  i filmów z minionych letnich sezonów. Pozwalają nam dotrwać do następnego i snuć plany, co tego lata zrobimy.
Zaczniemy jak zwykle od wielkiego wietrzenia. Koce, poduszki, kołdry wylądują na płocie, otworzymy okna i drzwi, wygrabimy ze dwa wagony igliwia z trawy. A potem zrobimy Wielką Majówkę. Nie będziemy sami,w kupie raźniej i weselej.
Może znów przyjadą Młodzi?

Bo już kiedyś przyjechali:) Nie damy się przecież młodzieży nudzić, zabierzemy na wycieczkę. Do zwierzątek. To będzie kolorowy spacer. Panie chyżo wskakują w stroje clownów i kapelusiki. Wychodzimy. Nie wiem, co sobie ludność miejscowa, ale i przyjezdna o nas myśli, ale chyba się już przyzwyczaiła do tych przebieranek.

Przemarsz przez wieś.



Wkraczamy w krainę Duli, Duli, na horyzoncie kot!! Własnoręcznie strzyżony przez właścicielkę. Zachwytom nie ma końca, ale Młoda dostrzega na w oddali kuca.......


Aż sama kucnęła na widok atrybutów tego małego konika.


 I pocwałowała do wybiegu.....


Mnie zainteresowały świnki wietnamskie, łase na czochranie.


I nagle pojawia się "On" moja miłość:)


 Na początek nieśmiało przez kratki ogrodzenia okazujemy sobie sympatię....


 Przybiega Młoda i "On", czyli Lopez bierze nas w posiadanie. Nasi panowie idą w odstawkę. Lopez jest cudny, skubie nas za nogawki, łasi się jak pies....

 Pokazuje sztuczki...


 A potem postanawia z nami iść na spacer. Trochę to trwało zanim mu wyperswadowałam, że miejsce osiołka jest w krainie Duli Duli. Osioł, jak to osioł uparty....


 Zabieramy Młodych nad jezioro, gdzie tłumaczymy, co jest na drugim brzegu i jak dostać się na Wyspę Miłości


Po powrocie rozpalamy ognisko i karmimy Młodych kiełbaskami, to taki standard mazurski, choć bywają i wyszukane dania, szczególnie, jak zlatują się do nas Sokoły:)


Nie wierzycie, że tak będzie? Będzie!!! Jeszcze tylko troszeczkę, przecież wytrzymamy.
Wiadomość z wiarygodnego źródła i dzisiejszego dnia jest taka, że w Irlandii grzmiało ( wiosenna burza) na dworze rosną bratki. A w Niemczech jest plus 8 i nie ma śniegu.

Kopciuszek i kowbojka może będzie innym razem, bo, co za dużo to niezdrowo tak w jednym poście.
Buziaki:)

niedziela, 27 stycznia 2013

Dekupażowy przerywnik i wieczorny seans.

Między dociekaniem, co porabiają bociany o tej porze, wspominaniem dawnych dziejów, buszowaniem po Waszych blogach  i chorowaniem wykonałam troszkę dekupażowych pierdółek.


Zawieszka na drzwi, z jednej strony czarny kot, z drugiej motylki. W zależności od nastroju można sobie wieszać na klamce kota, albo motyle.
Kogucia karteczka. Dla miłośniczki kogutków oczywiście.


Komplet, pudełko na wino, które może być wykorzystane na przydasie. Miało być fioletowe i jest. Do kompletu chustecznik.
Pojemniczek niebieski, na nie wiem, co, ale do łazienki.
A tu komplet od środka.


I jeszcze raz pojemniczko-koszyczek z boku i w środku. Kropki, musiałam pomalować farbą, bo przyklejone z białej serwetki po wyschnięciu stały się niewidoczne.


Tyle zdążyłam napisać, kiedy Wu zaproponował wieczorny seans filmowy.
To była Róża Wojtka Smarzowskiego, którą mieliśmy obejrzeć w święta, ale jakoś do tego nie doszło. Słyszałam i czytałam recenzje, ale w kinie nie byłam. Zanim obejrzałam ten film myślałam, że jest to film o miłości i o sytuacji Mazurów po zakończeniu wojny. Wiedziałam, że są tam sceny okrutne i wydawało mi się, że wiem, jakiego rodzaju to będzie film.
Ale pomyliłam się. Ten film ma takie natężenie okrucieństwem i beznadzieją, że człowiek wstrzymuje oddech. Jest jak zamurowany Bycie zamurowanym to metafora, ale tutaj ma  ono miejsce dosłownie. Trudno mi było się otrząsnąć, gdy film się kończył.
Nie tak dawno słyszałam autentyczne opowieści żyjących jeszcze Mazurów o czasach wojny i powojennych. To opowieści osób, które wtedy były kilku, kilkunastoletnimi  dziećmi. I wiecie, co? Smarzowski, może i dobitnie, ale w swoim filmie pokazał , jak tam było naprawdę. Rabunki, gwałty, tolerowanie przez PRL-owską władzę poczynań szabrowników, sowieckich żołdaków i repatriantów, ucieczki i powroty, rozdzielanie rodzin, odbieranie gospodarstw. Wszystko to się tam naprawdę wydarzyło. Czas pokrywa niepamięcią te straszne dni, niewielu już pozostało tych, co byli naocznymi świadkami tych zdarzeń. W miejscowości,  gdzie jest Kaczorówka nie mieszka już ani jedna Mazurska rodzina........

W necie trafiłam na opis sytuacji po 1945 roku w miejscowości Faryny, można przeczytać, jak to wyglądało.


sobota, 26 stycznia 2013

Co się stało z bociankiem?

Bocianek szybko rósł, stawał na nóżki i machał skrzydełkami. Miska zaczynała się robić za ciasna. Ludzka mamka, którą była moja siostra, poinstruowana przez weterynarza, opiekowała się bociankiem, jak niemowlakiem. Często chciał jeść i jeszcze częściej fajdał w "pieluchy". Już sobie wszyscy wyobrażali, jak bocian, wykarmiony ludzką ręką, będzie biegał za ludźmi,wyżerał kurom jedzenie i spał z nimi w kurniku. Niczym w " Kajtkowych przygodach" Kownackiej.
Chciałam Wam opowiedzieć tylko tą milszą część historii o bocianku, bo niestety jego historia nie zakończyła się happy endem. Cudownie  uratowany  po upadku z wysokiego drzewa, nie pożarty przez koty, przez jakieś 2 tygodnie rozwijał się doskonale. Nagle, pewnego ranka nie obudził siostry klekotem, jak zwykle, podtykanych kąsków nie chciał jeść, słabł z godziny na godzinę. Dalej już wiecie, jak było.........
Tak widocznie miało być, że nigdy nie zobaczył gorącej Afryki. Szkoda prawda?

Żeby nie zakończyć tak całkiem na smutno, to wstawiam znaleziony w necie obrazek. Pewno tylko żaby nie żałowały, że tak się zakończyła historia małego bocianka.

fallenann:

Frogi, Adam Peringer.
Bo grunt to trzeźwo patrzeć na świat, niezależnie jak piękny by się nie wydawał.

P.S.
Nie zawsze się takie historie źle kończą. Kilkanaście lat wcześniej, nie ma z tego okresu zdjęć niestety, przyniesionego do domu, ślepego jeszcze kotka, znajdę, którego ktoś podrzucił na teren zakładu, gdzie pracowała moja druga siostra, wykarmiła suka ratlerka. Suczka miewała ciąże urojone,a  wtedy miała normalną laktację. W takim to czasie właśnie został znaleziony kotek. Suczka przygarnęła go jak swoje dziecko i wykarmiła. Szkoda, że nie było wtedy aparatów cyfrowych, dziś miałabym fantastyczne zdjęcia psa karmiącego kota i mogłabym startować w przesympatycznych konkursach w Klubie Kota Jasna 8 z nadzieją na wygraną:))
Wygrzebałam z archiwów stare zdjęciu suczki, oto bohaterka,miała na imię Lala.